Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 346 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Robert McLiam Wilson - " Autopsja "

środa, 26 października 2016 12:10

 

Trzecia przełożona na język polski, po "Ulicy marzycieli" i "Zaułku łgarza", powieść znakomitego pisarza irlandzkiego młodego pokolenia. Niepokojąca książka o brzydkim życiu, zmarnowanej miłości i miłosiernej śmierci.

Wilson do głębi wstrząsa czytelnikiem, obnażając z precyzją chirurga wnętrze człowieka, który dobrowolnie skazuje się na cierpienie fizyczne i psychiczne. Źródłem tego cierpienia jest miłość, zazdrość i pragnienie bezwzględnego przywłaszczenia sobie ukochanej osoby, nawet jej przeszłości.

 

autopsja-b-iext8611764.jpg

 

 

Aleksandra Winnik

Kiedy poznajemy Manfreda jest to już tylko wrak człowieka, wyniszczony przez chorobę ciała i nieprawdopodobnie chorą miłość. Robert McLiam Wilson w „Autopsji” sugestywnym językiem opisuje losy mężczyzny, któremu życie rozpadło się na drobne kawałeczki pod wpływem bezlitosnej Historii i własnych toksycznych działań.

 

Powieść ma formę dość klasyczną – przeplatanka obecnego stanu ducha i ciała z porcjami wspomnień z całego życia bohatera, opowiadanymi z nieco zaburzoną chronologią. Sięganie do dzieciństwa i kluczowych dla tego okresu wydarzeń z pewnością pomaga zrozumieć osobowość małego chłopca, a potem dojrzałego mężczyzny. Manfred jest angielskim Żydem. Niegdyś kochał życie, każdy dzień był dla niego spełnieniem, dziś z utęsknieniem i bez cienia grozy czeka na słodką wybawicielkę – śmierć. Młodzieńczą niewinność i naiwność zabiła w nim wojna, a rozstanie z żoną dopełniło czarę goryczy i pozbawiło resztek nadziei – tego możemy się dowiedzieć już z pierwszych kart książki. Dalszy ciąg opowieści to pogłębiona analiza zdarzeń i uczuć.

Manfred walczył podczas II wojny światowej w armii brytyjskiej. Doświadczenia wojenne skutecznie go znieczuliły, jednak znacznie trwalszy ślad zostawiły w psychice jego przyszłej żony Emmy, Żydówki, która jako mała dziewczynka przeżyła obóz koncentracyjny. Po wojnie Manfred rozpoczął interesy z bezlitośnie przedsiębiorczym Tapperem, kolegą z frontu. Od tego momentu jego sytuacja materialna wciąż się polepsza, zmienia się także życie osobiste. Żona okazuje się aniołem w ludzkiej skórze, jej doskonale proporcjonalne ciało jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, jej uległość i poddanie woli męża nieustannie łechce męską dumę. Małżonkowie tworzą zgraną i czułą parę. Wszystko się zmienia gdy pojawia się owoc ich pożycia – syn Martin. Dalej będzie już tylko gorzej. Odwieczna walka pomiędzy dobrą i złą stroną ludzkiej natury jakby wydostaje się z psychiki i zostawia namacalne ślady swojej obecności.
Język powieści jest bardzo poetycki, ale zarazem żywy, energiczny i odważny. Próżno tu szukać lirycznego zadęcia, które mogłoby wprowadzić czytelnika w nastrojową zadumę, jednak nasycenie książki celnymi i zaskakującymi metaforami wciąż przywodzi na myśl powinowactwa z poezją. Dużo decydujących odczuć i zdarzeń dzieje się na płaszczyźnie słów niewypowiedzianych, ale wiszących w powietrzu, ukrytych w spojrzeniach, ruchu ramion, drgnięciu ust. McLiam Wilson po mistrzowsku wydobywa ze swoich bohaterów przepastne głębie tak rozumianej duchowości. Postacie „Autopsji” zdają się mieć swoje własne życie, które dzieje się na kartach książki wyłącznie z przypadku, równie dobrze mogłoby być częścią naszego realnego świata. Mają w sobie coś, co uważam za wielkie osiągnięcie autora – nie są ani odrobinę papierowi. Nawet całkowicie epizodyczny przechodzień wbiega na zadrukowaną stronę jakby prosto z ulicy.
Na stare lata ból niczym uzasadniona kara lub cielesny wyrzut sumienia szczelnie wypełnia zmęczonego życiem Manfreda, tak jak niegdyś Emma. Wspomnienia nie blakną, z czasem stają się coraz żywsze, coraz bardziej rumiane. Bohater pielęgnuje swój ból, niemal otacza go opieką i, jeśli można tak powiedzieć, delektuje się nim. Konsekwentnie unika lekarzy i jakiejkolwiek pomocy medycznej. Ataki przychodzą nagle i strącają bezradnego cierpiętnika w otchłań. Opisy tych przerażających stanów, wzbogacone o szczegóły fizjologiczne zajmują w książce naprawdę sporo miejsca. Destrukcyjne pragnienie zawłaszczenia życia Emmy buduje z jednej strony ogromnie silne, niezniszczalne (nawet po rozstaniu) przywiązanie do żony, z drugiej pułapkę, w którą Manfred wpada bez reszty. Życie z Emmą przyniosło ból, a życie bez niej otworzyło prawdziwą otchłań cierpienia. Z tym, że za pierwszym razem cierpi ona, za drugim on.
„Autopsja” to świetnie napisana, gorzka i cierpka historia wzajemnego niszczenia się przez dwoje najbliższych sobie ludzi. Lektura nie zawsze przyjemna, choć z pewnością warta przeczytania i zatrzymania się nad nią na kilka chwil.
 
 
 
Tomasz Kowalski

 

Autopsja świadomego, powolnego odchodzenia

 

Podobno w momencie nagłej śmierci, w oczach człowieka, w jego duszy, odbija się całe jego życie. Tak też dzieje się z Manfredem, starym Żydem. Jednak on ma czas, wystarczająco dużo czasu, by przypomnieć sobie wszystko, a może nawet zmienić niektóre elementy przeszłości? Pewnego dnia po prostu go odkrył. Głęboko w sobie poczuł to, na co czekał. Pewność. Ból. W końcu wiedział, że to on doprowadzi go do końca. To dlatego z taką pieczołowitością go pielęgnuje, przyjmuje jego uderzenia, pieści go w sobie i czuje się opuszczony, gdy ból nagle ucicha.Szczęśliwy ponad wszelką miarę, gdy wraca. Manfred po prostu umiera i ma tego świadomość. Co zrobi z tym czasem? Najpierw będzie rozpieszczał ból, nie mamił go lekami, ale upewni się, by potem ruszyć do natarcia. Ból musi istnieć, by on mógł rozedrzeć jego duszę i wydobyć na zewnątrz, skryte głęboko w podświadomości, obrazy. By przypomnieć błędy, całe życie, którego nie potrafił przeżyć tak, jak tego pragnął. A było tego wiele. Młodość pełna prześladowań i cierpienia, rodziców, którzy nie ofiarowali mu wystarczających uczuć. Młodość, która zaowocowała odkryciem miłości. Kobiety, która już dawno temu go zabiła odchodząc, ale którą dotąd kocha. Teraz nadszedł dla niego czas na autopsję duszy. Rozebranie na części wspomnień i uświadomienie sobie, że zbyt wiele pragnął od miłości. Że przywłaszczył sobie kobietę w całości, wraz z jej światem i jej pragnieniami, a nie na tym to polega. Ale jak inaczej mógł postąpić chłopiec, naznaczony przez twarz wiecznie smutnej, brzydkiej matki, niespełnionej u boku ojca.

 


Robert McLiam Wilson, znany z takich bestsellerów jak Zaułek łgarzy czy Ulica marzycieli, świetnie nakreśla obraz człowieka zakochanego w bólu. Cierpieniu, które go na powrót uczłowiecza. Fizyczne cierpienie przywołuje wspomnienia, których ból jest porównywalny. Jednak czy może jeszcze coś naprawić? Wskazać drogę synowi, który właśnie odnalazł swoją „drugą połowę”? A może lepiej, by się nie odzywał, nie zepsuł tego, co ma szansę na powodzenie? Życie Manfreda przeplatają chwile złe i dobre, ale to on sam je niszczy. On sam wciąż pragnie cierpienia, od początku, od chwili gdy pierwszy raz uświadomił sobie anatomię twarzy matki, skrytą pod welonem. Twarz szpetną, marzącą o niemożliwym, męskich hołdach i miłowaniu. To życie nie mogło mieć innego przebiegu. Musiało tak się zakończyć... Jednak czy nam nie daje nadziei na to, że jeszcze wciąż możemy postąpić inaczej? Wykorzystać uczucia, pokochać, pozwolić sobie na radość, zapomnieć o tym, co nas ukształtowało i zmienić, nawet wszystko, jeżeli jest tak potrzeba.

 



 

Po przeczytaniu Autopsji po prostu nie da się jej zwyczajnie odłożyć na półkę. Jej treść wkracza w nas głęboko. Powoduje nawał myśli i pytań, sprawia, że spoglądamy badawczo na nasze życie.Oby tylko nie było za późno... Dla Manfreda już jest. Bo przecież uzdrowienie nie może być możliwe.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Éric-Emmanuel Schmitt - " Oskar i pani Róża "

czwartek, 29 października 2015 10:50

 

 

Szanowny Panie Boże, Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu. Uprzedzam Cię od razu: nienawidzę pisać. Muszę mieć naprawdę jakiś ważny powód. Bo pisanie to bzdura, odchyłka, bezsens, jajo. To lipa. W sam raz dla dorosłych. Mam to udowodnić? Proszę, weź choćby początek mojego listu: „Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu”. No więc równie dobrze mógłbym napisać: „Nazywają mnie Jajogłowym, wyglądam na siedem lat, mieszkam w szpitalu z powodu mojego raka i nigdy się do Ciebie nie odzywałem, bo nawet nie wierzę, że istniejesz”. Tylko że jeśli tak napiszę, to dupa blada, w ogóle się mną nie zainteresujesz. A ja chcę, żebyś się zainteresował..." 

 

oskar i pani róza 352x500.jpg

 

 

Monika Długa

 

 

Kto nie zna lub kto nigdy nie słyszał o książce „Oskar i pani Róża” Schmitta niech dziarsko podniesie rękę do góry. Niewiele jest takich osób, prawda?! Powieść (ja jednak użyłabym słowa opowiadanie – książeczka ta bowiem niewielka – raptem 70 stron) francuskiego autora to jeden z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej wydawanych tytułów na kontynencie europejskim. Tekst przeniesiony na deski teatru, zekranizowany, z roku na rok cieszy się niesłabnąca popularnością nawet wśród odbiorców tzw. „nie-czytających”, których trudno skłonić do systematycznej lektury. W czym zatem tkwi fenomen Schmitta? W prostocie przekazu i języka? W tematyce opowieści? Może jedno i drugie? Jedno jest pewne – autor „Małych zbrodni małżeńskich” spędza sen z powiek niejednemu literackiemu twórcy, który podczas bezsennych nocy nerwowo przewraca się z boku na bok próbując wykombinować, jak osiągnąć taką sprzedaż jak francuski autor!

 

„Oskar i pani Róża” to opowieść o śmierci. Tej najtrudniejszej, niewytłumaczalnej, czyli dotyczącej dziecka. Główny bohater opowieści – 10 letni Oskar umiera na białaczkę. Wszelkie próby uratowania dziecka nie powiodły się. Lekarz bezradnie rozkłada ręce. Rodzice chłopca nie potrafią nawiązać z Oskarem kontaktu, oswoić się z nieuniknionym. Wtedy na drodze dziecka staje tajemnicza ciocia Róża. Była zapaśniczka, która przekonuje chłopca, że być może warto nawiązać korespondencyjny kontakt z Bogiem. Opisywać w liście każdy dzień, a każdy dzień w oskarowym kalendarzu ma szczególną wartość, bowiem zawiera w sobie metaforyczne 10 lat z życia chłopca. Niezwykły pomysł niezastąpionej cioci Róży umożliwi dziecku, ale także jego rodzicom pogodzenie się z nieuniknionym i w konsekwencji oswojenie śmierci.

 

Opowieść Schmitta to przykład dobrej i nietuzinkowej prozy. Narracji leciutko trącającej „zdrowym” sentymentalizmem stanowiącej świadectwo tekstu nie banalnego, który zmusza potencjalnego czytelnika do chwili każdemu tak potrzebnej refleksji. Autor, który w tym wyjątkowym wydawnictwie jest u szczytu swoich literackich możliwości (zresztą w przedmowie do polskiej publikacji podkreśla wagę i znaczenie tego tekstu dla swojej literackiej kariery) w tym krótkiej, aczkolwiek szalenie istotnej książeczce stawia na wartości podstawowe. Odwołanie się do nich w momencie ostatecznym stanowi, według pisarza, jedyne możliwe rozwiązanie.

 

„Oskar i pani Róża” to literatura z gatunku „pocieszającej”, niosąca nadzieje i wiarę. Gdzie pojęcia takie jak bliskość, miłość, radość jeszcze się nie zdewaluowały. Takich opowieści w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez wizje Houellebecq’a, już się nie spotyka. To stanowi przyczynę sukcesu autora. I jak się okazuje (na szczęście!) - taka proza nadal się świetnie sprzedaje.

 

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=xsdeFv0Tj_w

 

Agnieszka

 

Drodzy czytelnicy książka "Oskar i Pani Róża"to swoisty majstersztyk literacki.Arcydzieło literatury.Czytałam ją już wielokrotnie, a mimo to za każdym razem odkrywam w niej nowe wartości.
Jest to piękny zapis niezwykłej przyjaźni śmiertelnie chorego chłopca-tytułowego Oskara i Pani Róży- byłej zapaśniczki.Chłopcu zostało tylko,a może aż 12 dni życia w czasie których dzięki nietuzinkowej, wspaniałej cioci Róży dziecko przeżywa wszystkie etapy ziemskiego bytu; od dzieciństwa poprzez okres dojrzewania,aż do starości i śmierci. Jak to się dzieje? Tego już musicie dowiedzieć się sami...

Chylę czoła przed autorem.Podziwiam go za odwagę by poruszyć temat,który w naszym społeczeństwie jest pomijany, przemilczany. Temat, od którego się ucieka, a mianowicie kwestię życia i śmierci widzianą oczami dziecka. Éric-Emmanuel Schmitt krzyżując losy Oskara i Róży w wyjątkowy sposób uświadamia nam jak jeden przypadkowo spotkany człowiek może odmienić nasze życie. Więzi, które zrodziły się między tą dwójką sprawiły,że oboje stali się zupełnie innymi ludźmi. Zarówno chłopiec jak i kobieta odkryli nowe oblicze życia. Łączące ich relacje stanowią przykład swego rodzaju symbiozy w przyjaźni.Ciocia Róża jest bezcennym darem dla Oskara. Jest jego przewodnikiem po trudnym świecie dorosłości ale również i on swoją obecnością w życiu opiekunki wnosi w nie bardzo wiele, czego potwierdzeniem są słowa, które kobieta pisze w ostatnim liście do Boga 
* " Dziękuję Ci,że dałeś mi poznać Oskara. Dzięki niemu byłam zabawna, wymyślałam legendy, znałam się nawet na zapasach.Dzięki niemu śmiałam się i przeżywałam radości.Bardzo mi pomógł w Ciebie wierzyć.Jestem przepełniona miłością, czuję jak mnie pali, dał mi jej tyle,że starczy na wszystkie następne lata."
Poza wsparciem, miłością, zrozumieniem Pani Róża ofiarowuje chłopcu bezcenny dar. Dar wiary w Boga. I oto dzieje się rzecz niesamowita. Na naszych oczach dziecko, wychowywane w niewierzącej rodzinie, które nigdy wcześniej nie słyszał o Bogu zaczyna wierzyć. Na swój dziecięco-dorosły sposób poznaje Boga. Co więcej Bóg staje się jego przyjacielem do którego pisze listy jak do swojego starego kumpla.

Jest to książka,którą bezwarunkowo trzeba przeczytać. Ja osobiście sięgam po nią w chwilach smutku czy zwątpienia,gdyż paradoksalnie mimo trudnego tematu w niej podjętego jej lektura za każdym razem pozwala mi na nowo docenić wartość swojego życia i przypomina by cieszyć się każdą jego chwilą, gdyż jest ono kruche i dane nam tylko na jakiś czas, o czym często w ferworze codzienności zdajemy się zapominać; bądź tez nie chcemy pamiętać wmawiając sobie,że śmierć dotyczy wszystkich wkoło ale nie nas samych.

Dzieło jak najbardziej polecam.Ostrzegam jednocześnie,że nie obejdzie się bez mnóstwa chusteczek, gdyż przy jego lekturze nie da się nie płakać.A kiedy skończycie czytać nic już nie będzie takie samo.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Alice Munro - "Miłość dobrej kobiety”

środa, 02 września 2015 14:18

 

Zbiór ośmiu opowiadań o kobietach. Ich losy, możliwości i ograniczenia we współczesnym świecie są główną osią twórczości Munro, znakomitej pisarki kanadyjskiej. Jej bohaterki muszą sobie radzić z niejednoznacznością własnych uczuć, z wewnętrznymi konfliktami, z rozdźwiękiem między tym, czego chcą, a tym, co muszą. Jest tak z wkraczającą w dorosłość mężatką, która szuka swojego miejsca w życiu, jest tak z młodą kobietą, która przyjeżdża na wakacje do matki, ale nie potrafi z nią wytrzymać, bo ma w sobie zbyt dużo goryczy i żalu.

Miłość kobiet przyjmuje rozmaite formy: uczucia matki do córki, dziecka do dorosłego, żony do męża, przyjaciółki do przyjaciółki – Munro pokazuje je wszystkie z niezwykłą wnikliwością, odsłaniając głębię i zawiłość zwyczajnego życia oraz siłę emocji, które wiążą ludzi ze sobą na nieskończenie różnorodne sposoby.

 

Miłość dobrej kobiety 159296-352x500.jpg

 

 

Krzysztof Cieślik

 

Wiele mówiące niedopowiedzenia

 

Autorka imponuje wyczuleniem na szczegół. Choć pisze o życiu zwyczajnym, to jej zdolność obserwacji uświadamia nam, jak wiele rzeczy – pozornie oczywistych – zdarza nam się przeoczyć.

 

Polscy czytelnicy poznają twórczość Alice Munrodopiero od niedawna, za to w ekspresowym tempie. Tylko w tym roku otrzymaliśmy trzy tomy opowiadań Kanadyjki, a kolejny ukaże się już jesienią. Każdy z nich potwierdza, iż brak przekładów prozy Munro był jedną z największych luk translatorskich na rodzimym rynku. „Miłość dobrej kobiety” (wydanie oryginalne 1998 r.) z pewnością miłośników tej autorki nie zawiedzie. Znajdziemy tutaj to, co dla Munro charakterystyczne: świat farmerów i nauczycielek, kanadyjską prowincję i nie mniej prowincjo­nalne ­Vancouver czy Toronto, czasy przed rewolucją seksualną i tło utkane z aktualnych problemów społecznych. Głównymi tematami zbioru są jednak różne odcienie miłości, choroba i śmierć. Ich bohaterów poznajemy najczęściej w sytuacjach przełomowych. Najlepsze w tomie jest opowiadanie tytułowe, doskonale skomponowana, nieco eliptyczna minipowieść, a także „Dzieci zostają”. Drugie z nich to rzecz o współczesnej Annie Kareninie czy madame Bovary. Pauline, która porzuca swoje dotychczasowe życie dla miłości, a może tylko dla jej ułudy.

 

Alice Munro imponuje wyczuleniem na szczegół. Choć pisze o życiu zwyczajnym, to jej zdolność obserwacji uświadamia nam, jak wiele rzeczy – pozornie oczywistych – zdarza nam się przeoczyć. Operuje oszczędnym, wręcz szorstkim językiem. Nie znajdziemy tu stylistycznych fajerwerków ani patosu, nawet w sytuacjach ekstremalnych. Otrzymujemy w zamian teksty pełne emocji i tak dla Kanadyjki charakterystycznych niedopowiedzeń. Trudno Munro porównać z jakimkolwiek współczesnym autorem. To pisarka osobna. Czy na miarę Nagrody Nobla? Bez wątpienia. „Miłość dobrej kobiety” jest kolejnym tego dowodem.

 

allison 

 

Przeczytałam wiele opowiadań Alice Maunro, lecz żadne nie dało mi tyle do myślenia, co tytułowy utwór zbioru "Miłość dobrej kobiety" (chodzi mi o zakończenie, które nie dawało mi spokoju przez kilka dni i jeszcze teraz czasem do mnie wraca). 

Ten zbiór na pewno należy do najlepszych książek noblistki. Każde opowiadanie to małe dzieło sztuki, które udowadnia, że wiele treści można przekazać nie tylko dużą formą. 
Munro kolejny raz podbiła moje serce umiejętnością opisywania pozornie zwykłej rzeczywistości, na którą składają się radości i smutki, nadzieje i lęki, mądre i złe decyzje, zwykle nieodwracalne, a ważkie i mające konsekwencje nawet w dalekiej przyszłości. 

Motywem przewodnim tego zbioru są kochające kobiety. Nie zawsze ich uczucia są dobrze ulokowane, czasem stają się przyczyną nieszczęścia, czasem pomagają dojrzeć lub spojrzeć na życie z innej perspektywy. 

Całość napisana jest w typowy dla autorki sposób - stylem prostym, ale literackim, ujmującym, przesiąkniętym melancholią, smutkiem, wspomnieniami, tęsknotą za tym, co odeszło. 
To piękna literatura, którą się smakuje z emocjami, wciąż chcąc więcej i więcej.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Yann Martel - " Życie Pi "

czwartek, 16 lipca 2015 14:03

 

Ranna zebra, orangutan, hiena cętkowana, szczur i tygrys bengalski… Taka menażeria to nie najlepsze towarzystwo w dryfującej po oceanie szalupie. Niestety szesnastoletni Pi Patel po zatonięciu japońskiego frachtowca, na pokładzie którego wraz z rodziną i zwierzętami z prowadzonego przez ojca zoo płynie z Indii do nowej ojczyzny, Kanady, nie ma żadnego wpływu na dobór towarzyszy niedoli. Grupa rozbitków, wśród których – poza orangutanem – Pi Patel jest jedynym dwunożnym stworzeniem, szybko się kurczy, aż pozostaje tylko on i tygrys. Odyseja przez Pacyfik staje się walką o życie – z żywiołem, głodem i, przede wszystkim, z olbrzymim kotem, z którym w bezpośredniej konfrontacji chłopiec nie miałby żadnych szans. By utrzymać zwierzę z dala od siebie, musi na niewielkiej powierzchni szalupy oznaczyć swoje terytorium i stać się osobnikiem alfa.

 

życie pi 352x500.jpg

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=j9Hjrs6WQ8M

 

Anna Aniszczenko

 

„Życie Pi” wszędzie tam, gdzie się nie pojawi robi wokół siebie mnóstwo zamieszania. W 2002 roku zwieńczeniem jego sukcesu w literackim świecie była Nagroda Bookera. W 2012 roku Ang Lee przeniósł na ekrany to, co dla wielu wydawało się niemożliwe do sfilmowania. Reżyser zrobił to w tak wielkim stylu, że „Życie Pi” okrzyknięto „wizualnym arcydziełem” i uznano za jeden z najlepszych filmów roku. W styczniu mogłam powiedzieć wiele komplementów pod adresem Anga Lee, lecz dopiero teraz po przeczytaniu książki wiem, że prawdziwe słowa uznania należą się autorowi powieści.

Zapewne na dźwięk tytułu „Życie Pi” pojawia się wam się przed oczami obraz chłopca, szalupy oraz tygrysa bengalskiego. To jednak tylko część tej historii. Zanim główny bohater, Piscine „Pi” Patel znajdzie się w tej ekstremalnej sytuacji, to spędzi jeszcze wiele beztroskich lat w Indiach. Pi, syn właściciela ogrodu zoologicznego za swoje „podwórko” uznawał właśnie zoo. To jednak mu nie wystarczało. Pi zaczął poszukiwać Boga; w hinduskiej świątyni, w kościele oraz w meczecie. Tę sielankę przerywa dopiero kryzys polityczny w Indiach. Rodzina Patelów z ciężkim sercem postanawia opuścić ojczyznę i udać się do Kanady w poszukiwaniu lepszego życia. Sprzedawszy zwierzęta (a kilka z nich zabierając ze sobą na pokład frachtowca) wyruszają w długą podróż morską. Okazuje się ona jednak nadspodziewanie krótka i fatalna w skutkach. W wyniku sztormu statek tonie, a tylko Pi wraz z kłopotliwą menażerią wyjdzie z tego żywy. Wyczerpująca tułaczka po oceanie będzie dla niego sprawdzianem wiary, wytrwałości oraz umiejętności koegzystowania z groźnym drapieżnikiem.

Kluczem do zrozumienia powieści jest ostatnia jej część, a konkretnie dyskusja między Pi a Japończykami. Ten niezwykły, przygodowy wątek zajmujący przeszło połowę książki okazuje się jedynie pretekstem do poruszenia kolejnej ważnej kwestii. Czy historia Pi i tygrysa mogła wydarzyć się naprawdę? Uwierzysz w nią na słowo czy może wolisz racjonalne wytłumaczenie oraz twarde dowody? Swój światopogląd opierasz na sercu i wierze czy nauce i rozumie? Zatem ile potrzebujesz, by uwierzyć? W Pi, w Richarda Parkera i w końcu w Boga? To pytanie jest jak klamra spinająca całą książkę lub jak fundament na którym zbudowano pasjonującą opowieść o losach chłopca i tygrysa. Wszak Martel wyraźnie zaznaczył jaki cel przyświeca jego książce, ale w ferworze dramatycznych wydarzeń łatwo o nim zapomnieć … i przypomnieć sobie dopiero na końcu. W każdym razie finał wcale nie jest pstryczkiem w nos, ale doskonale przemyślaną puentą.

Z jednej strony „Życie Pi” to szkoła przetrwania, a z drugiej to szkoła życia z lekcją psychologii, filozofii, zoologii oraz etyki religijnej w tle. Przez karty tej powieści w różnych formach i kontekstach przewijają się trzy fundamentalne prawdy: wiara, nadzieja, miłość. W książce znalazło się też miejsce na cichy manifest ekologiczny. Dlatego nie zamierzam kryć pochwał względem Yanna Martela. „Życie Pi” to kopalnia pięknej prozy w której ukryte są głębokie pokłady emocji, wzruszenia oraz refleksji.

Polecam szczególnie tym, którzy jeszcze się wahają czy wybrać adaptacje czy literacki pierwowzór. Zdecydowanie to drugie! Natomiast osoby, które zachwycił film z pewnością jeszcze bardziej zachwyci książka.

 

 

Patrycja "Pattyczak" Wołyńczuk

 

 

Tygrys, łódka i ja

 


Yann Martel jest kanadyjskim pisarzem, który szerszą sławę zyskał dzięki Życiu Pi, nagrodzonemu w 2002 roku Nagrodą Bookera. To stylizowana na reportaż niezwykła historia o silnej woli walki i głębokiej wierze 16-letniego chłopca na wodach Oceanu Indyjskiego.

Powieść jest podzielona na trzy części: pierwsza z nich przybliża dzieciństwo i młodość tytułowego Pi, druga zajmuje lwią część książki i traktuje o 227 dniach dryfowania po oceanie, zaś ostatnia jest próbą logicznego wytłumaczenia fenomenu przeżycia 16-latka na jednej łodzi z dzikim tygrysem bengalskim nazwanym Richardem Parkerem. I choć książkę można streścić do jednego zdania (Przygoda chłopca i tygrysa w łódce pośrodku oceanu), to lektura niesie ze sobą o wiele głębsze treści.

Martel z wykształcenia jest filozofem, odbył również dwuletnią podróż po Indiach, co odbiło się w tematyce  powieści, bowiem nie brak w niej przewrotnych rozważań na temat Absolutu. Przede wszystkim ujmujący jest stosunek głównego bohatera do Boga – Piscine Patela (tak brzmi pełne nazwisko bohatera) z wyboru jest praktykującym wyznawcą trzech religii: hinduizmu, chrześcijaństwa oraz islamu. Z tego powodu nad wyraz dojrzały chłopiec musi nieustannie walczyć z brakiem tolerancji i zrozumienia ze strony najbliższego otoczenia. O ile w przypadku dorosłych ludzi taki brak konkretnej decyzji w sprawie wiary może być odbierana jako ujma, to Pi jest w pełni usprawiedliwiony z racji wieku. Jego pragnienie i jednocześnie życiowy cel odnalezienia drogi do Stwórcy zostaną poważnie wypróbowane podczas najbliższych miesięcy po katastrofie statku.

Czym różni się Życie Pi od innej literatury o zbliżonej tematyce? W przeciwieństwie do powieści takich jak Robinson Crusoe czy 20 000 mil podmorskiej żeglugi, bohater Martela nie znajduje względnie bezpiecznego miejsca (czy to w postaci lądu, czy solidnego statku) w którym musi przeżyć. Nie jest to również książka o niezwykłej więzi między człowiekiem a zwierzęciem, wręcz przeciwnie. Piscine jest osamotniony w swojej walce zarówno z żywiołem, jak i niebezpiecznym tygrysem. Richard Parker nigdy nie został ujarzmiony przez chłopca, który do końca musiał uważać na grożące niebezpieczeństwo z jego strony. Jednocześnie to właśnie ów tygrys stał się jedyną podporą i ostatnią deską ratunku w walce z wszechobecną wodą.

Dzieje młodego Hindusa można rozpatrywać na wielu płaszczyznach, jednakże jest to przede wszystkim opowieść o odwadze i bardzo szybkiej lekcji życiowej dojrzałości. Podczas niezliczonych momentów spokoju i patrzenia na bezkresne wody, Pi zrewidował własne poglądy na temat człowieczeństwa. Bolesne i niejednokrotnie rozczarowujące decyzje umocniły jego niezłomny charakter.

W powieści uwagę przykuwa opis nie tyle samych wypadków, jakie rozgrywają się w łódce (a jest ich niemało), ile rozważania Pi poświęcone ludzkim dążeniom i analogiom do życia zwierząt. Nie są one nadto skomplikowane, lecz ukazane w taki sposób, by co najmniej zaintrygować odbiorcę tekstu i zachęcić do własnej refleksji na ten temat. Zakończenie książki bardzo dobrze zamyka i uzasadnia w logiczny sposób czasem wręcz baśniowe fragmenty w opowiadaniu Piscine'a. Po skończonej lekturze można łatwo skonfrontować obie wersje próby przeżycia na oceanie i prawdopodobnie czytelnik, podobnie jak Pi, będzie chciał wierzyć w tą lepszą, pozbawioną brutalności i cierpienia historię o cudownym wyrwaniu ze szponów śmierci.

Życie Pi nie jest odkrywczą pozycją przewartościowującą dotychczasowy sposób myślenia czytelnika ani też powieścią poruszającą ważne egzystencjalne problemy ludzkości. Jest za to przyjemną lekturą stanowiącą dowód na to, że nawet tak banalną tematykę można przedstawić w ciekawy i nienużący sposób. Mimo iż od początku lektury w czytelniku kłębi się przekonanie o nierealności opisywanych wydarzeń, to warto dać się ponieść wyobraźni.

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Andromeda Romano-Lax - " Hiszpański smyczek "

wtorek, 02 czerwca 2015 11:53

 


Ta porównywana z "Cieniem wiatru", napisana z niezwykłym rozmachem powieść jest poruszającym koncertem na wiolonczelę, w którym splatają się losy człowieka i pogrążonego w chaosie świata.

Pod koniec XIX wieku w miasteczku Campo Seco rodzi się chłopiec. Nikt jeszcze nie przeczuwa, że wkrótce zostanie okrzyknięty królem smyczka i największym wiolonczelistą w historii Hiszpanii. Tymczasem dwór królewski w Madrycie, pełen intryg i zepsucia, chyli się powoli ku upadkowi. Chmury gromadzą się również nad resztą Europy, zwiastując nadejście nowej, okrutnej epoki. Po dojściu do władzy faszystów życie genialnego muzyka staje się nieustającym wyborem pomiędzy osobistym szczęściem a nienawiścią do reżimu. Jego miłość do pięknej żydowskiej skrzypaczki jest zagrożona, podobnie jak stary ład na kontynencie, a ratowanie najbliższych wiąże się ze zhańbieniem własnego nazwiska...

 

hiszpanski-smyczek-b-iext3675067.jpg

 

deana

 

Feliu Delgado już w momencie swych narodzin okazał się być wyjątkowy. Choć jeszcze wtedy nikt z jego najbliższych nie spodziewał się, że pisana jest mu światowa kariera a rzeczą, która zawsze będzie mu towarzyszyć jest ofiarowany przez ojca w pośmiertnym darze smyczek wiolonczelowy. Feliu dosyć wcześnie opuszcza rodzinną wioskę po to by rozpocząć naukę najpierw u podstarzałego maestra Alberta a potem na dworze królewskim. Poznany jeszcze w dzieciństwie pianista Al-Cerraz staje się jego towarzyszem, mentorem i przyjacielem.

Dzieje Feliu rozgrywają się na tle burzliwych dziejów Hiszpanii początków XX wieku. Bohater zawsze znajduje się w takim miejscu aby można było jak najlepiej poznać i zrozumieć rozgrywające się wydarzenia. Nie zawsze jednak bierze bezpośrednio w nich udział. Wszystko to ma na niego ogromny wpływ: kształtuje go zarówno jako muzyka jak i człowieka - patriotę i antyfaszystę.

Całość powieści utrzymana jest na naprawdę wysokim poziomie. Wydarzenia same nadają rytm lekturze. Wprost chce się przewracać strony aby poznać dalsze koleje losu bohaterów, które niestety zmierzają do nieuniknionego dramatycznego finału. Fikcja literacka umiejętnie wymieszana jest z prawdą historyczną tworząc mieszankę, przy której przyjemnie spędza się czas.

 

Izabela

 

Na przeczytanie książki przeznaczyłam sobie kilka najbliższych dni, ponieważ ilość stron wydawała mi się dość pokaźna a i ich wymiar większy od standardowego. Z planów nic nie wyszło, ponieważ książka pochłonęła, mnie do tego stopnia, że czytałam ją jednym tchem, robiąc sobie jedynie krótkie przerwy na jedzenie (raz na spanie) ;)

Zacznę od tego na co ostatnimi czasy zwracam dużą uwagę, mianowicie od okładki, w 100% wg mnie oddaje klimat tej książki...

Historia zaczyna się w małej miejscowości Campo Seco, gdzie w 1892 roku przychodzi na świat Feliu Anibal Delargo Domenech. Miał mieć na imię Feliz (po hiszpański szczęśliwy) jednak wskutek pomyłki otrzymał immię inne niż mu przeznaczone. Jako dziecko objawiał swój talent do muzyki, grał na skrzypcach i fortepianie... jednak dzięki smyczkowi, który był prezentem od zmarłego ojca i koncertowi Justo Al-Cerraza, zrozumiał że jego przeznaczeniem jest wiolonczela. W końcu po latach matka zabiera go do Barcelony, gdzie zaczyna lekcje i sławnego wiolonczelisty Alberto Mendizabala. Od tej chwili jego życie nabiera rozpędu, a zbiegiem lat staje się znanym na świecie wirtuozem wiolonczeli. Zaczyna koncertować ze znanym pianistą Justo Al-Cerrazem, później poznaje żydowską skrzypaczkę Avivę , którą pokocha miłością niezwykle skomplikowaną...

Aż trudno mi uwierzyć, że cała książka stanowi fikcję literacką. Miałam wrażenie,że ludzie których spotykam na kartach książki istnieli naprawdę. Jak zaznacza na końcu autorka, postać Feliu wzorowała na sławnym wiolonczeliście Pablu Casalsie, co dodało tej powieści niezwykłej wiarygodności.
Podobało mi się bardzo to, że historia w tej książce jest tylko tłem, nie dominuje i nie przytłacza. Czasami zdarza się, że autor przesadza z opisami wojny, rebelii, bitew, przez co książka robi się ciężka w odbiorze. Tutaj autorka zachowała odpowiednie proporcje, dlatego czyta się szybko i z dużą lekkością.

Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że na kartach tej powieści naprawdę słychać było muzykę. Podejrzewam, że to za sprawą tego, że sama autorka gra na wiolonczeli. Mnie prześladowała przez 600 stron zasłyszana kiedyś melodia grana na wiolonczeli, jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to preludium do pierwszej solowej suity Bacha, którą Feliu wykonał, gdy Justo odmówił gry na pianinie. (str. 315 ;))
Polecam "Hiszpańskiego smyczka", bo to naprawdę niezwykła historia i po prostu zasługuje na to, żeby się w niej zatracać...

 

Muminka 

 

Porywająca opowieść o Hiszpanii XX wieku. Na przełomie XIX i xx wieku przychodzi na świat utalentowany chłopczyk, w wielodzietnej rodzinie nie ma zbyt dużo szczęścia, zresztą ojciec służy w armii i rzadko bywa w domu. Jak Feliu ma kilka lat, ojciec umiera i skazuje całą rodzinę na nędzną egzystencję. Mimo tego matka zabiera chłopca do Barcelony, gdzie kształci się on pod okiem sławnego Alberta Medinzebala. Na szczęście chłopiec został przedstawiony na dworze, a młoda żona następcy tonu, Angielka, córka królowej Wiktorii, obdarza go swoją sympatią. Feliu wspomina królewski protektorat i swoją muzyczną edukację,. Niestety był zbyt wielkim indywidualistą by móc dopasować się do akompaniamentów i innych instrumentów. jako wyraz uznania dostaje smyczek z szafirem, kosztowną wiolonczelę i dlatego Feliu może oddawać się swojej pasji. Jego kariera nabiera rozpędu gdy zaczyna koncertować z pianistą Justo Al-Cerrazem. Zaprzyjaźnia się także z intrygującą " dziewczyną z przeszłością" Avivą o żydowskich korzeniach. Mimo dużej różnicy wieku to ona jest kobieta jego życia. Niestety niszczy ją obsesja na tle ukochanego synka, którego musiała oddać wkrótce po narodzinach. Nieszczęsna jako piętnastolatka została zgwałcona przez swojego nauczyciela, zhańbiona trafiła do przytułku gdzie "upadłe dziewczęta" rodziły nieślubne dzieci, które zostawały potem adoptowane.
Feliu stara się pomóc tej dzielnej kobiecie, ale to jak szukanie igły w stogu siana. 
Ich miłość zostaje wystawiona na próbę, gdyż burzliwe historyczne wydarzenia zmieniają ich cały świat. Zostaje obalona monarchia, a do władzy dochodzi generał Franco. Jest on dawnym kumplem brata Feliu, Enrique, który zginął na Wyspach Kanaryjskich. Z tego też względu Feliu cieszy się jego względami. Bardzo oględnie Andromeda Romano- Lax pisze o horrorze wojny domowej,prześladowaniach kościoła, okrucieństwie wygrywających, o tłamszeniu katalońskiego ducha skupia się na motywie jednostki uwikłanej w dramatyczną historię dwudziestego wieku. W starciu z bezwzględną polityką i ślepym losem taki muzyczny geniusz jak Feliu jest bezbronny. Wybucha druga wojna światowa, do Hiszpanii docierają okruchy informacji o działalności Hitlera i eksterminacji Żydów i Słowian. Aviva jako żydówka pomimo całego swojego talentu jest w niebezpieczeństwie. Ironia losu polega na tym, że Generał nalega, by Feliu, Justo i Aviva uświetnili swoim występem spotkanie na szczycie z Hitlerem. Jeden rzut oka Hitlera na Avivę może skazać ją na śmierć, na uwięzienie i deportację.
Czy uda im się ocalić życie? na pewno powieść wciągnie wszystkich tam jak mnie, nie pozwalając na zrobienie obiadu czy sen.
Barwny język, pięknie ukazane emocję, siła prawdziwej przyjaźni sprawiają, że ta lektura nikogo nie pozostawi obojętnym. warto też dodać, że powieść jest przesiąknięta muzyką. To także gratka dla miłośników zagadek i tropienia tajemnic, gdyż Feliu szuka rękopisu kompozycji "Don Kichot", jest jego idee fixe odnaleźć to opus magnum.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  72 455  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 72455

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl