Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 349 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Szczepan Twardoch - " Morfina "

poniedziałek, 06 lutego 2017 13:30

 

Konstanty Willemann, warszawiak, lecz syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki, niewiele robi sobie z patriotycznych haseł i tradycji uświęconej krwią bohaterskich żołnierzy. Jest cynikiem, łajdakiem i bon-vivantem. Niewiernym mężem i złym ojcem.

Konstanty niechętnie bierze udział w kampanii wrześniowej, a po jej klęsce również wbrew sobie zostaje członkiem tajnej organizacji. Nie chce być Polakiem, nie chce być Niemcem. Pragnie jedynie zdobyć kolejną buteleczkę morfiny i żyć swoim dawnym życiem bywalca i kobieciarza.

Przed historią jednak uciec się nie da.

Szczepan Twardoch w Morfinie osiągnął rzecz rzadką w polskiej prozie - wykreował antybohatera, którego nie sposób nie lubić. Młody pisarz tak jak najwięksi – Witkacy, Gombrowicz, Littell – potrafi ukazać słabego, rozdartego człowieka wplątanego w wielką historię.

Szalona, transowa i odważna powieść.

 

 

352x500.jpg

 

 

Sylwia Kluczewska

 

Nagrodzona Paszportem Polityki za 2012 rok powieść Szczepana Twardocha rozgrywa się jesienią 1939 roku w zgwałconej (jak zwykł mawiać główny bohater) Warszawie. Mimo że osadzenie historii w czasie okupacji niemieckiej przywołuje jednoznaczne skojarzenia, w „Morfinie” brak czynów chwalebnych, obrazów Polaka patrioty, gotowego za ojczyznę walczyć i oddawać życie. Zamiast tego funkcjonuje antybohater Konstanty Willemann, morfinista i kurwiarz. Ścierają się też warstwy powieściowe: historyczna, bo Twardoch pieczołowicie oddał klimat okupowanej Polski, sensacyjna, śledząca kolejne szalone zdarzenia, w które uwikłany zostaje Willemann, i najszersza, psychologiczna, będąca książki esencją.

 

Konstanty Willemann to człowiek, który nie wie kim jest i obsesyjnie szuka odpowiedzi na to podstawowe pytanie. Matka jego, szalona Katarzyna Willemann, wybrała niegdyś dla siebie narodowość. Jako młoda Ślązaczka zechciała być Polką i stała się nią. Przywłaszczyła sobie polskość, teraz zaś uosabiać może więcej: stare kości obleczone w skórę przywodzą na myśl Kostkowi pramatkę albo Polskę, bo ta jest przecież kobietą, albo i indiańskiego wodza, demona. Willemanna ojciec, którego Katarzyna uwiodła gdy miał lat szesnaście, to niemiecki arystokrata. Konstanty, wychowywany na Polaka, ale świetnie władający również językiem niemieckim, teoretycznie ma podłoże do umacniania zarówno niemieckości, jak i polskości. W chwili zajęcia Warszawy, a zatem sytuacji wyzwalającej poczucie odrębności, mógłby wybrać jedną z dwóch dróg, nie wybiera jednak żadnej – jest pusty, a pustkę wypełniają mu kobiety. Matka, żona i kochanka. Są one dookreślone, wyraziste, przerysowane wręcz, bo niemalże archetypiczne. Konstantego natomiast charakteryzuje nijakość, słabość, niemoc. Brak utożsamiania się dotyczy nie tylko przynależności narodowościowej, ale też kwestii bardziej egzystencjalnej, pokazanej tu jako kształtowanie się męskości. Willemann potrzebuje znajdywać potwierdzenia, szukać siebie w oczach kobiet. Wydaje się bowiem, że sam jest nikim albo nie jest nawet zupełnie.

Tożsamość i poszukiwanie jej stanowią centralny punkt powieści, warto więc wspomnieć, że Twardoch, mimo delikatnej materii przedmiotu, prowadzi dojrzałą narrację, nie popadając w banał. Główny bohater miota się, przyjmując narzucane mu przez kobiety role: mąż, kochanek, bonvivant, morfinista albo podporucznik. Jeśli uznać wejście w owe role za lek, to tylko doraźny. Wciąż przewijającego się pytania o to, kim jest naprawdę, nie są w stanie zagłuszyć morfiniczne sesje u kochanki, w głowie Konstantego będącej wcieleniem kobiecości demonicznej. Nie jest w stanie zagłuszyć go żona Helena, córka endeka Peszkowskiego, do której Konstanty nie może się zdecydować, jakie żywi uczucia, ani nie zagłusza go syn Jureczek, którego Kostek kocha, ale nie wie dlaczego. Tym bardziej nie pcha do stężenia płynnej tożsamości Willemanna okupacja niemiecka, bo Konstanty wojny tej nie rozumie, pluje na nią, zbywa i plugawi polskie świętości. Jureczek tatusia wyściska. Wierszyk powie. Hela go uczy „Kto ty jesteś”, nawet nie chciało mi się protestować, chociaż to głupie przecież straszliwie, a w takich czasach nieodpowiedzialne, trzylatka takich kiczów potwornych uczyć. Żaden z trzylatka Polak, trzylatek to ledwie półczłowiek, półbestyjka kochana, małpiszon, nie żaden Polak.

Polskość jawi się Willemannowi jako gra, teatr, pozory. Kiedy Peszkowski oferuje rodzinie wyjazd do Szwecji, Kostek widzi, czego żona od niego oczekuje. Aby odmówił, zaproponował ucieczkę jej i Jureczkowi, a sam został, walczył o Polskę, dla Polski. Wtedy ona mogłaby zacząć go przekonywać do wyjazdu, mówiąc, że rodzina najważniejsza, a on powołałby się na obowiązek każdego Polaka. Gra dostojna, udowadniająca miłość do kraju, zadowoliłaby Helę, zaspokoiłaby jej potrzebę gorliwości w obliczu potrzebującej ojczyzny. Ponieważ żona Konstantego, tak jak inne kobiety w powieści, stanowi zaprzeczenie Kostka, formę domkniętą. Hela jest jedną z najważniejszych konstrukcji dla Polaków: Matką Polką, cierpiącą dla narodu i w cierpieniu tym znajdującą ukojenie. Twardoch doskonale przywołał owe wzniosłe aspekty polskości, a potem kazał Willemannowi je podsumować: Czy mój Kostuś okaże się godzien wspaniałych tradycji niepodległościowych naszej rodziny? Czy okaże się człowiekiem tak odważnym, jak odważny powinien być mąż Heleny Willemann de domo Peszkowskiej herbu Jastrzębiec? Czy nie boi się śmierci? Czy mój Kostuś godzien jest nazywać się Polakiem? Pierdolenie.

W powieści pojawia się więcej podobnych groteskowych wątków. Jest między innymi kapitan Pawlikowski, który zastrzelił taksówkarza, bo ten odpowiedział mu: sam jesteś łobuz. Dla Pawlikowskiego to obraza munduru polskiego, a więc Polski, a więc śmierć dla obrazoburcy; logika kierujących się uwielbieniem dla świętych symboli. Wyraźny jest w „Morfinie” brak uwznioślania wojny czy postaw Polaków, można by nawet sądzić, że obraz kształtuje się zgoła odwrotnie, że jest to książka antybohaterska. Twardoch zaprzecza jednak jakoby jego celem było rozprawianie się z polską martyrologią. Historia zresztą opowiedziana jest na poziomie jednostkowym i dotyka przede wszystkim osobistych poszukiwań Willemanna. Poza tym, że wyróżnia się tu staranność w aspekcie historycznym i kulturowym – w tym szczególnie zauważalne są podwójne normy moralne, inne dla kobiet, a inne dla mężczyzn – to jednak Twardoch daleki jest od sięgania po perspektywę skierowaną na całości. Decyduje się też na złożoność opisu. Mało z tego, o czym się czyta, jest tutaj jednoznaczne.

Tak skonstruowana została „Morfiny” narracja, aby skupienie na wnętrzu podkreślać – jest rytmiczna, transowa, często przechodzi w strumień świadomości. Forma ta jest cechą konstytutywną książki, stanowi wyróżnik i atut pozwalający w majaki Willemanna się przedostać. Z drugiej strony strumień żłobi czasem tak szerokie koryto, że zostaje tylko literackie gadulstwo, dużo znaków, a mniej niż chciałoby się treści. Z narracją Twardocha wiąże się też inny interesujący zabieg, tym razem perspektywę poszerzający. Jest nią drugi głos narracyjny, szara przyjaciółka, zagadkowa postać kobieca podążająca za Willemannem i zwracająca się do niego pieszczotliwie, niby to matka chcąca kierować krokami syna. Bohaterka antycypująca wydarzenia, zdradzająca fakty, o których Kostek nie mógłby wiedzieć, nieodgadniona w swoim racjonalnym szaleństwie. Czy to jungowska anima, jedna z bogów, wszechkobieta czy coś jeszcze innego, pozostaje w sferze domysłów. Konstanty zaś znowu staje się bierny, bezwolny, skazany na władzę kobiety. Kolejnej kobiety o mocnym charakterze. Ciekawy to głos w temacie o płci – bo chociaż mężczyźni posiadają w „Morfinie” atrybuty władzy, to kobiety są tymi silniejszymi.

Wśród rozciągniętego narkotycznego stanu Willemanna i okoliczności pchających go z jednego miejsca w drugie, wyłania się to, o czym usiłował łopatologicznie mówić Murakami w swoim „Sputniku Sweetheart”. Konstanty żyje z żoną, bywa u kochanki, widuje się z najlepszym przyjacielem. Nie zna ich jednak, a oni nie znają jego. Każdy żyje osobno, a ludzie nigdy się nie spotykają. Fakt ten będzie miał swoje konsekwencje na końcu książki. Warto do niego dotrzeć, choć niekoniecznie jak najprędzej – to nie powieść do tego, by przez nią przebiec.

 

ChicaDeAyer

 

W tym przypadku tytuł okazuje się znamienny – bo tak jak główny bohater tkwi w pułapce nałogu, tak czytelnik zostaje zniewolony przez słowo Twardocha. 

Zupełnie powaliła mnie ta książka i nawet nie zdawałam sobie sprawy, że może mnie wprawić w tak osobliwy, wręcz hipnotyczny nastrój. Wielka zasługa w tym sposobu narracji, doskonale przystającego do fabuły. Ta także jest nietypowa, jak na mocno zakorzeniony w naszej świadomości obraz martyrologicznego Polaka - Patrioty, gotowego na najwyższe poświęcenie w imię Ojczyzny. Jednakże obraz hulaki Willemanna jako antybohatera nie jest taki oczywisty w konfrontacji z (tu na myśl od razu nasuwa się Gombrowicz) z formą, wpychającą w ramy tożsamościowe. 

Świetna powieść na wszystkich płaszczyznach: narracyjnej, językowej, dialogowej, fabularnej, metafizycznej. Twardoch to jeden z ciekawszych autorów młodego pokolenia, których twórczość miałam okazję poznać. Nie poprzestanę jedynie na lekturze ‘Morfiny’, to pewne.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Joanna Bator - " Piaskowa Góra " i " Chmurdalia "

czwartek, 12 stycznia 2017 15:34

 

Początek lat 70. poprzedniego wieku. Jadzia Maślak przyjeżdża do Wałbrzycha z wioski pod Skierniewicami i prosto z oblodzonych schodów dworca wpada w ramiona nadgórnika Stefana Chmury, syna przesiedleńców ze Wschodu. Od tej chwili jej życie toczy się na tle wałbrzyskiego krajobrazu. Dziewczyna idzie ze Stefanem do ołtarza ubrana w suknię z poniemieckiej firany. Wprowadza się do bloku na Piaskowej Górze, gdzie zawsze wieje wiatr. W końcu rodzi bliźniaczki: jedną martwą, drugą żywą, Dominikę - niepodobną do nikogo z rodziny.
Historie opowiadane przez Bator zaczynają się i kończą w różnych czasach i miejscach, lecz wszystkie zbiegają się na Babelu, jak miejscowi nazywają największy dom na Piaskowej Górze. Babcie Halina i Zofia, matka Jadzia i córka Dominika, cztery kobiety, a między nimi kolejni mężczyźni. Grzeszne romanse, nieoczywiste pokrewieństwa i pęknięte tożsamości. Historia kilkudziesięciu lat. Powieść Bator imponuje celnością obserwacji i epickim rozmachem. Widok na Polskę z Piaskowej Góry to spojrzenie w samo sedno tego, kim jesteśmy.

 

203733-352x500.jpg

 

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

...Opowieść o pokoleniach kobiet mieszkających na wałbrzyskim Babelu nosi piętno ideologii, co może w czytaniu przeszkadzać. Mnie przeszkadza, bo znam te tezy, fakty, przekonania. Czytałem artykuły nawet samej Joanny Bator o kobiecej wersji świata. I, zdaje się, wyrosłem, bo i świat podrósł, stał się i staje się inny, a poza tym feminizm to jedna z grup (albo, jak kto woli, jeden z dyskursów) uczestniczących w tzw. społecznej debacie. Dolega zatem „Piaskowej Górze” ideologia, podana dosłownie, ale też pobrzmiewająca we fragmentach niby humorystycznych, choćby o oglądaniu serialu „Niewolnica Isaura”. Trudno nie wyczuć tonu prześmiewczej wyższości nad kobietami, które myślą tak, nie inaczej, oglądają i wcielają się w wyobraźni w role masowych heroin. Lecz z drugiej strony istnieją w tej książce pokłady współodczuwania narratorki z bohaterkami, związana z wiedzą i emocjami ludzka, nieideologiczna życzliwość. Gdyby więc Bator trafiła przed drukiem w ręce dobrego redaktora-producenta i dała się przekonać, by jej proza była mniej komentatorska, „Piaskowa Góra” byłaby po prostu literaturą jeszcze lepszą.

Zofia, Jadzia i Dominika, matka, żona i córka, to kobiety jakich w Polsce wiele. Żyją w tym przeciągu tysiąc lat, będąc typowymi wersjami „polskiej baby” z piosenki Danuty Rinn. Z innej piosenki mogłyby wyjąć frazę „Gdzie ci mężczyźni?”, patrząc na swojego Stefana, Kazia czy Janka. Ale książce Joanny Bator tak samo daleko (lub blisko) do wybitności, co średniej. Jej największe atuty to język, w którym potoczność miesza się z kreacją w sposób bardzo naturalny, oraz liczne (i zrealizowane) ambicje prozy środowiskowej, co zawsze podwyższa wartość każdej sagi. Bo „Piaskowa Góra” jest przede wszystkim historią ludzi rzuconych w przestrzeń koniecznych spotkań, związków, tajemnic, zmagań i różnie sobie z własnym losem radzących. Kobietom w takim życiu gorzej, lecz potrafią żyć lepiej, są osobowościami ciekawszymi, bardziej zasługującymi na uwagę, sugeruje autorka. Tych kilkadziesiąt polskich lat opisuje z perspektywy zapewne osobistej (Bator urodziła się w Wałbrzychu), poszerzonej, wzbogaconej, lecz i feministycznie formatującej. Niepotrzebnie. Dzisiejszy czytelnik ma już przecież narzędzia, by wyciągnąć indywidualne wnioski na podstawie literackiego materiału i swojego doświadczenia nawet jeśli tematem jest kobieta, kobiecość.

„Piaskowa Góra” to rzecz cenna jako powieść odkrywająca dla świata niepodrabialny wałbrzyski kolor polskich dziejów. Na wybudowanym przez komunistów osiedlu zetknęły się rozmaite charaktery, z różnorodnych genealogii i warunków tworząc nowe tożsamości. Z których na razie nic nie wyszło. Dzisiejsi młodzi mieszkańcy Wałbrzycha najbardziej pragną z Wałbrzycha wyjechać, a równocześnie istnieje w tym mieście kulturowy potencjał do wykorzystania. I robi to Joanna Bator, z autorskim krytycyzmem i osobistym sentymentem wracając do miejsca dzieciństwa. I zapowiada dalszy ciąg.

 

Chmurdalia, nowa powieść Joanny Bator, to kontynuacja znakomitej Piaskowej Góry, jednej z najciekawszych książek polskich ostatnich lat.
Po nieudanej ucieczce z Wałbrzycha, zakończonej wypadkiem samochodowym, dziewiętnastoletnia Dominika Chmura budzi się w monachijskim szpitalu. Miesiące rehabilitacji przywracają jej zdrowie, ale nie spokój ducha. Zamiast wrócić do bloku na Piaskowej Górze, rusza w podróż, co kilka miesięcy zmieniając pracę i miejsce zamieszkania - Niemcy, Francja, Stany Zjednoczone, Anglia. Coraz bardziej oddala się od domu i przybliża do Chmurdalii, krainy, w której spełnia się marzenie o idealnej wspólnocie.
Losy Dominiki przeplatają się w powieści z losami całej galerii postaci, głównie kobiecych, jak choćby czarnoskóra Sara Jackson, potomkini tzw. Hotentockiej Wenus, pokazywanej w gabinetach osobliwości w XIX wieku w Londynie i Paryżu. Bogactwo wątków Chmurdalii jest imponujące, jednak historie bohaterów łączą się ze sobą za sprawą przedmiotu przechodzącego z rąk do rąk - autentycznego nocnika Napoleona.

 

203737-352x500.jpg

 

 

Natalia-Lena

 

Joanna Bator uwięziła mnie na szczycie Piaskowej Góry i nie pozostało mi nic innego, jak tylko sięgnąć do chmur. Porwana przez wiatr, po raz kolejny przemierzałam miejsca i czasy, za kompanów mając niesamowite historie.

Polska, Niemcy, Francja, Ameryka, Anglia, Grecja - wszędzie czekają ludzie, którzy chcą, by ich historia została wysłuchana. Wszystko zaczyna się od Grażynki Rozpuch, która pomogła załatwić leczenie dla Dominiki. To właśnie te kobiety stają się punktem dla rozgałęziającej się historii o opowieściach – w przypadku Grażynki sięga ona do przeszłości, której bohaterowie wplątują się w opowieść Dominiki. 

,,Chmurdalia” to powieść o wielu znaczeniach podróży: czy to do wnętrza siebie i odkrywaniu zmian, czy to w przeszłość albo do kolejnego miejsca na mapie świata. Tutaj podróżujemy jednocześnie w wielu wymiarach, przekształcając się wciąż na nowo, a z każdej historii rodzi się następna. Historie, rodzinne opowieści, czy nawet mity, mają dla bohaterów ogromne znaczenie. Pozwalają im wrócić do szczególnych miejsc w przeszłości i odczuć, że posiadają oni korzenie. To przywiązanie do pamięci, do odtwarzania na nowo i wręcz ubarwiania niektórych wydarzeń, stanowi nieodłączny element budowania swojej tożsamości. Cudze opowieści również pomagają ludziom się zmieniać.

Język ,,Chmurdali” to nadal to, co znamy z ,,Piaskowej Góry” – autorka fantastycznie włada słowem, co w połączeniu z równie dobrym zmysłem obserwacji daje niezwykły efekt. O tej powieści można napisać o wiele, wiele więcej. Można przyglądać się każdemu wątkowi, każdemu bohaterowi, każdej aluzji, każdemu problemowi. Samo wymienianie tego, co można w książce znaleźć, to istna litania. Zadziwiające jest to, jak przy takiej wielości elementów, wszystkie dobrze ze sobą współgrają. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić was do sięgnięcia po opowieść o opowieściach, po podróż pomiędzy podróżami i szkatułę pełną niezwykłych splotów wydarzeń, jaką na szlaku swojej Odysei uzbierała Dominika.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Marcin Szczygielski - PL-BOY 2

poniedziałek, 06 czerwca 2016 13:49

 

PL-BOY, czyli dziewięć i pół tygodnia z życia pewnej redakcji" to debiut i równocześnie ogromny sukces autora.

Sensacyjno-satyryczna książka opisuje kulisy działania ludzi mediów widzianych z perspektywy dwudziestoparolatka zatrudnionego w luksusowym miesięczniku dla mężczyzn. Książka bawi, wywołując u czytelnika paroksyzmy śmiechu, ale i przeraża w chwilach, gdy uświadamiamy sobie, że to nie groteska, lecz świetnie podpatrzona i brawurowo opisana rzeczywistość. Marcin Szczygielski przez kilka lat był dyrektorem artystycznym polskiej edycji "Playboya", dzięki czemu swoim obserwacjom nadał piekący walor śmiechu, uderzającego niczym gogolowskie: "Z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!". Zygmunt Kałużyński po lekturze "PL-BOYA" napisał: "Powieść Szczygielskiego jest triumfem humoru, obserwacji i złośliwości. Ale nie tylko: przynosi sensacyjny demaskatorski obraz kulisów redakcji współczesnego miesięcznika dla panów. Moja najbardziej pikantna lektura od lat!". Sukces książki zachęcił Szczygielskiego do napisania kontynuacji - w ten sposób powstała "Wiosna PL-BOYA, czyli Życie seksualne oswojonych". Śledzimy w niej losy znanych już bohaterów: idącej po trupach, niedouczonej PR-ówki Zeni, bezdusznej i kabotyńskiej pani prezes Bety oraz buntujących się - wewnętrznie - pracowników redakcji, którzy na co dzień wybierają konformizm. Pojawiają się nowe postacie: Alicja, prawa ręka nowego, zagranicznego prezesa firmy, specjalistka od human resources oraz wiecznie głodny nowych seksualnych podbojów ojciec narratora. I znowu jest śmiesznie i strasznie zarazem. "PL-BOY" i "Wiosna PL-BOYA" błyskawicznie wzbudziły zainteresowanie filmowców. Wielbicieli Szczygielskiego z pewnością ucieszy informacja, że wiosną 2010 r. rozpoczną się zdjęcia do filmu na podstawie obu powieści. Czy będzie kolejny sukces? Z pewnością, wszak książki te to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Nie tylko porażają siłą komizmu, ale także bulwersują bezkompromisowym opisem stosunków panujących wśród młodych Polaków pracujących w mediach.

 

69e2e570de9772ebe98e68357badfdee.jpg

 

jaga

 

Bardzo dobra! 

Nie wiem ile osób tak robi, ale ja jestem zdolna kupić książkę dla okładki. A okładka tej książki jest wyjątkowa, stylizowana na pierwszą stronę pisma dla panów i tym samym nieco kontrowersyjna. Wiele osób znajdując ją na moim biurku zastanawiało się na co mi kaseta z pornografią :D …i jak tu nie pokochać książki, która samą okładką już tyle wrażeń dostarcza czytelnikowi! 

Historia młodego dyrektora artystycznego pisma dla panów PL-BOY jest wesoła i przede wszystkim prawdziwa. Jest wspaniałą mieszanką humoru, realizmu, obserwacji i złośliwości. Oglądamy życie redakcji oczami głównego bohatera, poznajemy wszystkich jego współpracowników, zwariowanych przyjaciół i najbardziej zagorzałych wrogów, którzy, jak to bywa, są najbardziej interesującymi postaciami. W szczególności mowa tu o Zeni – tajemniczej, bezdusznej i niedokształconej kierowniczce public relations o wybujałym ego, która podburzając relacje między kolegami dąży do osiągnięcia własnych celów. Wiele wątków jest autobiograficznych i kojarząc fikcyjne elementy powieści z rzeczywistością ciekawie jest poczytać o pracy w redakcji pisma powszechnie znanego. I co najważniejsze! Ehhh...jak ta książka podnosi na duchu, jak poprawia samoocenę każdej dziewczyny opisując jak to naprawdę jest, że fotomodelki są tak idealne, tak filigranowe, tak piękne...i wszystkie z jednym tym samym kompletem biustu :D

Moje wydanie składa się z dwóch opowiadań „PL-BOY” oraz „Wiosna PL-BOYa”. I tak jak pierwsza część porywa i zachwyca, tak druga według mnie jest troszkę naciągnięta i można by powiedzieć nudna. W pierwszym opowiadaniu czytelnik śmieje się do rozpuku śledząc zagadkowy przebieg „śledztwa” głównych bohaterów, którzy pragną udowodnić zakazaną działalność Zeni, która na pewno przemyca naiwne dziewczyny za granicę i zmusza je do prostytucji. Codzienny język sprawia, że historia staje się nie dość że przezabawna to na dodatek bardziej realistyczna, gdyż uczucia bohaterów wypływają z każdym następnym słowem na kartki powieści. Natomiast drugie opowiadanie to kontynuacja losów Marcina i jego współpracowników, jednak według mnie już nie tak zabawne i nie tak wciągające. Uważam, że książka jest genialna, jednak lepsze wrażenie zrobi na osobach, które nie czytały jeszcze żadnej powieści Szczygielskiego. Ja niestety, albo nawet i stety, zakochana jestem w „Berku” i znajomość tamtego bestselleru sprawia, że każdej innej książce jest o wiele trudniej nadgonić wspaniałości przygód geja i jego moherowej sąsiadki. 

Mimo wszystko jednak gorąco polecam każdemu, kto potrzebuje odetchnąć od książek z przemyśleniami i ma ochotę po prostu na śmiech i na lekką książkę, którą szybko się pochłania.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wiesław Myśliwski - " Traktat o łuskaniu fasoli "

czwartek, 05 listopada 2015 16:35

 

 

Narrator w monologu skierowanym do tajemniczego przybysza dokonuje bilansu całego życia. W jakim stopniu sam wpłynął na swój los, a jak bardzo ukształtowały go traumatyczne doznania z dzieciństwa i zakręty polskiej historii? Powieść Myśliwskiego to swoista medytacja nad rolą przeznaczenia i przypadku w ludzkim życiu. Piękna, mądra książka, do której chce się powracać. "Traktat o łuskaniu fasoli" wzbudził szerokie zainteresowanie jeszcze przez premierą. 

 

traktat o łuskaniu fasoli 239243-352x500.jpg

 

 

Marta

 

„Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego, za który pisarz zdobył wiele prestiżowych nagród, w tym Nagrodę Nike, leżał na mojej półce jakieś dwa lata. Co jakiś czas zerkałam na książkę, chciałam zabrać się za czytanie, ale w ostateczności odkładałam tom. W końcu postanowiłam, że muszę poznać tę powieść, otworzyłam tom na pierwszej stronie i przepadłam… Na takie opowieści czekam latami, co ciekawe, zawsze przychodzą do mnie dokładnie wtedy, kiedy ich potrzebuję. 
Bohater powieści opowiada historię swojego życia tajemniczemu przybyszowi, który chce kupić od niego fasolę. Wspomina wiejskie i sielskie dzieciństwo, okrutne czasy wojny, okres młodości i wielkich marzeń o własnym saksofonie, lata emigracji, a w końcu moment powrotu do ojczyzny. W swoim monologu narrator nie trzyma się sztywno chronologii, często zdarzają mu się dygresje, urwane wątki, niedopowiedziane historie. 

„Świat jest tym, co opowiedziane. Dlatego coraz ciężej żyć. I może tylko sny stanowią o nas. Może jeszcze tylko sny są nasze?”

Kim jest mężczyzna odwiedzający bohatera? Można tylko przypuszczać, że bezimiennym gościem jest śmierć we własnej osobie. Mówi się, że w krańcowych momentach człowiekowi całe życie przelatuje przed oczami. Tak jest właśnie u Myśliwskiego. Bohater wspomina swoje dzieje, a wszystko zaczyna się i kończy tytułowym łuskaniem fasoli. Czemu łuskanie fasoli? Nie wiem, ale wydaje mi się, że ta prosta czynność jest dla narratora symbolem dzieciństwa. To zwykłe zajęcie integrowało całą rodzinę, gromadziło w kręgu, na długie godziny zajmowało ich wspólny czas, dawało pretekst do bliskości i niekończących się rozmów. Wszystko było łatwe, beztroskie i stryj Jan jeszcze wtedy żył. Może już nigdy później nie jesteśmy tak szczęśliwi jak w dzieciństwie, a dorosłe łuskanie fasoli jest tylko zaklinaniem przeszłości? Próbą ocalenia tamtego świata, który przeminął i nigdy nie wróci? 
Bohater wspomina, że będąc dzieckiem nie lubił łuskania fasoli. Ja uwielbiałam! Mogłabym tak łuskać godzinami. A może tylko pamięć mnie oszukuje? Tak jak w przypadku łuskania kukurydzy. Wiem, że tego nie znosiłam. A jednak dzisiaj wydaje mi się, że nie było fajniejszego zajęcia. Oddałabym wszystko za jedno zimowe popołudnie, kiedy wszyscy razem siedzieliśmy wokół wielkiej miski, uzbrojeni w te same łyżki, którymi kilka godzin wcześniej jedliśmy ulubiony przez dziadka rosół z ziemniakami. Bo kukurydzę łuskało się łyżkami. Było to nudne, żmudne i męczące zajęcie. A jednak łzy stają w oczach na samo wspomnienie…

Cała powieść składa się z genialnych mini obrazków, które nie mieszczą się w żadnej skali ocen, które nawet wyrwane z kontekstu zachwycają.
„- No, majster. Jak majster myśli, jest, czy go nie ma?
- Kto? – odezwał się wreszcie.
- Bóg.
Nie od razu odpowiedział, dopiero gdy zgasił papierosa:
- Po co mnie pytasz? Po co ich pytasz? Nie przegłosujesz. Siebie spytaj. Ja mogę ci tyle powiedzieć, że tam gdzie byłem, go nie było.”
Nadal nie nie daje mi spokoju myśl, gdzie mógł byś majster, że Boga tam nie było.

Wiesław Myśliwski unika górnolotnych słów, nadmuchanych określeń, wzniosłych zdań i wydumanych opowieści. Jest tylko prostota i prawda, mądre i życiowe historie, napisane w sposób zwyczajnie piękny i wzruszający. Opowieść o śwince Zuzi doprowadziła mnie do łez. Najpierw rozbawienie, a później smutku. Bo „Traktat o łuskaniu fasoli” jest powieścią dotykającą wszystkich emocji czytelnika. Wydaje mi się, że jest to jedna z niewielu powieści, którą każdy odczyta inaczej, bo przez pryzmat własnych doświadczeń. Nie da się jej zinterpretować i zamknąć w jednej, słusznej wersji, tak jak nie da się jednoznacznie określać poezji. 
„Traktat o łuskaniu fasoli” to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, opowieść o dorastaniu i kształtowaniu własnej osobowości, jaką kiedykolwiek czytałam. Nie będzie ani krzty przesady jeśli stwierdzę, że powieść Myśliwskiego stała się jedną z kilku książek mojego życia. Czy ktoś dzisiaj potrafi jeszcze tak pisać? Może Stasiuk, choć jego książki są zupełnie inne, ale w nich również można odnaleźć ten dystans do siebie i czułość do świata. Polecam z całego serca!

„Może zdziwię pana, ale czasem, choć na chwilę, chciałbym być psem. Nie na zawsze, na chwilę. Może bym się wtedy dowiedział czy, dajmy na to, śnię się im. Każdy chciałby wiedzieć, jak się komuś śni. Pan nie? Chciałby pan, chciałby. A skąd pan wie, że nikomu się nie śni? Może tylko nikt dotąd panu tego nie powiedział. Ja chciałbym jeszcze tylko wiedzieć, jak się śnię tym moim psom.”

 

czytający

 

Sam nie wiem czy to nie był przypadkiem jedynie sen. Może w tym śnie mogłem przysłuchiwać się rozmowie podczas łuskania fasoli. I nie tylko rozmowie. Wydaje mi się, że usłyszałem też dźwięk saksofonu. Grał pieśń o przemijaniu, pomagał mi w tej wędrówce po ludzkich charakterach. 

Mógłbym z zachwytem opisywać tę powieść Wiesława Myśliwskiego do końca swojego życia. O ile tylko moja pamięć będzie trzymała w sobie to wspaniałe uczucie, kiedy się przeczyta dobrą książkę. Bo według pisarza nasza pamięć jest za krótka w stosunku do całego istnienia. Jego zdaniem z pewnością zanim mój czas przeminie to i zdążą wyblaknąć wspomnienia o przeczytanej kiedyś lekturze. Ale nie trzeba się tym martwić. I tak życiem rządzą przeznaczenie oraz przypadek, które potrafią się dobrze uzupełniać. 

Akcja powieści meandruje jak dzika rzeka. Często wpada w jakieś zakole, za chwilę wyskakuje z niego i płynie innym rytmem. Z bohaterem "Traktatu o łuskaniu fasoli" możemy przeżyć jego przedwojenne dzieciństwo, okres młodzieńczego buntu podczas pracy przy tworzeniu nowego socjalistycznego świata, ale również zastanowić się nad miarą miłości. Bo czyż miłością nie nazwiemy stanu duszy, kiedy chcemy za kogoś umrzeć, aby ten nie musiał przez to nigdy sam przechodzić? Zgadzam się z Wiesławem Myśliwskim, że książki są jedynym ratunkiem, żeby człowiek nie zapomniał, że jest człowiekiem. Czytając je, sami wybieramy sobie świat który chcemy poznać. Wtedy to nie świat wybiera nas. 

Kiedy zagłębiałem się w kolejne akapity, przypomniały mi się najlepsze lata życia spędzonego na wsi podczas wakacji. Niestety wiejskie życie naszego bohatera, zostało brutalnie przerwane przez wojnę. Mimo że wyszedł z niej poobijany emocjonalnie, to jednak jak mi się wydaje nie żałował że przeżył taki szmat czasu. Można by powiedzieć, że zaznał wielu stanów życia a każdy z tych stanów dał mu wiele doświadczeń. A każdy czytelnik jak już raz zagłębi się w "Traktat o łuskaniu fasoli" może samodzielnie jak po nitce zaglądać do każdego z doświadczeń osoby, która twierdzi że Bóg jest muzyką. Zresztą według autora ten Bóg zbyt łatwo potrafi wybaczać, w przeciwieństwie do ludzi którzy długo noszą swoje urazy.

W trakcie czytania naszła mnie refleksja, że może nie powinniśmy nad sobą za wiele rozmyślać. Może dopiero po śmierci, najlepiej będzie wyobrazić sobie całe swoje przeszłe życie i poczuć ostateczną ciszę. Nasz byt równie dobrze może być tylko snem a to nasza pamięć sobie nas wyobraża. W powieści Wiesława Myśliwskiego jest wiele takich przykładów, o których warto powiedzieć że czynią ten traktat filozoficznym. Ale to wspaniała filozofia, taka z życia wzięta. To magia snów o życiu. 

Zdecydowanie polecam tę książkę wszystkim tym, którzy nie boją się czytać nieco trudniejszą literaturę. Tym wszystkim, którzy podczas czytania chcą zadać samemu sobie pytanie o sens własnego istnienia. I nie boją się po takim pytaniu odpowiedzi na nie, nawet gdyby była najgorszą prawdą.


Podziel się
oceń
0
19

komentarze (11) | dodaj komentarz

Stanisław Grzesiuk - " Boso, ale w ostrogach "

czwartek, 09 lipca 2015 17:07

 

Miał ledwie dwadzieścia dwa lata, gdy w 1940 roku trafił do obozu. Przesiedział tam pięć lat. Był dzieckiem warszawskiej ulicy, cwaniakiem, od najmłodszych lat zahartowanym w bójkach, obdarzonym dużym sprytem i humorem. Był twardy, postanowił, że się nie da - i udało mu się. Przeżył, choć wrócił z gruźlicą i zmarł na nią w 1963 roku. 

Obozowe przeżycia opisał w książce "Pięć lat kacetu" i od razu stał się sławny. Wszyscy orzekli, że to wielki samorodny talent. Miał wówczas lat czterdzieści. Wysoki, mocno zbudowany, lekko pochylony do przodu, jakby szykował się do skoku, z zadziornym spojrzeniem - po prostu kozak. Tam, "na dole", na Czerniakowie - jak sam mówił - tylko kozaki się liczyły. Zarabiał piosenkami warszawskiej ulicy, stał się modny, ludzie chętnie go słuchali. 

W 1959 roku napisał książkę o latach swego dzieciństwa i młodości "Boso, ale w ostrogach". "Wiesz jaki jestem - mówił o sobie - boso, ale w ostrogach". Przywołał w niej świat przedwojennej Warszawy, ukazał historię obyczaju z przedmieścia, namalował barwne postaci swej grandy, w której "kapować nie wolno, skarżyć nie wolno, odegrać się wolno". 

"Grzesiuk lubi popisywać się krzepą - pisze Wojciech Żukrowski - prostuje się wewnętrznie, mogąc komuś dać po łbie, sam też bierze cięgi, ale nie skomli, tylko idzie w kąt lizać rany i poprzysięgać wyrównanie rachunku. Jest w nim jakaś romantyczna szlachetność. Nie odgrywa się za swoje niepowodzenia na słabszych, przestrzega zasad walki. Czytając niektóre karty, ma się go ochotę uściskać, klepnąć po przyjacielsku, dodać otuchy: Nie daj się, trzymaj się twardo". I trzyma się! 

 

Boso ale w ostrogach 233909-352x500.jpg

 

 

Czesław_czyta

 

Wygodny fotel, kanapa, pod ręką kawa czasami papieros, krzesełko w tramwaju lub autobusie to warunki dzisiejszego „czytacza”. A gdyby tak przyszło za przeczytanie kilku rozdziałów książki zapłacić sporą część swojego dziennego dochodu, gdyby trzeba ją czytać w kącie obskurnego sklepu lub wpłacając sporą kaucję można ją wynieść do czytania na łące? Gdyby trzeba wybierać, zjeść albo czytać lub uczyć się? Czy jesteśmy w stanie poświęcić swoją wygodę, apetyt? Gdyby przyszło nam pracować cały dzień a potem uczyć się do nocy a nawet późnej nocy? Czy mamy tak silną wolę i taką potrzebę wiedzy? Autor wykształcony tak jak pozwoliło mu życie, prostym językiem, opisuje swoją Warszawę, świat nizin społecznych, świat (jak nazywa w książce swoją dzielnicę) dołu. Ten świat miał jednak swój kodeks „kapować nie wolno, odegrać się wolno, ale kapować nie”, boso, ale w ostrogach. Świat ten opisywał w swoich felietonach Stefan Wiechecki bardziej znany, jako „Wiech” Wiecha nazywają Homerem warszawskiej ulicy a skoro tak to Grzesiuk jest jej bardem. Wiech zdawał maturę w elitarnym gimnazjum, szkołą życia Grzesiuka była ul. Tatrzańska i Czerniaków. Barwny i ciekawy opis przeplatany częstymi dialogami, wartka akcja to chyba recepta na dobrą książkę. Ja tę pozycję umieszczam na półce z napisem "the best". Polecam.

 

Mikosek17 

 

Czytanie tej pozycji to czysta przyjemność! Pierwszy atutem książki "Boso, ale w ostrogach" jest język użyty przez autora. W ciekawe historyjki z własnego życia pisarz wplótł genialne elementy warszawskiego folkloru. Dzięki niemu mogliśmy poczuć klimat przedwojennej Warszawy, usłyszeć gware "charakternych" chłopaków z Czerniakowa i uświadomić sobie jak mniej więcej wyglądały realia stolicy z dwudziestolecia międzywojennego. Kolejną pozytywnym aspektem jest treść sama w sobie - bardzo ciekawe opowiadania z życia codziennego przed i w trakcie wojny. Grzesiuk przedstawił postacie ludzi, którzy byli odbierani przez społeczeństwo jako "chuligani". Pomimo tej etykiety to oni potrafili zachować się wyjątkowo odważnie i honorowo. Książka skłania do pewnych refleksji na temat obecnego wychowania młodzieży i jej rozwoju. Świetna książka!


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 733  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71733

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl