Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 349 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Elżbieta Krzyżaniak - " W cudzych butach "

wtorek, 25 sierpnia 2015 14:52

 

Wyobraź sobie, że potrafisz przepłynąć wpław najdłuższe rzeki, zdobyć najwyższe szczyty, pokonać w zimowej edycji programu survivalowego najsilniejszych z mężczyzn. Bijesz wytrzymałościowe rekordy Guinnesa, nurkujesz w ciemnościach w podwodnych jaskiniach, zjeżdżasz na linie w przepaść, a media nazywają Cię „Żelazną kobietą”. Inni zazdroszczą Ci odwagi, skuteczności i tego, że nic nie jest w stanie Cię pokonać. TY też tak o sobie myślisz. A teraz wyobraź jedno traumatyczne zdarzenie, w obliczu którego wszystkie sukcesy zbledną, a nagrody staną się pozbawione wartości. Co wydawało się mocą, okaże się wołaniem o pomoc i miłość. Jak znaleźć sens życia po tragedii? Jak podnieść się i stać lepszym człowiekiem? Jak uniknąć tych samych błędów w przyszłości? Czy zmiana na lepsze jest możliwa?
Właśnie ukazała się drukiem oparta na faktach historia Elżbiety Krzyżaniak „W cudzych butach”. Książka opowiada historię przebudzenia świadomości, które odmieniło życie Autorki. Obecnie, pod życiowym mottem „Od szkoły przetrwania do jogowania” w ramach autorskiej metody pracy z ciałem, duchem i umysłem, Elżbieta Krzyżaniak udziela pomocy na życiowych zakrętach dziesiątkom osób. Uniwersalny charakter przesłania tej prawdziwej opowieści i jej wartka akcja przypadną do gustu tym czytelnikom, którzy także zadają sobie odwieczne pytania: kim i po co jestem? Co jest miłością, a co nią nie jest? Jaki jest sens istnienia? Co zrobić, by żyć pełniej i otworzyć się na innych ludzi? Wiedza ta jest teraz dostępna nie tylko przyjaciołom Autorki z „Centrum Szczęśliwego Człowieka „Energia”, ale każdemu, kto sięgnie po książkę i być może odważy się przewartościować swoje dotychczasowe życie.
Zachęcam do zapoznania się z biografią i osiągnięciami Autorki

 

290638-352x500.jpg

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=jyZKgM84AoE

 

Anthony de Mello
"Modlitwa Żaby II"
Fragmenty

NOSZENIE CUDZYCH MYŚLI
Filozof, który miał tylko jedną parę butów, poprosił szewca, żeby mu je naprawił na poczekaniu.
„Już zamykamy", powiedział szewc, „tak, że nie będę mógł ich teraz naprawić. Może by pan przyszedł po nie jutro?"
„Mam tylko jedną parę butów, a bez butów nie będę mógł iść"
„Dobrze, pożyczę panu na ten dzień używaną parę”, „Co?! Nosić mam czyjeś buty? Za kogo mnie pan bierze?"
„Czemuż miałby pan nie chcieć mieć na nogach cudzych butów, jeśli nie ma nic przeciwko noszeniu w głowie cudzych myśli".

 

https://www.youtube.com/watch?v=WVL9grYsF4c

 

JAK NARODZIŁY SIĘ BUTY
Wielki, a głupi król skarżył się, że nierówna ziemia rani mu stopy, więc rozkazał, aby cały kraj
zasłano skórą wołową.
Nadworny błazen zaczął się śmiać, kiedy król powiedział mu o swym rozkazie. „Co za kompletnie
szalony pomysł, Wasza Wysokość", wykrzyknął „Po co ten niepotrzebny wydatek?. Wytnij tylko
dwa kawałki skóry do ochrony stóp!"
Tak też król zrobił. I w ten sposób zrodził się pomysł butów.
Oświeceni wiedzą, że aby uczynić świat miejscem bezbolesnym, trzeba zmienić swe
serce — nie świat.

 

Duzo , dużo więcej na stronie autorskiej Pani Elżbiety ...

 

http://wcudzychbutach.pl/


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wojciech Mann - " RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą "

środa, 24 czerwca 2015 14:16

 

Barwne wspomnienia znanego dziennikarza muzycznego i legendy polskiego radia.

Na początku był odbiornik radiowy AGA z mnóstwem tajemniczych świecących lamp w środku. Później pojawił się gramofon typu deck i pierwsze płyty odtwarzane z prędkością 33 i 1/3 obrotów na minutę. A wraz z nimi trąbka Louisa Armstronga, głos Elvisa Presleya czy dźwięk organów Hammonda. I tak narodziła się miłość Wojciecha Manna do muzyki... W tej pełnej ciepłego humoru i nostalgii książce Wojciech Mann opowiada o swoich przygodach z muzyką i muzykami. Dowiemy się z niej, czym były wtyczki typu bananki, jak można było odmłodzić kompletnie zajechane winyle i jak dostać się na koncert Rolling Stonesów w Sali Kongresowej. Poznamy również barwne opowieści o kulisach festiwali i koncertów gwiazd rocka oraz o wizytach w Polsce gigantów światowego jazzu, których Mann był tłumaczem, przewodnikiem, a niekiedy i zaufanym powiernikiem. To pięknie ilustrowana opowieść o niezwykłych, pionierskich dla polskiego rock and rolla czasach: kiedy słuchało się Radia Luxembourg, grupa The Animals bawiła się na warszawskich prywatkach, a sprzęt podczas koncertów podłączano do prądu za pomocą zapałek.

 

Wojciech Mann352x500.jpg

 

 

Luiza 

 

Wojciech Mann.
Ktoś nie zna tego pana?
Okularki, piekielnie inteligentny, z dużym dystansem do siebie i do świata, sylwetka... lekko puszysta ;)

Dla mnie Wojciech Mann to głównie prowadzący show 'Szansa na sukces', podczas której w początkowej fazie oglądania skupiałam się na występach. Później rozsiadałam się wygodnie w fotelu, nie dla doświadczeń w sferze muzycznej, a po to, by wyśmiać uczestników razem z panem Mannem. Wiem, nieładnie.
Teraz audycji w radiowej Trójce z jego udziałem słucham najchętniej.

W swojej książce, nie-książce, pan Wojtek zabiera nas w podróż do przeszłości - jego młodości i fascynacji muzyką. Jest to niesamowite przeżycie. Poczułam klimat tamtych lat (mimo że metryka empirycznie nie pozawala mi ich znać) i poczułam lekką zazdrość. Dostęp do muzyki (tej prawdziwej, a nie faworyzowanej przez władzę ludową) był trudny, ale dzięki temu z determinacją można było oddać się pasji 'muzykowania', choćby nawet 'na przekór', choć to autora nie dotyczy. Teraz mamy wszystko na tacy. Wystarczy 'klik' i słuchamy. Zero frajdy. Gdzie ambicja, żeby zdobyć płytę i dzięki temu, że się ja ma czuć się naprawdę super?
Pan Wojtek opowiada co, gdzie, z kim i jak, a ja wytrzeszczam oczy i pytam: Serio?!
Teraz nie do pomyślenia jest, by 'normalny' człowiek wyskoczył sobie na imprezkę po koncercie... z zespołem!
Dużo humoru, informacji i naprawdę świetnej klimatycznej zabawy.
Wojciech Mann dla mnie jest rewelacyjny. Zawsze.

 

Melancholia 

 

Pierwszy raz tę książkę przeczytałam w 2011 roku podczas wakacyjnego wyjazdu. Przeczytałam bardzo szybko, bo już ustawiła się niecierpliwa kolejka chętnych do lektury. Pozostało mi wówczas wrażenie ogromnego poczucia humoru i przyjemnego gawędziarstwa redaktora Manna.

Teraz miałam już książkę w rękach nieco dłużej, bez dyszących mi nad uchem lekturowych poganiaczy, więc mogłam czytać spokojnie. I owszem, humor i dystans autora do własnej osoby widać i czuć już od pierwszej strony, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze są wspomnienia pana Wojtka, wspomnienia o życiu muzyką. Od słuchania radia, poprzez kolekcjonowanie płyt, czytanie i pisanie o muzyce, aż do jej prezentowania w radiu, telewizji, na koncertach i festiwalach. Wspomnienia dotyczą też oczywiście muzyków, głównie rockmanów i jazzmanów, bardziej znanych i mniej, bardziej trzeźwych i mniej. 

Bije z tych wspomnień i pasja i skromność autora. Bije też dowcip i nostalgia. Nostalgia za czasami siermiężnymi i biednymi, które jednak we wspomnieniach pana Wojtka wydają się barwne i obfitujące w różnoraką inicjatywę własną. Kreatywność obywateli PRLu pozwalała zdarte do białości winyle oblec ponownie (choć krótkotrwale) w lśniącą czerń, podłączyć gołe kable bezpośrednio do gniazdka przy pomocy zapałek oraz zaprosić bardzo znany brytyjski zespół na zupełnie prywatną imprezę.

Oczywiście można się zastanawiać czy teraz mamy lepiej czy gorzej (pan Wojtek na ostatnich stronach też tak robi), ale ta książka to przecież nie rozprawa filozoficzna, tylko wspomnienia człowieka, który życie poświęcił muzyce. A że zawsze umiał o niej barwnie opowiadać, to i w podobny sposób swe wspomnienia spisał, pozostawiając czytelnikom wrażenie jakby nadal opowiadał.

Polecam:)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mariusz Urbanek - " Tuwim. Wylękniony bluźnierca "

sobota, 25 kwietnia 2015 18:57

 

Nazywano go księciem poetów, debiut porównywano do debiutu Adama Mickiewicza, a dzieło jego życia "Kwiaty polskie" zestawiano z "Panem Tadeuszem". Napisał wiele wierszy i piosenek, które przeszły do legendy: "Miłość ci wszystko wybaczy" śpiewaną przez Hankę Ordonównę, "Grande Valse Brillante" w wykonaniu Ewy Demarczyk, Wspomnienie z muzyką Czesława Niemena. Jego Ptasie radio i Lokomotywa do dziś nie mają sobie równych w polskiej literaturze dziecięcej, Bal w Operze wciąż na nowo i z tą samą precyzją opisuje rzeczywistość Polski. A muzycy punkowi odkryli Tuwima anarchistę i alterglobalistę.
Książka Mariusza Urbanka opisuje meandry losu i kulisy twórczości Juliana Tuwima - poety, tekściarza kabaretowego, tłumacza, bibliofila, kolekcjonera, badacza i popularyzatora dziejów kultury.

 

tuwim 181271-352x500.jpg

 

 

Ela

 

W mojej szkole podstawowej (jak pewnie w większości podstawówek w tamtych czasach) korytarze obwieszone były dużymi zdjęciami polskich literatów. Tak wyglądał mój pierwszy kontakt z Julianem Tuwimem. I przez wiele lat poeta był dla mnie starszym panem ze szkolnego korytarza. Później stał się autorem cudownych wierszy dla dzieci, których większość jeszcze dziś umiem wyrecytować z pamięci. Im lepiej poznawałam twórczość Tuwima, tym bardziej umacniałam się w przekonaniu, iż „wielkim poetą był”. I tym mocniej chciałam się dowiedzieć, jakim był człowiekiem. 

Książka „Tuwim. Wylękniony bluźnierca” udzieliła wyczerpującej odpowiedzi na moje pytanie. To obszerna biografia poety, wzbogacona licznymi fragmentami jego utworów zdjęciami oraz wywiadem z przybraną córką Ewą. Autor przedstawia nam Tuwima jako genialnego twórcę, ale raczej słabego człowieka, uwikłanego w czasy, w jakich przyszło mu żyć. Człowieka hojnego, gotowego zawsze nieść pomoc, a jednocześnie małostkowego i zawistnego o twórczość innych. Człowieka bardzo ludzkiego…

Podczas lektury odczuwałam przede wszystkim głębokie współczucie do poety. Zafascynowała mnie jego pomysłowość, pracowitość, wszechstronność zainteresowań. Umiejętność posługiwania się słowami wybudziła szczery zachwyt. Jednak przede wszystkim było mi go żal. Poeta miał ogromnego pecha. Bo był Żydem, a czuł się Polakiem. Bo dla Polaków był zawsze „tylko Żydem”, a dla Żydów - zdrajcą swoich. Bo wierzył w wolną, sprawiedliwą Polskę, za taką Polską tęsknił, a stał się marionetką manipulowaną przez władze komunistyczne. Bo całe życie walczył ze swoimi demonami. Nawet umarł w najgorszym momencie...

Gorąco polecam przeczytanie tej książki. Z pewnością pomoże lepiej zrozumieć nie tylko twórczość Tuwima, ale i jego samego.

 

Ola

 

Zjawisko Tuwim

Dobry pisarz potrafi uwieść czytelnika pierwszym zdaniem. Mariusz Urbanek dał na przynętę soczystą anegdotę, przykuł do fotela pierwszą frazą, oczarował wstępem, obiecał, że od lektury nie będziemy w stanie się oderwać i obietnicy dotrzymał. Stworzył tętniącą życiem biografię Tuwima, pełną szczegółów i wydarzeń. Przedstawił fakty, za które możemy poetę podziwiać oraz materiały po latach nadal szokujące i bulwersujące. Udało mu się sportretować postać nietuzinkową, legendarną, wywołującą skrajnie ambiwalentne emocje. Tuwim na kartach książki to postać trójwymiarowa, wiarygodna, targana emocjami i lękami. Biografowi udało się oddać wszelkie niuanse składające się na osobowość człowieka naznaczonego piętnem poezji (raczej należałoby powiedzieć: człowieka, który BYŁ POEZJĄ, gdyż wszystko, czego dotknął piórem, zmieniało się w złoto), a jednocześnie postać obdarowaną wyjątkową umiejętnością zrażania do siebie ludzi, dokonywania złych wyborów i absolutnym brakiem dyplomacji.


Książka „Tuwim – wylękniony bluźnierca” nie stanowi zwykłej biografii. Jest kopalnią wiedzy o okresie XX-lecia międzywojennego, przedstawia realia epoki i życie kulturalne wyższych sfer. Autor wiedzie czytelnika szlakiem modnych lokali i kabaretów i przedstawia najważniejsze wydarzenia z życia kulturalnego. Tworzy kronikę czasów, która w swoim klimacie przypomina pełne błyskotliwych obserwacji i darzone przeze mnie sentymentem szkice Boya-Żeleńskiego. Czytelnik przeniesiony zostanie do przedwojennej „geszefciarskiej” Łodzi (w scenerię jak z „Ziemi obiecanej” Reymonta), do artystycznej i kabaretowej Warszawy, uda się z pisarzami na emigrację, wreszcie będzie świadkiem zaprzęgania literatury i kultury w służbę ideologii w powojennej Polsce.


Tuwim przyszedł na świat w rodzinie zasymilowanych Żydów i kwestia jego pochodzenia położyła się cieniem na jego stosunki z prasą i krytyką literacką. Prawdą jest, że inni twórcy (Lechoń czy Słonimski), którzy także byli Żydami, nie spotkali się z taką nienawiścią i ostracyzmem. Prawdą też jest, że wobec wszystkich Żydów sypały się cierpkie słowa, ale to Tuwim nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. W swoich wierszach zadawał ciosy traktowane przez narodowców jak antypolskie policzki, których nie mogli zostawić bez odpowiedzi. W ten sposób wokół Tuwima narastała atmosfera antysemickiej nagonki.

Tuwim to nie tylko jego poezja. To człowiek niespokojny duchem, którego rozpierała potrzeba tworzenia. Zbierał rozmaite ciekawostki i ratował je od zapomnienia. Wymyślał setki projektów, najbardziej przedziwnych, wręcz kuriozalnych, często ich nie kończył. Pisał i kolekcjonował księgi o czarach, demonach i o szczurach. Fascynował się językiem, przez całe życie zbierał lingwistyczne ciekawostki, słowa i frazy zachwycające egzotycznym pięknem lub charakterem onomatopeicznym. W sposób niedościgniony tłumaczył rosyjskich twórców: Puszkina i Gogola. Związał się z teatrami, a zwłaszcza z kabaretami. Pisał scenki, skecze, piosenki, spektakle, monologi, parodie, melorecytacje. Jego spektakle przyciągały tłumy, jego piosenki, powiedzonka, aforyzmy – lotem błyskawicy obiegały Warszawę, przechodziły do potocznych rozmów i legend. Przez to zarzucano poecie, że rozmienia talent na drobne. A Tuwima – urodzonego kawalarza, człowieka o nieprzeciętnym poczuciu humoru – rozsadzała energia. Dowcip, który w nim buzował, potrzebował ujścia…

Do historii poezji polskiej wszedł z hukiem. W roku 1918 opublikował wiersz „Wiosna”, którym wprawił w osłupienie czytelników i który został uznany za „ściek pornograficznych wyrażeń”. Chwilę później ogłoszono, że dokonał rewolucji i zachłyśnięto się jego poezją, która „zeszła z pomników”. To, co jednych zniesmaczało, wprawiało w zachwyt innych. Tuwim potrafił szokować, pisać wiersze, pamflety ośmieszające osoby, którym były dedykowane. Z drugiej strony – spod jego pióra wychodziły strofy zachwycające, „cacka artyzmu i dowcipu”, „literackie cudeńka”, które dostarczały poetyckich doznań i wzruszeń w najczystszej postaci. Niepokorny Tuwim nie pozostawał nikomu obojętny, rzucał na kolana, wzbudzał zazdrość bądź nienawiść i mimo nieustającej wrzawy wokół własnej osoby na długie lata (wraz z klubem „Pod Pikadorem” i Skamandrytami) objął władzę nad polską poezją.

Stwierdzenie, że był artystą „płodnym”, nie oddaje istoty zjawiska: Tuwim. W jego przypadku raczej trzeba mówić o eksplozji twórczości. Wydawał tomiki poezji, organizował wieczorki autorskie, współpracował z kabaretami, z operetką, tłumaczył rosyjskie dzieła, pisał wiersze dla dzieci. Bawił się i szalał, ale też otaczał opieką młodych poetów, ułatwiał im debiuty. Był WSZECHOBECNY. A gdy w prasie pojawiała jakaś zaczepka lub cień krytyki, nigdy nie darował, dawał odpór z niezwykłą zaciekłością.

W roku 1926 był już na tyle uznany, że dopisano jego utwory do kanonu lektur szkolnych. W 1933 zajął wysokie miejsce w plebiscycie liczących się literatów. Jednak narosłe wokół jego postaci kontrowersje zamknęły mu możliwość wejścia do Polskiej Akademii Literatury. Na emigracji napisał swój najważniejszy poemat „Kwiaty polskie”, ale też kolejny raz zszokował Polaków, kiedy na wieść o masowej zagładzie Żydów, wydał oświadczenie, że jest jednym z nich… Kiedy zbliżył się do środowiska rosyjskich twórców na emigracji, został uznany za zdrajcę, a gdy powrócił do Polski – potępili go najbliżsi przyjaciele. Po co wrócił? By podjąć żałosne próby powrotu do przedwojennego trybu życia? By oddać talent w służbę złej sprawie? Z pewnością zapłacił wysoką cenę za swoją decyzję. Spotkał go ostracyzm towarzyski, a władze polskie go lekceważyły. Poeta porównywany do Mickiewicza i Puszkina poznał smak rozczarowania i upokorzenia, gdy odmawiano drukowania jego dzieł.

„Książę poetów”, „polski Puszkin”, „barman czarodziejskich eliksirów”, „poeta, jakiego dotąd nie było”, hulaka i nałogowy kawalarz, obrazoburca, łamistrajk, Żyd, zdrajca – jakże skrajnie różne opinie składają się na fenomen Tuwima… Kończę książkę i niechętnie odstawiam ją na półkę. Myślę sobie, że mimo wszystko poecie się udało. Spoglądam przez okno na opadające liście. Włączam radio, słucham popularnego utworu i uśmiecham się do swoich myśli. Który to już raz „mimozami jesień się zaczyna”…?

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Janusz Głowacki - " Good night, Dżerzi "

środa, 12 listopada 2014 16:29

 

Powieść osnuta wokół losów sławnego pisarza Jerzego Kosińskiego – polskiego Żyda, który zrobił w USA wielką karierę. Kim naprawdę był ów kontrowersyjny człowiek, zmieniający wciąż swą biografię, naznaczony Holokaustem bywalec klubów dla sadomasochistów, podejrzewany o to, że nie napisał sam głośnego „Malowanego ptaka”? Ciekawa konstrukcja: narrator (sam Głowacki) próbuje stworzyć scenariusz do filmu o Kosińskim, przemierzając emigrancki Nowy Jork. Niepokojące, błyskotliwe, w części autobiograficzne.

 

352x500.jpg

 

 

Wojciech

 

Cuchnącą atmosferę stworzono wokół tej książki, jej autora i jej bohatera. Posypały się ataki, i na Głowackiego, i na Kosińskiego. W związku z tym warto przypomnieć słowa Norwida:
„My pochodzimy ze społeczeństwa jedynego na globie, w którym nie ma ani jednego czymkolwiek bądż wyższego obywatela, który by zelżonym od rodaków albo upoliczkowanym i nawet obitym nie był”.
W dobie internetu nonsensem by było przytaczać tu cv Kosińskiego; ja tylko chcę zwrócić uwagę, że nie „wypadł sroce spod ogona”. Studiował u prof. Chałasińskiego, był asystentem w Instytucie Historii i Socjologii PAN, wyjechał na stypendium naukowe do Stanów, ukończył podyplomowe studia na Uniwersytecie Columbia, wykładał na kilku Uniwersytetach, w tym prestiżowych Yale i Princeton, w 1973 r. został prezesem amerykańskiego Penclubu, był prezesem Oksfordskiego Instytutu Studiów Polsko-Żydowskich, laureatem wielu liczących się nagród, jak i kandydatem do Nobla. 
Zarzuty stawiane jego twórczości są irracjonalne i absurdalne. Uzasadnianie tezy, że nie on napisał „Malowanego ptaka”, bo słabo znał angielski, zakrawa na kpinę, a jeśli ktoś mówi to poważnie, to winien konsekwentnie zakwestionować angielską KLASYKĘ napisaną przez Conrada, który nigdy nie nauczył się dobrze mówić po angielsku. A czy na wartość dzieł innego klasyka - Szekspira ma wpływ „niepewne” autorstwo? Paralelnie stawia się drugi zarzut, że cała historia okupacyjna nie jest prawdziwa. A co to znaczy „prawdziwa”? Przecież to FIKCJA LITERACKA !! Zajmijcie się Kapuścińskim, który w swoich reportażach wypisuje dyrdymały, które nie mają pokrycia w faktach. Jemu wolno /akurat z tym jak najbardziej się zgadzam/, bo to nie reportaże, a powieści. 
Jeszcze większym nonsensem jest oskarżanie o plagiat Dyzmy, którego jednym z argumentów ma być drugie imię Kosińskiego – Nikodem. Czysty Mrożek!!. Toć ja noszę imię Wojciech, skażone pijaństwem i rozpustą znanego Czecha, a z bierzmowania mam Konrad, jak ten książę mazowiecki co Krzyżaków do Polski ściągnął. W „Wystarczy być” BIERNY, tępawy O’Grodnick jest przedmiotem manipulacji, podczas gdy Dyzma jest przebiegły i SUPERAKTYWNY.
A Janusz GŁOWACKI genialnie to przedstawia w formie rozmowy między Jody i Michaelem: /str.181/
„-Dżerżi ordynarnie ściągnął fabułę, zmienił tylko realia.
-A ty czytałeś tę polską książkę? Ona jest przetłumaczona?
-Na razie ktoś mi ją streścił.
-To najpierw przeczytaj. Wiesz, ilu ludzi Dżerziego nienawidzi? A ilu mu zazdrości ? Daj sobie spokój. 
-Jody, kochanie. Ty nic nie rozumiesz. Dżerzi jest oszustem. Ten facet z Polski robi dla mnie rough translation. Dżerzi myślał, że jego kłamstwa się nie wydadzą, bo jest żelazna kurtyna..”
A rozmowę kończy „namiar” na „faceta z Polski”:
„-Jak chcesz, to zadzwoń do Daniela, on namierza Dżerziego. Dużo już wyszperał...”
A jak Polak szpera, to wyszpera. Głowacki o tym wie i dlatego kiedyś powiedział:
„Jeżeli jestes w nędzy albo w rozpaczy, nigdy, ale to nigdy nie przyznawaj się do tego rodakom. Nikt ci nie pomoże, tylko cię dobiją”.
Kosiński często mawiał: „LARVATUS PRODEO” /”Chodzę w przebraniu”/, znaczy się był jednym z niewielu szczerych. Wiem o tym, bo przez 25 lat pobytu na emigracji prawdomównych rodaków prawie nie spotkałem.
Głowacki porwał się na wyjątkowo trudną rzecz. Czego się obawiał ? Złego osądzenia. Przeczytajmy rozmowę Dżanusa z Rogerem: /str.16/
„-Jak tak – zapytałem – to dlaczego wszyscy padliście przed nim na kolana? Pisaliście, że Dżerzi to skrzyżowanie Becketta z Dostojewskim, Genetem i Kafką.
-Dlaczego, dlaczego?... Pewnie dlatego, że świat już dawno stracił umiejętność odróżniania talentu od beztalencia i kłamstwa od prawdy. A może z jakiegoś innego powodu. Może dlatego, że Ameryka kogoś takiego jak Dżerzi nigdy przedtem nie widziała na oczy. Dlatego on nas wydymał. A teraz, jak rozumiemy, Dżanus, ty go ZAMIERZASZ POŚMIERTNIE WYDYMAĆ”. /podkr.moje/
I mimo starań aby nie, Głowacki jest o to oskarżany, jak i o lansowanie własnej osoby. A ja się z tym nie zgadzam, uważam, że odwalił „good job”, choć przyznam, że wzbudza we mnie większą wiarygodność opowiadaniami sprzed emigracji.
A Kosińskiego wariactwa lubię, a wyuzdany erotyzm łatwiej trawię niż innych, obecnie modnych.

 

 Robert Ostaszewski 

 

Czy nowa książka Janusza Głowackiego jest fabularyzowaną opowieścią o Jerzym Kosińskim? Odpowiedź twierdząca byłaby najprostszą z możliwych, ale zarazem - bałamutną, bo Good night, Dżerzi to powieść skomplikowana, wielowątkowa, fragmentaryczna. Choć oczywiście w głównym jej wątku umieszczona została postać Kosińskiego, to osią fabularną tekstu jest historia pracy narratora, powieściowego alter ego Głowackiego, nad scenariuszem filmu o autorze Malowanego ptaka, przygotowywanym dla niemieckiego producenta. Wokół tej osi rozwijane są kolejne wątki. Narrator oprowadza czytelnika po współczesnym Nowym Jorku, daje mu zajrzeć za kulisy literackiego biznesu w Stanach, ukazując targowisko próżności pełne bezwzględnych agentów literackich i goniących za sławą pisarzy, kreśli historię toksycznej relacji, która połączyła niemieckiego producenta, jego młodą żonę Rosjankę i Kosińskiego, zapisuje sny bohaterów...
Czemu Głowacki zainteresował się właśnie Kosińskim? Czy celem było tylko i wyłącznie przypomnienie postaci skandalizującego polsko-żydowsko-amerykańskiego pisarza, przez jednych uznawanego za świetnego, bezkompromisowego prozaika, przez drugich - za hochsztaplera i mitomana, umiejętnie manipulującego ludźmi po to, by zrobić karierę? I tak, i nie. Do pisania o autorze Wystarczy być Głowacki przymierzał się już dużo wcześniej, najpierw tworzył sztukę teatralną na ten temat, potem pracował nad scenariuszem filmowym, koniec końców żaden z tych projektów nie został zrealizowany, a ich odpryski weszły do Good night, Dżerzi. Tym razem domknął opowieść o tytułowym Dżerzim, choć zrobił to na swój sposób: mnożąc punkty widzenia, ukazując rozmaite, często sprzeczne opinie na temat autora Malowanego ptaka, powstrzymując się jednak przed jednoznacznymi ocenami, stawianiem wyrazistej kropki. Głowacki stworzył portret pisarza, który zmaga się z prywatnymi demonami, gubi w tworzonych przez siebie autokreacjach, jednocześnie rozpaczliwie próbując utrzymać się na powierzchni życia i ocalić swoją karierę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Irving Stone - " Udręka i ekstaza "

wtorek, 21 października 2014 16:26

 

"Udręka i ekstaza" to powieść o życiu i twórczości Michała Anioła. By ją napisać Irving Stone na kilka lat przeniósł się do Włoch, gdzie z sumiennością szperacza i fascynacją pasjonata Renesansu podążał śladami swojego bohatera i jego wielkich dzieł. 

Dzięki tym poszukiwaniom i niebywałemu talentowi narratorskiemu Stone'a towarzyszymy Michałowi Aniołowi w życiu i podczas pracy, razem z nim mieszamy farby i sprawnie uderzamy dłutem w marmur, dowiadując się, jak powstały jego mistrzowskie freski, harmonijne rzeźby, cudowne płaskorzeźby i wspaniałe obrazy…

 

udręka i ekstaza 3327367958.jpg

 

 

Forever

 

Michał Anioł Buonarroti. Prawdopodobnie, oprócz makaronu, jeden z najbardziej eksportowych produktów słonecznej Italii. 
Oklepany do nieprzytomności na lekcjach historii. Nie wierzę, że istnieje ktokolwiek, kto nie jest w stanie wymienić chociażby jednego tytułu jego dzieła.

"Udręka i ekstaza" Irvinga Ston'e to unikatowa możliwość podróży. Przenosimy się o ponad pięćset lat wstecz, do innych czasów, innego kraju, ale przede wszystkim, do poznawania geniuszu. Geniuszu, jaki stanowił florencki artysta, którego poznajemy, gdy w wieku lat trzynastu ląduje w pracowni swojego pierwszego mistrza. 
Książka podzielona jest na jedenaście części, a każda z nich opowiada o kolejnym etapie życia twórcy.
Nie sposób jest wymienić wszystkich ważniejszych wydarzeń czy chociażby po trosze opisać w recenzji fenomen portretu artysty, jaki nakreślił Irving Stone.

Jego życie to była prawdziwa podróż. Pełna wzlotów i upadków, ale przede wszystkim pełna pracy. 
Artysta był prawdziwym niewolnikiem marmuru. Realizował swoją pasję i rozwijał wspaniały talent, przez całe swoje życie. Czerpał z tego przyjemność (tytułowa ekstaza), ale także było to dla niego ciężarem (drugi człon tytułu książki). Wielokrotnie czuł się samotny, wyzyskiwany przez swojego ojca, wdawał się w spory z innymi wielkimi artystami epoki np. Leonardem da Vinci czy Rafaelem.

Michał Anioł, jakiego poznajemy na kartach książki to ktoś, kogo w dzisiejszych czasach określilibyśmy mianem świra. Kogoś, kto jest absolutnie poświęcony jednej rzeczy - rzeźbie.
Do takiego stopnia, że każdy element swojego życia naznacza tworzeniem.
Kiedy rzeźbi, przestaje go obchodzić świat. Chudnie, zamyka się w sobie, po to, aby zachwycić swoich odbiorców pracami, które możemy podziwiać do dziś. 
Powieść zawiera historie tworzenia wielu jego prac, które pozwalają czytelnikowi na dokładne zapoznanie się z tym, jakie podłoże miało to czy inne dzieło. Gdy później, ogląda się te owoce twórczości, wydają się zupełnie inne, książka nadaje wspaniałej głębi, otwiera oczy. 

Wyczerpująco opisuje relacje z bardzo dużą ilością osób, jakie na swojej drodze napotkał rzeźbiarz. Nie nam oceniać, na ile w tym fantazji autora, a na ile prawdy, ale jedno jest pewne - Irving Stone, żeby napisać tą książkę wyprowadził się do Włoch i przekopał się przez tony pism, aby zdobyć podstawy do napisania najlepszej książki biograficznej, jaką do tej pory trzymałam w swoich rękach.

Sam autor po prostu rozczulił mnie swoją skromnością, kiedy po prawie ośmiuset stronach niesamowitej opowieści jedyne, co napisał o sobie, zamieścił ledwo co na jednej stronie. W większości podziękowań dla ludzi, którzy udostępnili mu teksty źródłowe. Jednak zanim zachęcę Was do przeczytania tej książki, muszę ostrzec - to osiemset stron, które mogą odebrać Wam chwilowo życie. Jedno wiem na pewno - to pierwsza książka tego autora, którą czytałam, ale chcę więcej. Irving Stone to solidna firma, a "Udręka i ekstaza" to książka po prostu nie do zapomnienia. Pozwala unieść się przynajmniej kilkanaście centymetrów ponad szarą rzeczywistość, uczy wrażliwości.

 

Piotr Piwko

 

"Sztuka jest dla mnie udręką, gdy mi się coś nie udaje, ekstazą, gdy wszystko dobrze idzie, ale w każdym razie ona mną włada". Te słowa mogą wyjaśniać pokrótce tytuł powieści biograficznej autorstwa Irvinga Stone’a, jednak dopiero lektura tejże pozycji pozwala w pełni je zrozumieć. Jego długie życie (89 lat) objęło pontyfikat trzynastu papieży. Dla siedmiu z nich wykonywał swoje prace, w tym freski Kaplicy Sykstyńskiej na zlecenie Juliusza II, dla którego realizował również grobowiec oraz kontynuację modernizacji kopuły Bazyliki Św. Piotra rozpoczętej przez Donato Bramante w 1506r., którą prowadził od 1547r. aż do swojej śmierci. Wielu dzieł nie ukończył, ze względu na ich pracochłonność i ilość. Artysta wszechstronnie utalentowany - rzeźbiarz, malarz, architekt i poeta. Michał Anioł Buonarroti, wielka postać sztuki epoki włoskiego renesansu.

 

 

 

W tym roku, w pięćdziesiąt lat od ukazania się pierwszego oryginalnego wydania, nakładem Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego MUZA S.A. ukazało się wznowienie „Udręki i ekstazy” Irvinga Stone’a, w twardej oprawie (walor jakości i trwałości książki) z Pietą Florencką na okładce. Biografia ta ma przeszło siedemset stron, ale ze względu na swoją narracyjną budowę, czyta się ją znakomicie. Z akcją poprowadzoną z dużym prawdopodobieństwem faktów, przypomina współczesne książki Elżbiety Cherezińskiej (np. „Grę w kości”) stając się powieścią biograficzno-historyczną, której elementy składowe, takie jak dialogi, monologi, liniowa, chronologiczna fabuła, opisy, myśli bohaterów, podział na rozdziały (w tym przypadku na etapy życia i twórczości artysty) ożywiają opisywany świat i podnoszą przyswajalność treści.

 

Jej autor spędził wiele lat we Florencji, Rzymie, Carrarze i Bolonii zbierając materiały źródłowe, co pozwoliło stworzyć solidną podstawę dla tej powieści. Wysokie przygotowanie erudycyjne pisarza ujawnia się w szczegółach, począwszy od opisów architektury, strojów i krajobrazów skończywszy na precyzyjnym poprowadzeniu czytelnika przez arkana pracy ówczesnych malarzy i artystów (od pomysłu i pierwszego szkicu do końcowego efektu). Irving Stone posługuje się przy tym pięknym literacko, zawierającym wiele włoskich przysłów i porzekadeł językiem, zachowującym w dialogach i opisach słownictwo i nazewnictwo wierne epoce renesansu. Dzięki takiej budowie możemy być bliżej Włoch XVI w. W przeciwieństwie do statycznej formy biografii w postaci opracowania naukowego lub popularnonaukowego odbioru nie komplikują wplatane w tekst gwiazdki z przypisami, cytaty, czy przytaczane fragmenty źródłowe, komentarze lub analizy. Sami wyciągamy wnioski i oceniamy postępowanie Michała Anioła obserwując jego życie dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, podążając z nim pomiędzy Florencją, Bolonią, Carrarą i Rzymem, patrząc jego oczami, słuchając jego uszami, poznając jego myśli, uczucia, pragnienia, cierpienia.

 

Michał Anioł Stone’a to człowiek eteryczny, otwarty i wrażliwy na sztukę, miłujący ją, pełen emocji, uczciwy, pracowity, wytrwały, dobroduszny i dowcipny. Był osobą wierzącą i jednocześnie nie gorszącą się sztuką antyczną pełną nagich, męskich ciał. Nie odrzucał jej, a wręcz przeciwnie – inspirował się nią w tworzeniu dzieł o charakterze religijnym. Przeor klasztoru Santo Spirito, Bichiellini błogosławiąc własny dom Michała Anioła powiedział: „Madonna i Dzieciątko (rzeźba stworzona dla katedry w Brugii) nie mogłyby promieniować taką czułością, gdybyś ty sam nie miał w sercu czystych uczuć. Błogosławię tobie i twojej pracowni.” Jako artysta Michał Anioł doświadczał zarówno wielkich łask jak i niedogodności. Musiał mierzyć się ze wszechobecną zawiścią, zazdrością, zuchwałością i kaprysami innych artystów oraz swoich towarzyszy, czy zleceniodawców i choć głęboko w sercu cierpiał, zwyciężał dzięki swojej inteligencji, uporowi i wielkiemu talentowi.

 

Doskonale Stone zaprezentował kontrast pomiędzy Michałem Aniołem, a jego ojcem Lodovico – wyrachowanym kupcem, który wyciągał od syna każdy grosz, nieumiejętnie inwestując w nieruchomości. Ciągłe narzekania starego Buonarrotiego, niezadowolonego z decyzji syna o wyborze drogi artysty i jego niskich zarobków były udręką Michelangelo już od momentu, kiedy jako dwunastolatek został przyjęty do szkółki malarskiej Domenico Ghirlandaio. Doprowadzały go do smutku oraz poczucia, że ciągle zawodzi rodzinę (nie tylko ojca, ale i braci) i jest tylko narzędziem do ratowania jej sytuacji finansowej. Niedoceniany i krytykowany czuł się jak odszczepieniec, skaza na wizerunku Buonarrotich jako rodu kupieckiego. Z drugiej strony wszechobecna polityka również miała wpływ na jego trudne decyzje wobec zleceń od papieży oraz florenckiej Signorii, wplątując go w najważniejsze wydarzenia tamtej epoki.

 

W chwilach gdy Michał Anioł chwyta za dłuto i młotek, obserwujemy zdolnego, mądrego artystę o wielkiej pasji i cierpliwości, potrafiącego wydobyć z marmuru  - kamienia, który uznał za najbardziej wymagający - postaci mityczne i biblijne pełne życia i uczuć, anatomicznie doskonałe i wyraziste (zaskakujące wyjaśnienie takiej wiedzy Florentyńczyka czytelnik tej recenzji uzyska po przeczytaniu książki), symboliczne, a przede wszystkim przemyślane - ukazane w określonym miejscu i czasie. Sam mistrz, według autora jego biografii, tuż przed śmiercią pomyślał: „Człowiek przemija. Tylko dzieło sztuki jest nieśmiertelne”, a marmur w którym tworzył pozwolił nie tylko jego rzeźbom tą nieśmiertelność uzyskać, ale i jemu samemu.

 

Lektura biografii Michała Anioła autorstwa Irvinga Stone’a potrafi zmienić świadomość w odbiorze dzieł artysty. Gdy oglądam freski sufitu Kaplicy Sykstyńskiej widzę skapujące do zmrużonych oczu leżącego na deskach rusztowania Buonarrotiego wapno. Pietę Watykańską kojarzę z wygłodzonym człowiekiem owiniętym w szalik, pracującym nad nią w swoim rzymskim mieszkanku, od świtu do nocy przez dwa lata. Kolos David został postawiony przed pałacem Signorii po kilku dniach ciężkiego transportu w specjalnej klatce, z pracowni jego twórcy, który z trwogą obserwował w nocy bandę rzucających w nią kamieniami łobuzów. Pięciometrowa rzeźba przypomina mi również o smutku jaki ogarnął artystę, kiedy zachwycony nią lud Florencji szybko zapomniał o jej twórcy. PłaskorzeźbyMadonna przy schodach Bitwa centaurów powstały z ręki kilkunastoletniego chłopca, początkującego rzeźbiarza, uczącego się w pałacu Medyceuszów pod okiem Bertolda di Giovanniego. Czytanie tej miejscami zabawnej, a niekiedy wzruszającej książki, doskonale oddającej ducha tamtych czasów, zdecydowanie jest ekstazą.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 731  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71731

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl