Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 705 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Edward Redliński - " Konopielka "

wtorek, 23 kwietnia 2013 15:37

 

Konopielka to znakomita komedia obyczajowa – mistrzowski zapis konfrontacji mentalności polskiej wsi z cywilizacją miasta. 


To najbardziej znana powieść Edwarda Redlińskiego i jedna z bardziej zabawnych lektur szkolnych, która została zekranizowana w przez Witolda Leszczyńskiego (w 1981 roku) z wybitną rolą Krzysztofa Majchrzaka. 

Mieszkańcy Taplar od pokoleń żyją spokojnie i po bożemu, w ciemnocie, brudzie i zabobonie. Wielki świat z jego diabelskimi wynalazkami, jak radio czy widelec, szczęśliwie omija ich wioskę. Niestety, pewnego dnia władze powiatu postanawiają przeprowadzić elektryfikację i otworzyć we wsi szkołę. Do Taplar przyjeżdża nauczycielka, która – choć jest delikatną miastową panienką – zupełnie burzy dotychczasowy porządek.

 

„Co innego wstawać latem, co innego zimo. Słonko to zawsze wstaje równo, zaraz po kogutach, i to zima czy lato, tyle że latem pokazuje sie od razu, latem dużo roboty, a zimo, jesienio wyleguje sie: nie wschodzi na niebo, bo po co? Leży sobie pod spodem, wygrzewa sie po ciemku, czochra sie, całkiem jak w chatach gospodarze. 

[...] 

Taki, co by widział przez ściany i ciemno, zobaczyłby naraz we wszystkich chatach nogi, jak raptem my wyłażo spod pierzynów i boso szukajo podłogi, macajo. A już i głowy, plecy dźwigajo sie, prostujo i nie wiadomo kiedy na wszystkich łożkach siedzo męszczyzny w gaciach i koszulach, oczy dalej majo zapluszczone”

 

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=fk2GO0fiOAM

 

Anna Nasiłowska

 

Komizm elektryfikacji

Przed Redlińskim o awansie chłopskim pisano w kategoriach PRL nowomowy, a o autentycznej kulturze wsi – w tonie poetyckim lub z folklorystycznym pietyzmem. „Konopielka” wydobyła komiczne aspekty zetknięcia nowego porządku z tradycyjną kulturą.

 

 

Nim w 1973 r. ukazała się „Konopielka”, Edward Redliński zadebiutował zbiorem opowiadań „Listy z rabarbaru” i wydał dwa tomy reportaży. Był przede wszystkim dziennikarzem związanym z Białostocczyzną, skąd pochodził. Ukończył studia na Wydziale Geodezji i Kartografii – a więc, określając to słowem z „Konopielki” – został ziemlemierem. Zanim pociągnęło go pisarstwo, wybrał zawód praktyczny, związany z ziemią.

„Konopielka” przyniosła mu wielki sukces. Kontekst ówczesnej literatury kazał umieszczać tę powieść w ramach „nurtu chłopskiego” w polskiej prozie. Było to bogate zjawisko, któremu zawdzięczamy nie tylko różne zaangażowane utwory na temat awansu chłopskiego, ale także prozę Wiesława Myśliwskiego czy poezję i prozę Tadeusza Nowaka. O ile jednak obaj autorzy, starsi od Redlińskiego o pokolenie, pamiętali drugą wojnę i podchodzili do tematu chłopskiej duszy z poetycką delikatnością i powagą, to Redliński zdobył się tu na luz i humor. Zauważył to od razu Henryk Bereza, krytyk towarzyszący temu nurtowi i autor pracy „Związki naturalne”. Bereza potraktował utwór Redlińskiego jako dowód przezwyciężenia przez młodsze pokolenie kompleksów pochodzenia. I opisał – z niezwykłą powagą – jako chłopską epopeję.

Na początku lat siedemdziesiątych rzeczywiście nie trzeba już było obowiązkowo o awansie pisać w kategoriach klasowych ani wychwalać elektryfikacji. Od powstania na początku XX w. nowoczesnej antropologii przestano opisywać kultury na innym stopniu rozwoju cywilizacyjnego jako prymitywne.

Pierwsza część „Konopielki”, gdy Taplary są jeszcze odcięte od świata, to zapis światopoglądu, w którym centralną funkcję sprawuje mit. Jest tu jakaś lokalna legenda o złotym koniu, ukrytym w kurhanie, wierzy się w istnienie paraleli między światem ludzi i zwierząt oraz w analogię między tym, co w zaświatach i na ziemi. Myślenie ludowe było synkretyczne i nie liczyło się z kanonami oficjalnego Kościoła: Pan Bóg (raczej katolicki) wędrował od czasu do czasu po ziemi, ale pogańskie rusałki czy inne duchy, jak to płanetnicy, upiory, wilkołaki czy żmije – nie straciły swojej mocy. Tytułowa Konopielka jest oczywiście jedną z rusałek, czyli błąkających się dusz dziewczęcych, które czatują na naiwnych. Ale skoro Kaziuk w końcu może wydupczyć rusałkę – misjonarkę postępu, to znaczy, że daje sobie radę.

Redliński podszedł do opisu tej warstwy mitologicznych elementów kultury agrarnej poważnie i niepoważnie zarazem. Wcale nie ukrywał prymitywu i nie do końca poddał się logice myślenia mitologicznego. Jego bohater Kaziuk wierzy i nie wierzy w złotego konia i paralelę między ludźmi a drzewami. Wierzy wtedy, gdy mu jest to wygodne, ale gdy trzeba ściąć drzewo w lesie – to zetnie. Gdy przybywają sąsiedzi, by sprawdzić, czy aby jakaś siła nieczysta nie działa przez jego cielaka, broni się, jak może. Ale jak zachoruje dziecko, to z braku innych sposobów leczenia zastosowane zostaną metody magiczne, a nawet podjęta zostanie próba wskrzeszenia niemowlęcia. Wiemy jednak, że w sytuacjach beznadziejnych zdarza się to nawet w tej chwili, i to w wielkich miastach, choć zdecydowanie trudniej jest o dziada, który miałby ochotę podjąć się przeprowadzenia cudu przywrócenia umarłego do życia.

Konopielka” jest książką niebywale śmieszną. Najpierw z powodu języka i sposobu, jak Kaziuk ujmuje świat. Jego dosadne określenia bywają niezwykle celne, bo nie nauczył się fałszywej pruderii – na przykład w podejściu do seksu. Ze skrótu ze spotkania mitologii ze zdrowym chłopskim rozumem i chłopską chytrością rodzi się groteska. Śmieszny jest nie tylko prymityw, ale także postęp. Uczycielka chce dobrze, ale od jej przybycia do Taplar wszystko zaczyna się psuć, a ona sama – choć uczona – niewiele rozumie.

Nie ma sensu przykładanie do tego utworu miar realistycznych. Czy rzeczywiście w odciętych od głównych szlaków i pozbawionych elektryczności wioskach Białostocczyzny wierzono, że koszenie zboża kosą, a nie sierpem, może spowodować katastrofę kosmiczną, a co najmniej – odebrać ziemi urodzaj? To tylko skrót pokazujący, że logika mitologicznego myślenia opiera się na ciągłych powtórzeniach tego samego i ideałem jest tu: by wszystko było jak za ojców i dziadów, tak samo. Tymczasem nowe przybywa pod hasłami postępu i oferuje udogodnienia... Modelowo tradycyjne Taplary są kreacją literacką, zanim na wieś przyszła elektryfikacja, dotknęło ją kilka innych katastrof, a wojna – u Redlińskiego obecna tylko w napomknieniach – przetrząsnęła najdalsze wioski.

Czy „Konopielka”, najcelniejsze dzieło Redlińskiego, jest chłopską epopeją? Raczej utworem heroikomicznym i na tym polega jego niezrównany wdzięk.

 

Hobo_Clown

 

Rewelacja! I poprzez język, i poprzez fabułę. Zastanawiające, jak bardzo człowiek jest ograniczony i boi się przyjąć to, co nowe, nieznane... W Taplarach wszystko jest swojskie, "nasze", niczego nie potrzeba, ludzie żyją swoim życiem, są szczęśliwi... Szczęśliwi? Wszechobecna bieda i niehumanitarne warunki dają się we znaki... Pewnego dnia ktoś wprowadza zamieszanie w codzienność mieszkańców - "cienka uczycielka". Przynosi ze sobą swoje miejskie obyczaje, dziwne, nieznane... Bo jak to można jeść widelcem, nożem, każdy ze swojego talerza? Wprowadza edukację, stara się uświadomić ludzi o ich zacofaniu... Książka ponadto obfituje w wiele tradycji i zabobonów - niekiedy wręcz absurdalnych! Pożyteczna i warta przeczytania - gorąco polecam.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Magdalena Samozwaniec - " Błękitna krew "

piątek, 12 kwietnia 2013 16:57

 

 

Słynna prześmiewcza powieść, za którą „mistrzyni satyry” została wyklęta przez polską arystokrację. I nic dziwnego: na utytułowanych głupcach, cwaniakach i leniach z pretensjami do świata nie zostawia suchej nitki! Przed nami przesuwa się tragikomiczny korowód najróżniejszych księżni­czek, hrabin czy hrabiów, próbujących - lub nie - odnaleźć się w nowej rze­czywistości po II wojnie. Perypetie członków pewnej „wysoko urodzonej” rodziny, którzy wadzą się ze sobą i z życiem, opisuje Samozwaniec z wła­ściwym sobie, ironicznym humorem, by nie powiedzieć - zjadliwie.

 

 

Dalia

 

Magdalena Samozwaniec - pisarka satyryczna, córka Marii i Wojciecha Kossaków, siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Jerzego Kossaka, kuzynka Zofii Kossak-Szczuckiej-Szatkowskiej, wnuczka Juliusza Kossaka...uff co za koligacje , jeszcze przed wojną znana była z humoresek i satyrycznych tekstów.
Po 1945 roku rozwijała tę twórczość publikując kolejne powieści, pisząc felietony i fraszki do wielu czasopism. Wyróżniała się doskonałym zmysłem obserwacyjnym  i ciętym językiem. W 1954 r. ukazała się powieść satyryczna "Błękitna krew", w której autorka w karykaturze przedstawiła środowisko byłego ziemiaństwa. Za tą właśnie książkę "mistrzyni satyry" została wyklęta przez polską arystokrację a raczej przez jej nieliczne pozostałości. I nic dziwnego , autorka znając te kręgi od podszewki, miała okazję w ironiczny i nico zjadliwy sposób zaprezentować czytelnikom perypetie przedstawicieli pewnej "wysoko urodzonej " rodziny w pierwszych latach zaraz po II  wojnie światowej. W rezultacie powstała prześmiewcza, tragikomiczna  powieść o  utytułowanych członkach przedwojennej polskiej arystokracji , próbujących odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Przez karty powieści przewijają się księżniczki, hrabiny i hrabiowie , którzy wadzą się ze sobą i życiem . Znajdują się wśród nich utytułowani głupcy, cwaniacy oraz lenie z pretensjami do świata czyli cała swoista menażeria przeróżnych postaci, patrzących z góry na przedstawicieli " niższej sfery" .

Teresa Kossak , we wspomnieniach o Magdalenie Samozwaniec napisała :

" Zarzucano jej, że zdradziła swoją sferę w Błękitnej krwi, skalała swoje gniazdo - nonsens! Ciotka była typem człowieka walącego prosto z mostu, nie uznającego konwenansów, które były normą w towarzystwie. Bawiły ją i ostro je wyśmiewała (...) Umiała zachować dystans do wszystkiego .Chyba tylko dzięki temu szybko przystosowała sie do nowego powojennego ładu, chociaż na pewno bardziej odpowiadały jej czasy przedwojenne"


 
 Powieść cechuje pełne humoru "lekkie pióro " autorki , czyta się ją  szybko, bardzo przyjemnie  i  z uśmiechem na twarzy - bez zagłębiana się w szczegóły. Gdyż ogólnie wszystkim znającym historię powojennej Polski wiadomo iż przedstawicielom klas wyższych nie było łatwo w tym czasie i zwłaszcza im najtrudniej było się przystosować. Autorka obnaża w swej powieści jedynie przywary cechujące arystokrację , podchodząc do nich w sposób  humorystyczny a zarazem ironiczny.
" Błękitna krew" stanowi doskonałą rozrywkę dla osób lubiących doskonałe parodie tryskające inteligentnym humorem :)


Cytat :


 (...)Ach, moja ciociu - rzekła Isia Tarniecka, odrzuciwszy
na plecy czarną krepę, spływającą jej z kapelusza jak żałobna flaga. - Kłopot mam z moimi dziećmi.
Jakże je posyłać do bolszewickich szkół? Całą wojnę uczyły się pokątnie. Teraz znów trzeba będzie zorganizować jakieś komplety... Inaczej nieuki z nich wyrosną.
- Lepiej, aby z nich wyrosły nieuki niż komuniści - mruknęła ciotka Rózia.(...)

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=x1KwzOY6_ag

 

 

HANKA BIELICKA o Magdalenie Samozwaniec

Szkoda, że nie dane jej było doczekać naszych czasów. Czasów Andrzejów Lepperów, braci Kaczyńskich, Romanów Giertychów – miałaby milion tematów do swych książek. Od zawsze wykpiwała głupotę i kołtuństwo. Podejrzewam, że w IV Rzeczypospolitej nie nadążałaby z realizacją zamówień. Obecne – najczęściej w swoim mniemaniu wybitne – satyryczki nie mają nawet namiastki jej ostrego pióra! A szkoda, może panowie politycy, jakby przeczytali o sobie książkę, trochę by zmądrzeli lub przestali wygadywać farmazony z sejmowej mównicy...
     Nie mogę powiedzieć, że znałam Magdalenę Samozwaniec. Kochałam poezję jej starszej siostry. W „Syrenie” czytałam z Ireną Kwiatkowską Na ustach grzechu. Ceniłam autorkę za cięty język i zazdrościłam, że ona może sobie na pewne komentarze pozwolić... Była bezkarna w swoich sądach i poglądach. Nikt też nie chciał z nią walczyć... Za nią stała przecież tradycja: Wojciech Kossak, Pawlikowska-Jasnorzewska. Można powiedzieć, że już za życia była legendą. Pamiętam jej komentarz na temat mojej osoby. W pewnej audycji radiowej powiedziała: – Pani Bielicka jest jak zepsute radio nastawione na maksymalną fonię, którego nie można wyłączyć ani ściszyć... – Był to żart, i szczerze mówiąc, dopiero teraz go zrozumiałam, ale wówczas, jako młoda i – we własnym mniemaniu – dobrze zapowiadająca się aktorka, poczułam się urażona. Odcięłam się w tym samym radio kilka dni później, mówiąc, że może ja jestem jak zepsute radio, ale trzeba by posłuchać samej pisarki, jak potrafi się kłócić na targowisku z innymi babami o tandetny sweterek z importu. Przesadziłam... Teraz to wiem, ale wtedy uważałam, że robię dobrze... Podejrzewam, że ktoś doniósł jej o moim niezadowoleniu, bo kilka dni później w „Syrenie” w portierni czekał na mnie piękny bukiet „przeprosinowych” – jak było napisane na dołączonym bileciku – kwiatów. Nie miałam na tyle taktu, żeby zrewanżować się tym samym... Niestety, człowiek uczy się całe życie...
     Pani Samozwaniec była żartownisią, ale na pewno nie chciała nigdy nikomu zaszkodzić ani nikogo obrazić. Tylko tak się jej coś niefortunnie powiedziało... Miała klasę. Ale czasem nie potrafiła być dyplomatką...

Bardzo kochała starszą siostrę. Często – przy różnych okazjach – cytowała fragmenty jej wierszy. Najbardziej ukochała sobie piękny czterowiersz, który dzisiaj mnie także jest bardzo bliski, tytułu niestety już nie pamiętam...

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:
czyjeś ciało i ziemię całą,
a zostanie tylko fotografia,
to – to jest bardzo mało...

(Fotografia z tomiku Pocałunki)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Natasza Socha - " Ketchup "

czwartek, 04 kwietnia 2013 12:27

 

 

O Macosze Nataszy Sochy pisano, że powala humorem , ma cięty język , a dowcipy często makabryczne . Książkę określono wyjątkowo przewrotną i ironiczną współczesną balladą o Kopciuszku . Ketchup z kolei to mocno kąśliwa opowieść o ludzkiej głupocie, obsesji bycia trendy i fanatycznym pragnieniu sukcesu. Główny bohater, Adaś Jebutko alias Ketchup projektuje szaliki. Cóż w tym niezwykłego? Niby nic, a jednak wystarczy odrobina public relations pomnożona przez konsumpcjonizm niezwykle ważnych ludzi, by szalik stał się drugą naturą człowieka przekonuje specjalista i osobisty doradca Jebutki. Czy plan owinięcia Polaków szalikami bezguścia powiedzie się? I czy Adaś ogrzeje swą wątrobiankowość w reflektorach sławy? Wszystko jest możliwe. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach!

 

 

 

 

Agnieszka Wolny-Hamkało

 

Pewnego dnia Adaś Jebutko, lat trzydzieści cztery, został Keczupem. "Jestem keczup hola hola / Taka to już moja dola. / Jestem smaczny, jestem zdrowy / I mam smak pomidorowy!" - ten oto utwór recytował, przechadzając się pomiędzy regałami supermarketu "Koziołek Matołek". Pięcioletnie studia z zakresie ekonomii, praca za granicą na stanowisku koordynatora, znajomość trzech języków oraz osiem kursów dokształcających pomogły mu uzyskać to intratne zajęcie. 

Dla bohatera "Keczupu" to spora degradacja. Przyzwyczajony do noszenia jedwabnych skarpetek za 200 złotych i krawatu za pół pensji krajowej, zwolniony przez swego szefa Thomasa Fiuta z firmy Czar Praliny, usiłuje spłacić kredyty i utrzymać się na powierzchni. Pewnego dnia Jebutko spotyka znajomego sprzed lat Leona Pszczołę, który z kolei po spektakularnym wylocie z pracy założył jednoosobową firmę Roztańczona Nagość. Leon przedstawia Adasiowi genialny plan, "jak odbić się od dna": od teraz on jest trendymenem, a Jebutko towarem do opchnięcia - boskim i genialnym projektantem szalików in spe. "Wystarczy odrobina public relations pomnożona przez konsumpcjonizm niezwykle ważnych ludzi, by szalik stał się drugą naturą człowieka". 


I oto czytelnik staje się świadkiem narodzin Ada Catchy, "stylisty szyjnego", jego nowego życiorysu i nowej kolekcji. Niebawem nasi mili bohaterowie dziarsko zabierają się do rzeczy i owijają szalikiem nawet Pałac Kultury. 

Do napisania "Keczupu" zainspirowała Sochę historia Arkadiusa, który umiejętnie wykreował nie tylko swój image, ale i własne krawiectwo, koloryzował autobiografię i chwalił się uczestnictwem w pokazach, na których nigdy go nie było. W dobitnym obnażaniu głupoty, snobizmu, próżności i rozmaitych słabostek ludzkich "Keczup" przypomina "Karierę Nikodema Dyzmy" Dołęgi-Mostowicza. Socha napisała lekką i dowcipną książkę, taką "do tramwaju". Czyta się ją dobrze, choć dość łatwo zapomina. Oprócz śmiechu jest tu gorzka refleksja na temat mechanizmów mediów i narcystycznych skłonności naszej populacji. "Jak zarobić na ludzkiej głupocie" - głosi podtytuł powieści. I miejmy nadzieję, że nikt nie potraktuje jej jako poradnika.

 

:-D:-D:-D

 

http://www.youtube.com/watch?v=48OCiN1dki8

 

nellanna

 

Książka bezlitośnie i trafnie obnaża snobizm i modę na bycie "trendy" wśród tzw. celebrytów, wykreowanych na jeden sezon przez brukowce i kolorowe pisemka o nikłej treści.Ubawiłam się do łez i miałam chwilami uzasadnione obawy czy nie dostanę zawału w trakcie kolejnego ataku śmiechu. Oberwało się zdrowo kreatorom naszej rzeczywistości i wizjonerom wszelkiej maści, którzy zbijają wielkie pieniądze na ludzkiej głupocie.

 

 

Natasza Socha

 

Ukończyła Nauki Polityczne i Dziennikarstwo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Rok temu zadebiutowała pamiętnikiem "Macochy", który został bardzo dobrze przyjęty przez czytelników obu płci! Autorka mieszka w dwóch krajach - hałaśliwo/targowo/ziemniaczanym Poznaniu (Polska!) oraz pewnej wsi niedaleko Akwizgranu, słynącej z borsuków i myszołowów (Niemcy!). Pisze, ilustruje bajki dla dzieci, maluje akwarele i jeździ konno, choć dość niepewnie

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Krystyna Siesicka - " Parada fiołków "

poniedziałek, 01 kwietnia 2013 14:40

 

 

"Parada fiołków" nie jest książką autobiograficzną. Nie jest nawet książką wspomnieniową, chociaż jej bohaterami są moje dzieci i te dawne już czasy, które stanowiły ich dzieciństwo. Wspomnienia ułożyłam inaczej. Na pewno z większą dbałością o dokładne opisanie wydarzeń i tego, co w tamtych latach było dla naszej rodziny najważniejsze. "Parada fiołków" jest wyborem krótkich felietonów, które pisywałam wtedy do "Kobiety i Życia" i które, ku mojemu zdumieniu, dziś jeszcze wspomninają ich Czytelniczki. To one swoją pamięcią i serdecznymi pytaniami o to, jak ułożyło się życie moim Córkom i Synom, skłoniły mnie do udzielenia czegoś w rodzaju odpowiedzi. Tak wiele razy dziwiło mnie i wzruszało przywoływanie w naszych przypadkowych rozmowach zabawnych powiedzonek moich dzieci i pamięć o ich szalonych pomysłach, że w końcu postanowiłam do tych felietonów wrócić. I w ten właśnie sposób powstała ta "Parada fiołków" - powrót i odpowiedź zarazem. 

Krystyna Siesicka 

 

 

 

    "- Jak sądzisz? - zapytał pewnego dnia tata. - Do czego rozsądnej gospodyni może służyć piecyk do pieczenia, czyli piekarnik?
    Zdrętwiałam. Do czego rozsądnej gospodyni może służyć piecyk do pieczenia, czyli piekarnik? - zastanowiłam się.
    - Rozsądna gospodyni może w piecyku trzymać patelnie i pokrywki od garnków - powiedziałam.
    - Rozsądna gospodyni może w piecyku upiec babkę! - tata wyrzucił z siebie prawdę, którą przez wiele lat skrzętnie ukrywałam przed dziećmi."

 

Siesicka Krystyna (ur. 1928), pisarka i dziennikarka, autorka poczytnych powieści dla młodzieży. W latach 1949-1960 pracowała w miesięczniku "Horyzonty Techniki". W latach 1952-1954 była urzędniczką w Ministerstwie Kultury i Sztuki. Była w zespole redakcyjnym "Filipinki". W swoich książkach podejmowała tematy związane okresu dojrzewania oraz pisała o problemach dzieci z rozbitych rodzin.

Wybrana twórczość: powieści dla młodzieży Zapałka na zakręcie (1966; debiut), Jezioro osobliwości (1966, ekranizacja 1973), Beethoven i dżinsy(1968), Być babim latem (1971), Obok mnie (1972), Czas Abrahama (1974),Moja droga Aleksandro (1983), Chwileczkę, Walerio (1993), Fotoplastykon(1998), Piosenka koguta (1999), Sabat czarownic (2000), Dziewczyna Mistrza Gry (2000; wpisana na Listę Honorową IBBY), felietony Parada fiołków(1998).

Jest m.in. laureatką nagrody Prezesa Rady Ministrów (1973) oraz nagrody Polskiej Sekcji IBBY (1993). W 2000 została odznaczona medalem IBBY za całokształt twórczości

 

 

  http://www.youtube.com/watch?v=w0zELN1zKLc

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Łukasz Modelski - " Dziewczyny Wojenne "

czwartek, 28 marca 2013 13:32

 

 

Nie pozwoliły aby wojna zniszczyła ich marzenia.
Wojna to z pozoru męska sprawa. Zmienia jednak kobiece losy tak samo mocno, jak męskie. Jak żyć w czasach, gdy własne wesele kończy się aresztowaniem przez gestapo, gdy tylko bliski poród wstrzymuje wykonanie wyroku śmierci, gdy powodzenie zadania wymaga nawiązania romansu z wrogiem? Jak zachować kobiecą wrażliwość, gdy wokół panuje okrucieństwo, przemoc i niesprawiedliwość? Gdy najmodniejszym dodatkiem staje się biało-czerwona opaska, a w torebce, obok szminki i lusterka, trzeba schować pistolet?
Łukasz Modelski wysłuchał jedenastu niezwykłych historii kobiet, których młodość upłynęła pod znakiem drugiej wojny światowej. Są wśród nich córka marszałka Piłsudskiego i wnuczka księcia Lwowa, premiera rewolucyjnego rządu rosyjskiego, która pokochała legendę polskiego podziemia - majora Łupaszkę).
Nie chcą, by nazywać je bohaterkami, ale ich historie zapierają dech w piersiach - akces do oddziału żywych torped, udział w akcjach egzekucyjnych AK, ratowanie żydowskich dzieci. Pozostają zarazem młodymi, pięknym kobietami, które chcą kochać w tych nieludzkich okolicznościach, a do Powstania Warszawskiego idą w najlepszych sukienkach, aby być gotowymi na paradę zwycięstwa.
Wzruszająca i fascynująca lektura. Książka inna niż wszystkie.

 

 

 

 

allison

 

 

Każda z historii mogłaby posłużyć za scenariusz filmu fabularnego, a nawet serialu. Gdyby jeszcze reżyserią zajął się ktoś na miarę Holland albo Wajdy, na pewno nasza kinematografia wzbogaciłaby się o kolejną udaną i wartościową produkcję.

Opowieści kobiet, które jako dziewczyny brały udział w wojnie (uzupełniane przez fragmenty odautorskie) zapierają dech w piersiach. Jest w nich miejsce na okupacyjne niebezpieczeństwa i pułapki, na wojenne okrucieństwo, zmęczenie, ból, strach, bezsilność...
Bohaterki książki opowiadają o swoich losach w sposób prosty, komunikatywny, bardzo bezpośredni, nie zapominając o tym, co trzymało je przy życiu, pomagało przetrwać, nie załamywać się. Czasem to wielka miłość albo przyjaźń, czasem jakiś drobny gest albo piękne wspomnienie, innym razem przypadek...

Kobiety opowiadają nie tylko o czasach wojny. Poznajemy ich życie od dzieciństwa, śledząc także losy ich bliskich. Każda historia przestawia również powojenne dzieje bohaterek, które niejednokrotnie okazywały się równie dramatyczne jak wcześniejszy koszmar. Byłe członkinie AK - tak jak ich koledzy i koleżanki - stawały się ofiarami stalinowskich represji, trafiając do więzień i łagrów.
O najnowszych losach wojennych dziewczyn i ich bliskich informuje w zakończeniu każdego rozdziału autor.

Opisane historie chwytają za serce. Pozwalają spojrzeć na wojnę oczyma kobiet, które we wrześniu 1939 roku były jeszcze dziewczętami, a nawet zaledwie podlotkami. Ich młodzieńcze marzenia, nieraz naiwne i bardzo sentymentalne, zderzały się boleśnie z nową rzeczywistością.
Bohaterki musiały przedwcześnie dojrzeć, tak jak całe pokolenie Kolumbów.
Mimo wielu dramatycznych przeżyć nie zatraciły wiary w człowieka i po wojnie każdej udało się ułożyć sobie życie. Mało tego - wszystkie te kobiety były lub nadal są bardzo aktywne, żywiołowe; otrzymały nie tylko wojenne odznaczenia, ale zdobyły również naukowe tytuły, zasłużyły się działalnością społeczną, są w swoim środowisku szanowane, podziwiane, docenione (nieraz po latach, ale lepiej późno niż wcale).

Każda z opowieści zrobiła na mnie duże wrażenie. Są jednak wśród nich takie historie, które zapisały się w mojej pamięci na zawsze (np. wspomnienie żydowskiego dziecka oblanego benzyną i podpalonego przez zwyrodnialców, a ratowanego beznadziejnie przez jedną z bohaterek, dla której bardzo ważne było, by dziecko umarło w czystej pościeli i miało pogrzeb).

Niewątpliwą zaletą książki jest jej komunikatywność - kobiety nie silą się na wzniosłe słowa, mówią o sobie w zwyczajny sposób, tak jakby opowiadały całkiem zwyczajne historie. Także autor w swoich komentarzach nie używa literackich ozdobników. Pisze o tym, co konieczne i najważniejsze. I to także atut "Dziewczyn wojennych".

 

 

 

magda

 

 

Dziewczyny wojenne to poruszająca historia jedenastu kobiet, które w chwili wybuchu II wojny światowej właśnie wkraczały w dorosłe życie. Najstarsza z nich miała 21 lat, najmłodsza 14, mieszkały w różnych miejscach Polski, pochodziły z odmiennych środowisk i wychowywały się w domach z różnymi tradycjami. Były młode, ambitne, chciały się uczyć, zakładać rodziny i spełniać swoje marzenia. Wojna niestety zmusiła je do zweryfikowania wszystkich planów.

„(…) wojna nie była czymś, w co się bawiły w dzieciństwie. Nie stroiły się w oficerki, nie chciały być żołnierzami. Nie interesowały ich stopnie, salutowanie, chłopięce sprawy. Wojna była jak zjazd po poręczy, który zaczęły dziewczyny, a skończyły kobiety wysadzające budynki, biorące udział w wykonaniu wyroków śmierci, prowadzące samoloty, noszące meldunki, ukrywające Żydów, uwodzące oficerów wroga, katorżniczki czy skazane czekające na śmierć. Dla nich historia nie ma w sobie patosu. Tak jak ich opowieść.”

Z dnia na dzień dziewczyny musiały szybko dorosnąć żeby móc stawić czoła wojennej rzeczywistości. Szybko nauczyły się strzelać, przygotowywać ładunki wybuchowe, przekazywać meldunki i opatrywać rannych. Każda chciała być przydatna i chociaż działania, których się podejmowały bardzo często wymagały ogromnej odwagi i poświęcenia, bez zastanowienia narażały własne życie w walce za Ojczyznę. W wojennej zawierusze nie utraciły jednak swojej kobiecej wrażliwości i delikatności. Udało im się przeżyć w tym brutalnym, wynaturzonym i pełnym okrucieństwa świecie.

Przychodzą mi teraz do głowy słowa przypisywane Winstonowi Churchillowi- „wojna to męska rzecz”, z którymi po lekturze książki Łukasza Modelskiego nie mogę się zgodzić. Wojenne losy bohaterek książki pokazują, że kobiety potrafiły walczyć, podejmować odważne decyzje brać udział w niebezpiecznych akcjach, tak samo jak mężczyźni. Zmagały się z własnymi słabościami, ze strachem, bólem, codziennymi niebezpieczeństwami. Jednocześnie nie uważają się wcale za bohaterki, robiły tylko to, co uważały za słuszne. Odniosłam wrażenie, że z ich opowieści bije ogromna pokora i skromność, tym bardziej chylę przed nimi czoła.

Modelski w swojej książce oddał głos kobietom i pozwolił spojrzeć na wydarzenia ich oczyma. Każdy rozdział to osobna historia. Całość jest napisana bardzo prostym, łatwym w odbiorze językiem, bez patosu i wzniosłych słów. Bohaterki skupiają się na zrelacjonowaniu pewnych fragmentów własnego życia, powstrzymują się jednak od ocen i sądów. Czytelnik zaś słucha tych tragicznych opowieści z zadumą i sam musi się do nich ustosunkować.

Dziewczyny wojenne to niezwykłe świadectwo kobiet, którym udało się przetrwać okrutne czasy. Na końcu każdego rozdziału znajdziemy krótkie informacje o tym, co działo się z bohaterkami już po wojnie. Chociaż poznajemy tylko jedenaście historii, to tak naprawdę bohaterki książki są przykładem wielu bezimiennych kobiet, które poświęciły swoje życie w walce za Ojczyznę. Pamięć o ich nich należy pielęgnować i zachować dla przyszłych pokoleń, dlatego do lektury zachęcam każdego bez wyjątku.

 

 

Wywiad z autorem „ Dziewczyn wojennych „ Łukaszem Modelskim znjdziecie tutaj :

 

http://kobieta.interia.pl/gwiazdy/wywiady/news-dziewczyny-wojenne,nId,415246

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

środa, 20 września 2017

Licznik odwiedzin:  72 021  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 72021

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl