Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 344 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Charlotte Link - " Obserwator "

wtorek, 01 grudnia 2015 19:26

 

Samson obserwuje życie zupełnie sobie obcych kobiet. Identyfikuje się z nimi i chce wiedzieć o nich wszystko. Może dlatego, że jego własne życie składało się dotychczas tylko z niepowodzeń i odrzucenia? Wie też doskonale, co dzieje się u jego sąsiadów, w dodatku sporządza dokładne notatki na ten temat. Samson to singiel, samotnik i dziwak – bezrobotny i nieszczęśliwy. Szary, zwykły człowiek, który nie rzuca się w oczy. Nawet po rozmowie z nim trudno go zapamiętać. Z dala, ale pełen oddania, kocha piękną Gillian Ward. Potajemnie bierze udział w jej perfekcyjnym życiu. A jej życie to przystojny mąż, urocza córeczka, dobrze prosperująca firma. Przynajmniej pozornie, bo Samson nagle odkrywa, że to tylko fasada. Że w życiu tej kobiety nic nie jest takie, jak mu się wydawało. W tym samym czasie seria okrutnych morderstw wstrząsa Londynem. Ofiary to samotne, starsze kobiety. Zamordowane w okrutny, wyjątkowo brutalny sposób. Policja szuka psychopaty. Mężczyzny, który nienawidzi kobiet.

 

Obserwator_Link-Charlotte,images_big,23,978-83-7508-544-0.jpg

 

 

denudatio_pulpae

 

Bardzo miła odmiana od czytanych przeze mnie ostatnio kryminałów i thrillerów, w których na pierwszy plan najczęściej wysuwają się detektywi i prowadzone przez nich śledztwo. Tutaj autorka najwięcej uwagi poświęca przedstawieniu postaci, ich życiu prywatnemu, stosunkom międzyludzkim i problemom z jakimi muszą się borykać. Porusza wiele bardzo trudnych tematów takich jak życie w samotności, izolacja od społeczeństwa, molestowanie seksualne oraz obojętność innych ludzi na krzywdę innych. 

Portrety psychologiczne bohaterów są bardzo dobrze nakreślone, dzięki temu szybko wciągnęłam się w akcję i nie mogłam się oderwać od czytania (do tego stopnia, że pierwszą część książki przeczytałam na raz :)). Rozwiązania nie domyśliłam się zanim nie było już dosadnie zasugerowane kto jest winien morderstw, a nawet po tym akcja dalej trzymała w napięciu. 
Wielkim plusem dla mnie jest oczywiście osadzenie całej historii w okresie śnieżnej, mroźniej zimy. Uwielbiam po prostu takie tło dla akcji, a dodatkowo opisy autorki bardzo działały na moją wyobraźnię. 

Długo zwlekałam z przeczytaniem tej książki (czekając chyba właśnie na nadejście zimy, wydawała mi się idealną porą na jej lekturę), ale za to trafiła ona idealnie w moje upodobania i dodaję ją do ulubionych :)

 

Perzka

Sięgając po książkę Charlotte Link wiedziałam,że nie będę zawiedziona.Jak zwykle powieść napisana przejrzyście,z dużą dozą napięcia,które stopniowo wzrasta i powoduje,że nie można przestać jej czytać.

Główny bohater Samson,singiel,dziwak,samotnik,bezrobotny,
nieszczęśliwy,w życiu codziennym zajmuje się obserwowaniem kobiet z sąsiedztwa.Sporządza na ten temat notatki,które zapisuje w komputerze.Jako zwykły,niczym nie wyróżniający się mężczyzna "obserwator"platonicznie zakochuje się w sąsiadce Gillian Ward.Zaczyna ja częściej śledzić,podglądać i odkrywa,że jej pozornie piękne,poukładane życie (mąż,córeczka,firma)to tylko zewnętrzny obrazek.W rzeczywistości ta rodzina ma ogromne problemy.

W tym czasie w Londynie dochodzi do okrutnych morderstw.Ofiary to samotne,starsze kobiety.Kto je zamordował?Czy Samson jest zaplątany w te morderstwa?

Gorąco zachęcam do przeczytania tej pozycji,ale także innych powieści Charlotte Link.Naprawdę czyta się je jednym tchem.Są znakomite!!!

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Mario Puzo - " Ojciec chrzestny "

piątek, 16 października 2015 11:17

 

Don Vito Corleone jest Ojcem Chrzestnym jednej z sześciu nowojorskich rodzin mafijnych. Tyran i szantażysta (słynne powiedzenie „mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia”), a zarazem człowiek honoru, sprawuje rządy żelazną ręką. Jego decyzje mają charakter ostateczny. Wśród swoich wrogów wzbudza respekt i strach, wśród przyjaciół – zasłużony, choć nie całkiem bezinteresowny szacunek. Kiedy odmawia uczestnictwa w nowym, intratnym interesie, handlu narkotykami, wchodzi w ostry, krwawy konflikt z Cosą Nostrą. Honor rodziny może uratować tylko najmłodszy, ukochany syn Vita Michael, bohater wojenny. Czy okaże się godnym następcą Ojca Chrzestnego?

 

ojciec-chrzestny-b-iext8612467.jpg

 

 

Sylwia

 

PROPOZYCJA NIE DO ODRZUCENIA
Nie znam swojego ojca chrzestnego. Wiem z opowieści, że widziałam go raz w życiu i przyniósł mi różowe meble dla lalek. Meble miałam długi czas i pamiętam jak wyglądają. Jego nie.
Zupełnie inaczej sprawa ma się z "Ojcem Chrzestnym", którego na pewno zapamiętam.Podeszłam do tej książki ochoczo, ale i z przeświadczeniem, że będzie to lektura ciężka, wymagająca i zajmie mi naprawdę dużo czasu. Moje zdziwienie było widoczne już po dwudziestu kilku stronach, które przeczytałam w mgnieniu oka. Pomimo ciężkiego tematu, trudnych sytuacji i spraw, do których nie da się podejść jak do powszednich, autor posługuje się językiem niebywale lekkim i zachęcającym.
Mario Puzo na kartach swojej powieści przedstawia Rodzinę Corleone, która do milutkich nie należy. W każdej z dziewięciu ksiąg znajdziemy ciała zamordowanych, pobitych czy choćby drżących ze strachu. I najbardziej podniecające w tej książce jest to, że autor "Sycylijczyka" przedstawił mafijną Rodzinę w taki sposób, że czytelnik jej kibicuje, trzyma kciuki za udane morderstwo na wrogu, przyklaskuje kiedy pokona przeciwnika i opłakuje śmierć sprzymierzeńców Rodziny. I tylko momentami uświadamia sobie, że bądź co bądź popiera morderstwa, szantaże, groźby i wszystkie inne działania niezgodne z prawem. 
Don Vito Corleone wzbudza respekt nie tylko u swojej rodziny i wrogów, ale także u czytelnika. Nie ma co do tego wątpliwości. A wszystko to, osiągnął dzięki genialnemu Puzo, który stworzył taką, a nie inną postać. Twórca Rodziny Corleone zadbał jednak także o to, aby charaktery jej członków nie były jednostajne. Sonny, Michael, Freddy i Connie - czyli dzieci Ojca Chrzestnego różnią się od siebie i każde z nich ma inny stosunek do ojca i jego rządów. Zabieg ten urozmaica powieść i pozwala na zaskakujące zwroty akcji. 
Puzo nie popada jednak w gloryfikację Rodziny i nie zapomina o tym, że nawet najświetniejsi miewają gorsze chwile. Dlatego jesteśmy także świadkami upadków Rodziny, zawirowań na tle mafijnym i rodzinnym. Kiedy do tego wszystkiego dodamy, że na kartach powieści autor znalazł również miejsce na uczucia i miłosne uniesienie, otrzymamy książkę naprawdę godną polecenia. 

Na początku lektury możemy być nieco zdezorientowani, ze względu na natłok nazwisk i przeskoków fabuły z miejsca na miejsce. Jednak szybko wszystko się wyjaśnia, poszczególne elementy łączą się w spójną całość, a my możemy zacząć delektować się fabułą. Często także zdarza się, że Puzo kończy jeden rozdział w Nowym Jorku, postacią np. Clemenzy, natomiast kolejny zaczyna się na Sycylii i opisuje dzień z życia zupełnie innego bohatera, pozornie niezwiązanego z tym, co dzieje się w rodzinnym domu Dona Corleone. Takie przeskoki jednak absolutnie nie przeszkadzają w odbiorze, a wręcz urozmaicają lekturę. 
Otwierając "Ojca Chrzestnego" i czytając kolejne rozdziały i księgi, czuć nie tylko zapach rywalizacji i krwi, ale także świeżego chleba i sera, mocnej włoskiej kawy i whisky. Wdycha się z kolejnych kartek aromat gęstego sosu pomidorowego oblepiającego nitki spaghetti. Natomiast kiedy akcja zostaje przeniesiona na Sycylię, czytelnika opala mocne słońce, a przed nim wyrasta gaj pomarańczowy z wszystkimi jego barwami i zapachami. 
Nie wiem jak film, ale książka na pewno nie jest tak brutalna, jak myśli o niej każdy, kto jej jeszcze nie czytał. Polecam ją jako pewnego rodzaju...zrozumienie zła, jeśli można się tak wyrazić. To książka, w której zacierają się granice, a zamiast beli lub czerni dominuje kolor szary, tak aby dobro i zło były zamglone. 
Polecając tę książkę, składam Wam propozycję nie do odrzucenia.

 

Tulkas

 

Genialna, wciągająca, wybitna... Można tak wymieniać i wymieniać w nieskończoność. Dzieło Mario Puzo wywarło na mnie ogromne wrażenie. Przeczytałem tę książkę z ciekawości, będąc fanem raczej innych gatunków. A tu okazało się, że "Ojciec Chrzestny" dostaje ode mnie 10/10 i zostaje zaliczony do moich ulubionych powieści. Co w niej takiego jest, że zachwyca kolejne pokolenia?
Przede wszystkim sam Don Vito. Tytułowy Ojciec Chrzestny. Wzbudza on respekt w czytelniku swoim opanowaniem, inteligencją, a także bezwzględnością i twardym trzymaniem się swoich zasad. Czytając sam miałem ochotę spotkać go i złożyć mu swoje uszanowanie. Kreacja tego bohatera to absolutne mistrzostwo. Ale, choć Don jest tu główną gwiazdą, także inne postacie są świetne. Jego synowie Michael i Santino, córka Connie, Tom Hagen, ale i ludzie z pozoru tak nieważni jak Lucy Mancini, zostali dopracowani z drobiazgową szczegółowością.

Jednak nie tylko bohaterowie są plusem tego dzieła. Cała otoczka Rodziny Corleone i świata mafijnego robi wrażenie. Fabuła także jest fantastyczna. Wszystkie działania, z pozoru nieważne, zmierzają do spektakularnego zakończenia. Mamy przy tym zwroty akcji, dzięki którym nie ma miejsca na nudę i stale jesteśmy trzymani w niepewności.

Podsumowując, "Ojciec Chrzestny" to niewątpliwy klasyk i pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika literatury, z wyszczególnieniem mężczyzn. Jest to twarda, męska historia o przyjaźni, wzajemnym szacunku, lojalności i zasadach, za których złamanie płaci się najwyższą i zasłużoną cenę. O honorze, który coraz częściej zanika.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Stephen King - " Rose Madder "

środa, 01 lipca 2015 15:37

 

Pewnego dnia Rosie Daniels decyduje się porzucić swojego męża, przed którym odczuwa paniczny strach, i pod przybranym nazwiskiem rozpocząć nowe życie. Ucieka do innego miasta, gdzie wkrótce zdobywa ciekawą pracę, nawiązuje znajomości i przyjaźnie. W sklepie ze starociami kupuje niezwykły obraz zatytułowany Rose Madder, który - jak się okazuje - pozwala przeniknąć do innego świata. Tymczasem tropem kobiety podąża jej mąż Norman, policjant psychopata, gotowy zabić każdego, kto mu się sprzeciwi. Jest już coraz bliżej, śledzi jej przyjaciół, zdobywa jej adres. Tylko ucieczka w świat Rose Madder może ocalić życie Rosie...

 

Rose Madder 325060-352x500.jpg

 

 

cykuta

 

Według Stephena Kinga "(....) złe sny są o wiele lepsze od złych przebudzeń." Główna bohaterka jego książki, Rose Madder potrzebowała 14 lat, by dojść do podobnego wniosku.

Przez ten okres czasu tkwiła w wyniszczającym - psychicznie i fizycznie - małżeństwie. Jej mąż, Norman - wzięty policjant - bezlitośnie się nad nią znęcał, doprowadzając do skraju wytrzymałości. Rose jednak pozostawała w tym toksycznym status quo przekonana, że jest skazana na taki los. Aż do momentu, gdy jedna kropla krwi z rozbitego po raz n-ty nosa, odznaczająca się wyraźnie na śnieżnobiałej pościeli przelała czarę goryczy. Ta kropla zadziałała jak katalizator, umożliwiając bohaterce podjęcie decyzji o ucieczce. Podczas swojej podróży ku normalności, Rose napotka kobiety, które jej pomogą, mężczyznę, który pokocha i tajemniczy obraz, który raz na zawsze ją odmieni. W jaki sposób? Tego czytelnicy nie dowiedzą się z mojej recenzji.

Nie na darmo King nazywany jest mistrzem horroru. W przypadku "Rose Madder" nie odmalowuje [na szczęście] przed czytelnikiem wizji makabry i wylewających się flaków. Groza w tej książce ma charakter psychologiczny. Autor niezwykle sugestywnie oddaje w niej obraz męża głównej bohaterki - Normana. W sposób przerażający z i do bólu autentyczny pokazuje sposoby myślenia i działania psychopaty - jego nietolerancję wobec odmienności, pogardę wobec innych, impulsywność i agresję, brak poczucia winy, choćby po dokonaniu najohydniejszych zbrodni [bo przecież ofiara sama jest sobie winna], a także - nade wszystko - bezwzględne wykorzystywanie słabości i potrzeb innych ludzi tak, by stali się środkiem do realizacji własnego celu. W przypadku Normana celem tym było odnalezienie niepokornej żony i przykładnie jej ukaranie.

Równie realistycznie portretuje King ofiarę przemocy i piętno, jakie wywarło na niej wieloletnie obcowanie z szaleńcem. Rose, szczególnie w pierwszej części książki, gdy ucieka z domu, jest tak sterroryzowana, że praktycznie boi się własnego cienia. Paraliżujący strach towarzyszył jej od lat, dlatego teraz za każdym rogiem oczekuje najgorszego - że mąż przyłapie ją na próbie ucieczki i zgotuje prawdziwie piekielne "powitanie". W tym miejscu chciałabym podkreślić, jak ogromne wrażenie na mnie - jako czytelniczce - robi umiejętność autora wczucia się w sytuację kobiety maltretowanej, jej myśli, uczuć, przeżyć... Aż nie chce się wierzyć, że cała tę historię, z jej powalającym na kolana realizmem i dokładnością, a jednocześnie naturalnością napisał mężczyzna, a nie jakaś jego alternatywna osobowość.. Podobny kunszt można było zauważyć w "Historii Lisey" - powieści również pisanej z kobiecej perspektywy, jednak mam wrażenie, ze dopiero w "Rose Madder" zaprezentował się on w całej okazałości.

Abstrahując nieco od głównego tematu i kwestii fabularnych; podczas lektury "Rose Madder" warto zwrócić uwagę na mnogość symboli, pojawiających się na jej łamach. [za przykład może posłużyć ścigający główną bohaterkę byk, który jest metaforą jej męża, motyw labiryntu - skomplikowanej sytuacji życiowej Rose, czy też lisicy - w tej kwestii nic konkretniejszego Wam nie zdradzę]. I jest to coś w rodzaju rysu charakterystycznego dla twórczości Stephena Kinga. Podobnie jak pewne myśli przewodnie, hasła, powtarzane po wielokroć, a stające się czymś w stylu idee fixe poszczególnych bohaterów. Do spółki z - równie typowym dla mistrza - balansowaniem na granicy rzeczywistości i fantazji [czy obraz zakupiony przez Rose faktycznie może wciągnąć ją do swojego świata, czy może wszystko co się w tym świecie dzieje stanowi jedynie wytwór wyobraźni znękanej życiem kobiety?] daje to w wyniku absolutnie psychodeliczny efekt. 

"Rose Madder" to z pewnością książka absorbująca. Wciąga, niepokoi, poraża realnością opisów [King doskonale wie, w jaki sposób za pomocą słowa wywołać w czytelniku określone wrażenia i doskonale nami manipuluje, sprawiając że odczuwamy wstręt i pogardę dla jednych bohaterów, a identyfikujemy się z innymi]. Istnieje jednak wątek, który - nie odbierając ogólnej przyjemności z lektury - nieco mnie irytował. Czytając pełne nadziei opisy nowego związku Rose i niesamowitego oddania, jakim obdarza ją Bill, natrętnie nasuwały mi się na myśl dwa słowa: opera mydlana. Ostatecznie jednak zakończenie książki, w którym - pomimo obecności wyśnionego partnera Rose - proporcje cukru i pieprzu są właściwe, zaciera to niekorzystne wrażenie.

W trakcie lektury nie zawsze byłam pewna, czy opisywane przez Kinga wydarzenia powinnam traktować dosłownie, czy metaforycznie. Chociaż zarówno w pierwszym jak i drugim przypadku można dojść do wniosku, że główna bohaterka jego powieści potrzebuje pewnych symboli, czy rytuałów, by wyzwolić się z patologicznej więzi z mężem, odnaleźć swoją prawdziwą tożsamość i na nowo się określić, tym razem w odniesieniu do samej siebie. W przypadku Rose proces ten zaszedł bardzo daleko; gdyby przyjąć, że książka Kinga jest jedną wielką przenośnią, można by napisać, że bohaterka w postaci tajemniczej nieznajomej z obrazu odnajduje swoje alter ego. Taki rozwój sytuacji umożliwia jej przyznanie się do doznanych krzywd, odnalezienie w sobie siły, pozwalającej przepracować traumę i dokonanie zemsty na tym, który je wyrządził... Byłaby to jednak bardzo daleko posunięta interpretacja. Być może w przypadku "Rose Madder" warto po prostu uznać, że jest to jedna z tych książek, które dostarczają nad nadziei i wiary. Wiary w to, że z każdej, choćby najtrudniejszej sytuacji można znaleźć wyjście, a siła, która to umożliwia znajduje się w nas w samych - potrzebujemy tylko ją uwolnić. I z tą konkluzją pozostawiam Was, Drodzy Czytelnicy.

 

Northman

 

Świetna, wciągająca, momentami zaskakująca książka. Zdumiewający jest przy tym fakt, że jest tak naprawdę jedną z najmniej docenianych powieści Stephena Kinga, a nawet, jeśli dobrze pamiętam, jednym z Jego najgorzej sprzedających się dzieł. "Rose Madder" zdecydowanie zasługuje na docenienie, i to więcej niż z jednego powodu.

Na początek powiem, że King po raz kolejny mnie zaskoczył. Sądząc po rozlicznych opisach można by się spodziewać średniej jakości, umoralnionej opowiastki o maltretowanej kobiecie usiłującej odzyskać swoje własne ja, a tymczasem czytelnik dostaje w "Rose Madder" trzymający do ostatniej chwili w napięciu kryminał z elementami thrillera i klasycznej psychodeli, będącej jednym z najlepiej znanych znaków firmowych autora. Czyta się to po prostu świetnie! Tytułowa bohaterka nie jest przy tym wcale taka kiepska w odbiorze, bezbronna i infantylna jak można by sądzić, jest w niej bowiem mnóstwo odwagi i ukrytej zadziorności. Nie można w tym miejscu także zapomnieć o czarnym charakterze numer jeden tej powieści, Norman Daniels jest bowiem po mistrzowsku przedstawionym psychopatą, którego skala szaleństwa i przerażające pomysły przelane na papier przez Kinga po prostu powalają na kolana i zostawiają czytającego z szeroko otwartymi ze zdumienia ustami. Tak wiernego, wiarygodnego i odstręczającego obrazu psychopaty, przyznam szczerze, nie pamiętam w dziełach Kinga, a i musiałbym się mocno wysilić żeby odnaleźć takowy u innych pisarzy. Niesamowita postać! Można się jej bać, oj można. Wielkie, naprawdę wielkie brawa dla Kinga za Normana Danielsa!

Element psychodeli o którym wspomniałem wiąże się nieodłącznie z centralnym elementem książki, czyli pewnym obrazem, i można by się było go w zasadzie czepiać jako przekombinowanego, ale sądzę, że w tej akurat książce ten pomysł się sprawdził. Nie chcę za wiele zdradzać z fabuły (mam nadzieję, że do tej pory nie wyszedłem za bardzo poza to, co można wyczytać o tej książce przed lekturą), ale myślę, że pomimo pierwszego zdziwienia jakie można odczuć w trakcie czytania, cała ta historia związana z obrazem ma na końcu książki ręce i nogi, i każdy dojdzie po chwili namysłu do takiego właśnie wniosku. A jeśli nie - trudno, każdy ma prawo do własnej opinii:) Mnie się w każdym razie podobało.

Gorąco polecam. Sądzę, że warto odkryć tę książkę, tak często wymienianą na szarym końcu wśród najlepszych dzieł Kinga - odkryć, i mieć nadzieję, że będzie wymieniana przy takich okazjach znacznie wcześniej niż na końcu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dan Brown - " Inferno "

piątek, 15 maja 2015 13:28

 

Dan Brown, najpopularniejszy pisarz na świecie, tym razem stworzył fenomenalny apokaliptyczny thriller, w którym sztuka i architektura pełne są przerażających zagadek. Robert Langdon musi je rozwiązać… nim na Ziemi stanie się Piekło…
Ta bogato ilustrowana edycja kolekcjonerska zawiera ponad 200 kolorowych zdjęć i ilustracji. Dan Brown zabiera czytelnika do serca Włoch. . . prowadząc przez miejsca, które zainspirowały jednego z największych klasyków w historii literatury.


Światowej sławy specjalista od symboli, Robert Langdon, budzi się na szpitalnym łóżku w zupełnie obcym miejscu. Nie pamięta, jak i dlaczego znalazł się w szpitalu. Nie potrafi też wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce.
Czasu na rozmyślania nie ma niestety zbyt wiele. Ledwie na dobre odzyskuje przytomność, ktoś próbuje go zabić. W towarzystwie młodej lekarki Sienny Brooks Langdon opuszcza w pośpiechu szpital. Ścigany przez nieznanych wrogów przemierza uliczki Florencji, próbując odkryć powody niespodziewanego pościgu. Podąża śladem tajemniczych wskazówek ukrytych w słynnym poemacie Dantego…
Czy jego wiedza o tajemnych sekretach, które skrywa historyczna fasada miasta wystarczy, by umknąć nieznanym oprawcom? Czy zdoła rozszyfrować zagadkę i uratować ludzkość przed śmiertelnym zagrożeniem?

 

Inferno 263462-352x500.jpg

 

 

allison

 

"Czy jego wiedza o tajemnych sekretach, które skrywa historyczna fasada miasta wystarczy, by umknąć nieznanym oprawcom? Czy zdoła rozszyfrować zagadkę i uratować świat przed śmiertelnym zagrożeniem?" - czytamy o głównym bohaterze na okładkowej recenzji. 
I jeszcze przed lekturą książki możemy zdecydowanie odpowiedzieć: TAK, bo przecież Robert Langdon nie może ostatecznie ponieść porażki. Pod tym względem zakończenie jest łatwe do przewidzenia, jednak z ręką na sercu przyznam, że śledziłam perypetie naukowca z zapartym tchem. 
Brown - jako mistrz suspensu - dostarczył mi sporo emocji i trudno było mi oderwać się od lektury, mimo iż nieraz raziła mnie łopatologiczna wykładnia kryzysu społecznego związanego z przeludnieniem. 

W "Inferno" doceniam jednak przede wszystkim nie szaloną akcję, ale wiele odniesień do "Boskiej Komedii" Dantego, która jest jednym z najbardziej znanych, ale i najtrudniejszych w odbiorze poematów. Wielość symboli i alegorii oraz niezwykłe bogactwo obrazowania sprawiają, że utwór jest wieloznaczny i by odczytać poprawnie jego sens, trzeba znać mnóstwo kontekstów artystycznych i historycznych. 

Brownowi udało się pokazać dzieło Dantego nie tylko jako klucz do rozwiązania sensacyjnej zagadki, ale i jako utwór kulturotwórczy, ponadczasowy, ciekawiący, intrygujący i ujmujący nawet po wielu latach. Niektóre interpretacje autora są może naciągane, ale do obronienia. 

Dużym plusem są też nawiązania do innych tekstów kultury, np. do Biblii i mitologii greckiej (bardzo utkwiło mi w pamięci odwołanie do opowieści o Apollinie i Marsjaszu). 

Doceniam też obrazowo pokazaną Florencję. Autorowi udało się stworzyć swoisty przewodnik po mieście, jego największych zabytkach i postaciach, które wpisały się na stałe nie tylko w przeszłość miasta, ale i światową historię sztuki. 

Moim zdaniem, to najlepsza powieść Browna; na pewno gratka dla miłośników jego prozy, ale także dla tych, którzy lubią połączenie sensacji i historii.

 

Anna

 

Czekałam z wielką niecierpliwością na najnowszą powieść Dana Browna „Inferno” i jak tylko wyjęłam ją ze swoje skrzynki pocztowej, zaczęłam czytać. Bardzo ładne wydanie, porządna okładka, szyte kartki – to moje pierwsze wrażenia. Po lekturze powiem jedno – „Inferno” nie przebiło moich ukochanych „Aniołów i demonów”, choć jest wiele podobieństw.

…” Ty, który tutaj wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”…. 

To fragment \"Boskiej komedii\" Dantego Alighieri, która stanowi podstawę całej fabuły najnowszej książki Dana Browna. I to jest ten motyw, który mnie najbardziej spodobał się w „Inferno”. Warto wyjaśnić, że Inferno znaczy Piekło, i również jest odniesieniem do jednej z 3 części \"Boskiej komedii\".

Powieść zaczyna się w dramatyczny sposób. Robert Langdon, znany profesor specjalizujący się w ikonografii i symbolice, budzi się w szpitalu i …. nie pamięta, skąd się tam wziął i co się stało. Szpital znajduje się we Florencji, a Langdon został postrzelony. Jego prześladowca dąży do celu bardzo wytrwale, co kończy się dla jednego z lekarzy śmiercią, a dla Langdona ucieczką ze szpitala. Pomaga mu młoda lekarka, Sienna Brooks, która zabiera go do swojego mieszkania. Sama jest dość tajemniczą i specyficzną osobą, ale zdobywa zaufanie Profesora. Robert Langdon nie może sobie poradzić z lukami w pamięci, nie wie jak dostał się do Florencji i co mu grozi. Wraca jedno koszmarne wspomnienie – wizja??? Widzi w nim starszą kobietę, która każe mu czegoś szukać. Otaczają go piekielne obrazy jakby prosto wzięte z dzieł Dantego Alighieri. 
Lekarka pokazuje mu, co znalazła w ukrytej kieszeni jego marynarki – niewielki przedmiot kryjący wewnątrz niezwykły projektor, ukazujący sceny z Piekła Dantego, ale jakby z naniesionymi nań poprawkami. Langdon rusza śladem znaków, a prześladowcy ruszają za nim. Tym razem to on jest celem, a ciągle nie bardzo wie, czego szuka….

Przyjdzie mu się zmierzyć z wieloma przeciwnościami losu, a jego przewodnikiem będą słowa samego Dante Alighieri. Co wspólnego ma ten wielki pisarz ze Światową Organizacją Zdrowia? Langdona czeka nie lada przeprawa!

„Inferno” to bardzo specyficzna powieść, wciągająca, choć chwilami, niestety, przewidywalna. Sama zagadka i niesamowite wskazówki, wzięte wprost z Piekła, są fascynujące, ale szkielet powieści jest dość specyficzny dla Browna i przewidywalny. Mamy słynnego profesora Langdona i piękną kobietę, w tym przypadku lekarkę Siennę Brooks ( prawie jak u Bonda :), mamy pościgi i ucieczki, zagadkę z artefaktem w tle i fascynujące miasto, w tym wypadku Florencję. Sami powiedzcie, czy nie ma tu podobieństwa do „Kodu da Vinci”, czy do „Aniołów i demonów”? Wygląda jak gotowy scenariusz do filmu. I to jest na pewno minusem powieści, ale zdecydowanie bardziej do mnie przemawia wielki plus, jakim jest bogactwo informacji na temat Dantego Alighieri, historycznych odnośników do niego i jego dzieła, które są podane w arcyciekawy sposób. Zostałam zarażona fascynacją Alighierim - niesamowita postać, niezwykła symbolika jego dzieł, doszukiwanie się ”drugiego dna” w jego myślach i stwierdzeniach. To jest to, co u Browna zawsze mnie urzeka – ogromna wiedza podana w lekki i arcyciekawy sposób oraz dopracowanie szczegółów i dbałość o nie. Uwielbiam jego język, plastyczny i bardzo przystępny. Uwielbiam niesamowite miejsca, które pokazuje w taki sposób, że wyobraźnia szaleje. Trzeba mu przyznać, że nawet jak bazuje na schemacie, to potrafi pisać i to pisać dobrze. Zaskakuje czytelnika i zaraża wiedzą i pasją. Za to go cenię i czekam na kolejne powieści, ale nadal moim faworytem wśród jego powieści pozostają bezsprzecznie „Anioły i demony”, z moim ukochanym Rzymem w tle, który zwiedzałam śladami bohaterów tej książki :)

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Henning Mankell - " O krok "

piątek, 24 kwietnia 2015 12:41

 

W noc św. Jana troje nastolatków przebranych w osiemnastowieczne stroje spotyka się w lesie, żeby odegrać maskaradę. Nie wiedzą, że są śledzeni. Wkrótce cała trójka zostaje zabita. Niedługo potem komisarz Wallander dowiaduje się, że jego kolega, który miał mu pomóc w poprowadzeniu sprawy, też nie żyje. Czy coś łączy te morderstwa? Jedynym śladem jest fotografia nikomu nieznanej młodej kobiety. Wallander, borykający się z poważnymi problemami zdrowotnymi, po raz pierwszy staje przed tak trudnym zadaniem. 

Co przyniesie śledztwo dotyczące prywatnego życia kolegi? Inspektor zmierzy się z tajemnicą, której być może wcale nie chce poznać...

 

Mankell 352x500.jpg

 

 

korcia 

 

Jest wigilia nocy świętojańskiej. Trójka ludzi spotyka się w rezerwacie. Przebierają się w stroje z epoki Bellmana, zakładają na głowy peruki, zasiadają na rozłożonym obrusie, raczą się winem i różnymi przysmakami, słuchają "Listów Fredmana" i dobrze się bawią. Są przekonani, że nikt nie wie o ich spotkaniu, w końcu to tajemnica, której pilnie strzegą. Nie wiedzą, że nieopodal czai się mężczyzna, który ich obserwuje i czeka... Dziesięć po trzeciej wkracza na scenę, podchodzi do leżących ludzi i po kolei do nich strzela.

Kort Wallander zasypia za kierownicą i tylko cudem unika wypadku. Ostatnio nieustannie jest zmęczony. Nie wie, jaka może być tego przyczyna, ale zdaje sobie sprawę z tego, że nie może dłużej lekceważyć problemu, musi iść w końcu do lekarza.

Mięły dwa lata od śmierci ojca. Właśnie jedzie do jego domu, gdzie jest umówiony z pośrednikiem. Gertruda mieszkała tam nadal po śmierci męża, ale czuła się coraz bardziej samotna. Dlatego zdecydowała, że musi się wyprowadzić. Mają oboje z Kurtem uporządkować pozostałe rzeczy i wystawić dom na sprzedaż. Gertruda przeprowadza się do swojej siostry.

Astrid Hillström po raz kolejny zjawia się na komendzie. Mówi, że otrzymała pocztówkę nadaną w Wiedniu, rzekomo podpisaną przez jej córkę. Kobieta jednak twierdzi, że to nie jej córka ją napisała, chce, by policja w końcu zaczęła szukać jej i dwójki jej przyjaciół. Rodzice pozostałych młodych ludzi nie niepokoją się, uważają, że ich dzieci wyjechały w podróż po Europie i niebawem wrócą. Astrid twierdzi inaczej. Chociaż nic oprócz przeczuć kobiety nie wskazuje na to, by ta trójka zaginęła, policja postanawia przyjrzeć się sprawie.

Tym razem Kurtowi Wallenderowi trafiają się wybitnie trudne morderstwa. Zabójca jest sprytny, ostrożny, pewny siebie. Wodzi funkcjonariuszy policji za nos, cały czas jest krok przed nimi. Nie będzie łatwo rozwikłać tę sprawę. Do tego problemy zdrowotne komisarza z pewnością mu w tym nie pomogą. Nie da się ukryć, że Wallander się starzeje. Skarży się na kilka dolegliwości, ale też kilkakrotnie zapomina zabrać ze sobą komórkę czy pistolet. Muszę przyznać, że jego zapominalstwo trochę mnie denerwowało. Na szczęście intuicja nadal zazwyczaj komisarza nie zawodzi.

Kurt jest rozwodnikiem. Mona, jego była żona, zostawiła go już dawno temu. Nie była w stanie znieść jego trudnego charakteru i tego, że jest policjantem. Mają razem córkę, Lindę, która jest już dorosłą dziewczyną. Mimo upływu lat, Wallander nie pogodził się z tym, że żona go zostawiła. Próbował później jeszcze raz ułożyć sobie życie z Bajbą, mieli już wspólne plany, zamierzali niebawem zamieszkać razem, gdy kobieta się rozmyśliła. Stwierdziła, że nie wyobraża sobie życia w Szwecji i wróciła do Rygi. To był koniec. Teraz Wallander żyje samotnie, sporo czasu spędza w pracy, w wolnych chwilach z przyjacielem słucha muzyki operowej. W przeszłości miewał problemy z alkoholem, na szczęście wydaje się, że należą one już do przeszłości. Jednak nadal prowadzi niezbyt zdrowy tryb życia. Je w biegu i zwykle byle co, do tego ma bardzo mało ruchu. Czasami bywa też mrukliwy, ma problemy z powściągnięciem swojego charakteru, ale nie ma wątpliwości, że jest dobrym policjantem.

Lubię Wallandera. Przez te wszystkie części bardzo się do niego przywiązałam. Dzięki swoim słabościom jest bardziej realną postacią. O jego współpracownikach wiemy zdecydowanie mniej. Za to autor od początku pokazuje nam migawki z życia mordercy, ujawnia jego plany, motywy postępowania. Jednak nie ujawnia do końca kim jest. Nie zabiera to czytelnikowi frajdy z czytania, nie przeszkadza w przyglądaniu się śledztwu. Myślę, że autor chce nam w ten sposób pokazać jego oblicze, to jaki jest.

"O krok" to kolejny bardzo dobry kryminał autora, gdzie napięcie na przemian rośnie i nieco opada, sprawiając, że lektura jest prawdziwą przyjemnością, od której ciężko się oderwać. Śledztwo prowadzone jest bardzo wolno. Składa się na nie wiele godzin ciężkiej pracy, sporo nieprzespanych nocy, impasów, z których trudno wybrnąć.

Mam chyba tylko jedno zastrzeżenie. Wallander często postępuje irracjonalnie. Samowolnie podejmuje bardzo ryzykowne decyzje, które w moim odczuciu nie są do końca zgodne z prawem. Nie znam się za bardzo na szwedzkich przepisach, ale żyłam zawsze w przeświadczeniu, że uchybienia w trakcie prowadzenia śledztwa mogą się skończyć tym, że przestępca zostanie uniewinniony. Czyżbym naczytała się za dużo amerykańskich kryminałów?

Nie zmienia to jednak faktu, że bawiłam się w trakcie tej lektury przednio i gorąco Wam ją polecam.

 

Marek Remiszewski

 

Uparty glina z Ystad

 

 

Latem 1996 roku w Ystad ginie miejscowy policjant. Śledztwo wykazuje, że prowadził własne dochodzenie, w tajemnicy przed kolegami z komendy. W tym samym czasie w miejscowym rezerwacie przyrody zostają odnalezione ciała trójki młodych ludzi, których zaginięcie rodziny zgłaszały dwa miesiące wcześniej. Grupą dochodzeniową kieruje blisko pięćdziesięcioletni rozwodnik z nadwagą i początkami cukrzycy. Wątki obu spraw splatają się.

 

W tym krótkim streszczeniu znajdziemy wiele charakterystycznych cech pisarstwa Mankella. Ystad – miasteczko portowe na południu Szwecji, w pobliżu Malmö. Dla tubylców idealny przykład prowincji, dla Polaków – w latach 90. ubiegłego stulecia, niedługo po zrzuceniu jarzma komunistycznej opresji – drzwi na wymarzony, bogaty Zachód (tam kursowały, i kursują nadal, promy ze Świnoujścia). W świecie powieści tą senną mieściną co kilka lat wstrząsają zbrodnie, które nie mogą się pomieścić nie tylko w głowach jej mieszkańców, ale również tutejszych stróżów prawa. Komisarz Kurt Wallander, as miejscowej policji kryminalnej i główny bohater powieści, jest człowiekiem do bólu zwyczajnym, co widzimy obserwując go zarówno podczas pracy, jak i prywatnie.

 

W czym tkwi siła tej książki?

 

Po pierwsze, „O krok” to znakomity kryminał, jego intryga jest zawikłana, zbrodnie makabryczne. Powieść dzieli się na dwie części. W pierwszej z nich pojawiają się zagadki, gdyż śledztwo mnoży pytania. Przestępca myli tropy, zaciera ślady, a jednocześnie podejmuje z policją swoistą grę: wystawia się na niebezpieczeństwo, powraca na miejsca zbrodni. Szuka potwierdzenia faktu, że jest od swych przeciwników lepszy, zręczniejszy, że może wodzić ich za nos, wyprzedzać ich działania. Policja czuje się bezradna, śledztwo tkwi w martwym punkcie, zapuszcza się w ślepe uliczki. W części drugiej następuje przełom i od tego momentu akcja stale przyspiesza aż do karkołomnego finału. Jak na mój gust – nieco zbyt karkołomnego (to chyba jedyne zastrzeżenie wobec powieści).
Często spotykam się z pretensjami do autorów kryminałów, że nie dość dokładnie ukryli przed czytelnikiem rozwiązanie. Są one wyrazem starego i, wydawałoby się, przebrzmiałego już sporu zwolenników zaskoczenia z wyznawcami suspensu. Stoję zdecydowanie po stronie tych drugich, gdyż to suspens mocniej angażuje inteligencję czytelnika, co jest, według mnie, jedną z miar wartości utworu literackiego. Mankell w swych powieściach dozuje wskazówki i rozmieszcza je skrupulatnie w tekście. Jedni czytelnicy je dostrzegą, inni nie. Mogą jednak śledzić proces myślowy komisarza Wallandera i próbować z nim razem kojarzyć fakty i zbierać poszlaki.
Drugim, a może najważniejszym atutem powieści jest jej bohater. Kurt Wallander stał się już – w Polsce chyba także – jedną z lepiej rozpoznawalnych postaci współczesnej literatury. To starzejący się, samotny mężczyzna po przejściach. Co tu kryć – życie prywatne Wallandera jest katastrofą. W pustym, nigdy niesprzątanym mieszkaniu rozbrzmiewa jednak muzyka operowa, której komisarz jest znawcą i smakoszem. Poza tym ma typowe problemy mężczyzny pod pięćdziesiątkę. Znaczna nadwaga i zdiagnozowana właśnie cukrzyca nie ułatwiają ani życia prywatnego, ani zawodowego. Nie wylewa też za kołnierz, zwłaszcza w okresach wzrastającego napięcia nerwowego. Krótko mówiąc – facet z sąsiedztwa.
Przy tym wszystkim jest jednak Wallander świetnym gliną. Inteligentny, spostrzegawczy, o analitycznym umyśle, uparty. A w dodatku wyposażony w intuicję, która czyni z niego rasowego tropiciela. W powieści Wallander często czuje, że coś z tego, co właśnie usłyszał lub zobaczył, ma ogromne znaczenie dla śledztwa, lecz podświadomość trzyma go w niepewności aż do momentu, gdy odpowiedni fragment układanki, na skutek trafnego skojarzenia, wskoczy na swoje miejsce. Wtedy wszystko staje się jasne. Pisarz daje w ten sposób czytelnikowi czas na wykazanie się własną inteligencją i wyprzedzenie bohatera w sztuce dedukcji.
Funkcja strażnika prawa nie oznacza jednak, że Wallander jest aniołem w ludzkiej skórze. Zdarza mu się przekraczać przepisy i uprawnienia. Potrafi na przykład włamać się do mieszkania podejrzanej osoby i przeprowadzić w nim rewizję bez prokuratorskiego zezwolenia. Nie jest jednak typem samotnego mściciela, umie organizować pracę podwładnych i współpracować z nimi. Robocze narady zespołu Wallandera są istotnym elementem fabuły powieści. Niełatwy i może nie dla wszystkich atrakcyjny proces kojarzenia faktów i odrzucania kolejnych hipotez, dochodzenie w niemałym trudzie do ostatecznej prawdy mają jednak swój urok (pamiętacie serial o poruczniku Columbo?). A pięści i pistolety – tak czy owak – będą w użyciu. Bez tego ani rusz.
Prywatnie i zawodowo jest Wallander zwolennikiem tradycyjnych, odchodzących w przeszłość wartości społecznych i kulturowych. W znaczącym stopniu taki światopogląd pomógł mu ukształtować starszy kolega i mistrz w policyjnym fachu, który pojawiał się w poprzednich powieściach cyklu. Może dlatego Wallander ostrzej niż inni widzi wady socjalnego modelu państwa szwedzkiego i zagrożenia, jakie ze sobą niesie.
Bo właśnie tym, co decyduje o oryginalności książek Mankella, jest wyłaniający się z nich obraz współczesnej Szwecji. Kraj ten kojarzy się z demokracją, dobrobytem i socjalnym rajem, tylko nieliczni pamiętają ciemniejsze strony szwedzkiej demokracji: zabójstwa premiera Olofa Palmego (1986) i minister Anny Lindh (2003). Te właśnie wstydliwe aspekty rzeczywistości odkrywa komisarz Wallander w prowadzonych dochodzeniach. Z poprzednich powieści mogliśmy dowiedzieć się na przykład o szwedzkiej ksenofobii, upadku obyczajów, korupcji wśród polityków najwyższego nawet szczebla. Jednym z największych problemów, z jakimi boryka się współczesna Szwecja, jest wzrastająca przestępczość, niejednokrotnie mająca cechy mafijne.
W powieści „O krok” policja cierpi na niedofinansowanie, znacznie utrudniające jej skuteczną walkę z przestępcami. Żyjący w poczuciu zagrożenia ludzie zaczynają formować oddziały gwardii obywatelskiej, której działalność budzi wśród policjantów obawy o wzrastające w społeczeństwie przyzwolenie dla samosądów. Mnożą się sekty religijne rozbijające strukturę społeczną u samych jej podstaw, zanika komunikacja międzyludzka. Wallander obserwuje to na przykładzie własnym i swoich kolegów z pracy. Ludzie coraz mniej o sobie wiedzą i wciąż tracą zainteresowanie sprawami innych. Blokuje to przepływ informacji, co znowu utrudnia pracę policji. Koło się zamyka. Szwedzi stają się społeczeństwem sfrustrowanych samotników.
Na tej właśnie obserwacji zbudowana jest w znacznej mierze fabuła powieści. Od tego zaczyna się cała intryga kryminalna. Wokół nieuczciwie zdobytych informacji, wykorzystując osłabione więzi społeczne, snuje swe mordercze plany główny czarny charakter powieści. Atmosfera bezsilności i osaczenia narasta i nie do końca zaciera ją zakończenie śledztwa. Wallanderowi przybywa siwych włosów i wrzodów żołądka, a i czytelnik nie może spokojnie zasnąć.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  72 433  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 72433

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl