Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 349 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mario Vargas Llosa- " Miasto i psy "

wtorek, 24 maja 2016 22:28

Wielu krytyków uważa, że światowy „boom literatury iberoamerykańskiej” zaczął się od premiery „Miasta i psów”. Wydany w 1963 r. powieściowy debiut Maria Vargasa Llosy przyniósł pisarzowi międzynarodowy rozgłos i przetarł szlak innym pisarzom Ameryki Łacińskiej. Zachęceni popularnością książki przystojnego Peruwiańczyka wydawcy odkryli Borgesa, Carpentiera, Sábato i innych. Llosa stał się ulubieńcem czytelników, ale ściągnął na siebie gniew armii. Oficerowie oskarżyli pisarza o fałszowanie stosunków panujących w wojsku i brak patriotyzmu. Rozwścieczeni żołnierze spalili tysiące egzemplarzy książki, co – jak wspomina pisarz – zapewniło powieści darmową reklamę.

„Miasto i psy” można czytać na kilka sposobów. Jako niemal dokumentalną relację z tragicznych wypadków, które wstrząsnęły autorytarnie rządzoną szkołą kadetów na peryferiach Limy, lub historię konfliktu jednostki z totalitarnym reżimem wojskowym – zadomowionym w południowoamerykańskiej rzeczywistości politycznej. Jest to również, a może przede wszystkim, wiwisekcja zakorzenionego w latynoskiej mentalności „machismo”, z jego kultem siły i seksu, jak choroba toczącego życie prywatne i publiczne. Szkoła wojskowa, oparta na usankcjonowanej tradycją i prawem przemocy oraz dyscyplinie, urasta tu do symbolu całego kontynentu. Rządzi tu prawo dżungli i pieniądza. Dla jednostek wrażliwych, nieprzystosowanych i niemajętnych, jak kadet o pseudonimie „Niewolnik”, nie ma tam miejsca.

 

104497_1248459874_ad6b_p.jpeg

 

 

Krzysiek

 

Spalić czy nie spalić? ... oto jest pytanie!!!

Co musi tlić się w umysłach? Co musi siedzieć w duszy, gdzieś w środku człowieka, by ten zdecydował się na coś takiego?
Czy, wierni czytelnicy moglibyście to uczynić...? Spalić książki...?
Spopielić słowa o wielkie wartości, wielkiej prawdzie, wielkim przesłaniu..., naprawdę można coś takiego zrobić?
Co ta książka musi w sobie mieć, by wywołać tak skrajnie negatywne emocje. 
Nikt z pewności nie spaliłby jej, dlatego chociażby że jest słaba, nijaka i nic sobą nie niesie. To na pewno nie mogłoby być powodem. Książka, która posuwa człowieka do czegoś takiego musi go w jakiś sposób oburzać lub zaczepiać niezwykle delikatne i niewygodne tematy. Wchodzić z butami, zdejmować cenzurę z faktów, które dotąd trwały w ukryciu, w tajemnicy, w nieświadomości społecznej.

Dlaczego o tym mówię?
Bowiem ta książka naznaczona jest niezwykłą historią, niezwykłym szumem jaki panował swojego czas wokół niej. Vargas wstrząsną opinią publiczną i środowiskiem, którego bezpośrednio dotyczyła. Rozgniewał tą książką całą armię, szkoły wojskowe. Oficerowie sypali na tą książkę lawinę oskarżeń, zarzucając mu naginanie faktów i niewłaściwe przedstawienie stosunków jakie obowiązują w armii. Wytykali mu przede wszystkim to, że tą książką uczynił hańbę dla własnego patriotyzmu. W tym całym natężeniu i burzy naprawdę skrajnie złych emocji, wściekli żołnierze, prawie jak amoku masowo palili egzemplarze tej książki. Dla ich przekory książka zyskała jeszcze większe zainteresowanie, bowiem powieść, która robi takie zamieszanie musi budzić świadomość społeczeństwa i wymiatać spod dywanu pewne skrycie chowane tajemnice, sekreciki...
Ta książka niczym Feniks z popiołów powstała na nowa i zaczęła palić grunt pod nogami osób ściśle związanych ze środowiskiem wojska, armii.
Ta jej niezwykła historia zwróciła i moją uwagę. Z wielkim nastawieniem i oczekiwaniami zabierałem się do czytania tej książki. 
Powiem szczerze, nie owijając w bawełnę. Potrafię docenić jej wartość, choć w treści bywały momenty, że narracja bywała ciężka i męczyła trochę koncentrację. Jednak przeplatało to się z tymi okresami, gdzie biła z treści ta ogromna prawda i siła, która jest jej głównym fundamentem. 
Ta książka wytknęła mnóstwo złych rzeczy, które panują w szkołach wojskowych. Nie każda osoba nadaje się do tego, by przejść przez tak ostrą dyscyplinę, która narzucona odgórnie niszczyła szczególnie te słabsze jednostki, bardziej wrażliwe, kruche. 
Lecz nie tylko ogólnie panująca tam dyscyplina potrafiła zniszczyć niektórych. Fala, której może dzisiaj już nie ma w tak dużym stopniu, kiedyś była naprawdę straszna. Poniżała człowieka do granic możliwości. Ja rozumiem wszystko, lecz we wszystkim powinien być jakiś umiar, wypośrodkowania. Można trzymać dyscyplinę, można jakimiś rytuałami fali utemperować nowo przybyłych kadetów, uczniów pierwszej klasy. W tym wszystkim trzeba znaleźć miejsce na szacunek, by mieć na uwadze poczucie godności człowieka.
Jeśli taka granica zostanie tak brutalnie przekroczona, to popieram działania, by coś takiego ujrzało światło dnia. Mnóstwo osób się nie zgodzi, ale moim zdaniem ujawnianie faktów, które mogą uratować komuś życie lub przyszłość nie jest w żadnym stopniu donoszeniem. 
Nikt nie lubi „podsrywania” czy „konfidentów”, ale różnica pomiędzy podsrywaniem, a ukazywaniem prawdy, by komuś pomóc, by skończyło się czyjeś cierpienie jest ogromna. To nie podlega żadnej dyskusji. 

Po „Dyskretnym bohaterze”, pierwszej książce Vargasa, którą miałem okazję przeczytać, ten niezwykle barwny pisarz ponownie mi zaimponował. Bowiem musi być człowiekiem odważnym, bo przede wszystkim odwaga może uczynić z człowieka postać wielką, która w umysłach wielu cieszy się ogromny uznaniem...!!!

Myślę, że każdy z tą książką powinien się zmierzyć, bez względu na wrażenia i emocje jakie w nim wywoła...!!!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Charlotte Link - " Obserwator "

wtorek, 01 grudnia 2015 19:26

 

Samson obserwuje życie zupełnie sobie obcych kobiet. Identyfikuje się z nimi i chce wiedzieć o nich wszystko. Może dlatego, że jego własne życie składało się dotychczas tylko z niepowodzeń i odrzucenia? Wie też doskonale, co dzieje się u jego sąsiadów, w dodatku sporządza dokładne notatki na ten temat. Samson to singiel, samotnik i dziwak – bezrobotny i nieszczęśliwy. Szary, zwykły człowiek, który nie rzuca się w oczy. Nawet po rozmowie z nim trudno go zapamiętać. Z dala, ale pełen oddania, kocha piękną Gillian Ward. Potajemnie bierze udział w jej perfekcyjnym życiu. A jej życie to przystojny mąż, urocza córeczka, dobrze prosperująca firma. Przynajmniej pozornie, bo Samson nagle odkrywa, że to tylko fasada. Że w życiu tej kobiety nic nie jest takie, jak mu się wydawało. W tym samym czasie seria okrutnych morderstw wstrząsa Londynem. Ofiary to samotne, starsze kobiety. Zamordowane w okrutny, wyjątkowo brutalny sposób. Policja szuka psychopaty. Mężczyzny, który nienawidzi kobiet.

 

Obserwator_Link-Charlotte,images_big,23,978-83-7508-544-0.jpg

 

 

denudatio_pulpae

 

Bardzo miła odmiana od czytanych przeze mnie ostatnio kryminałów i thrillerów, w których na pierwszy plan najczęściej wysuwają się detektywi i prowadzone przez nich śledztwo. Tutaj autorka najwięcej uwagi poświęca przedstawieniu postaci, ich życiu prywatnemu, stosunkom międzyludzkim i problemom z jakimi muszą się borykać. Porusza wiele bardzo trudnych tematów takich jak życie w samotności, izolacja od społeczeństwa, molestowanie seksualne oraz obojętność innych ludzi na krzywdę innych. 

Portrety psychologiczne bohaterów są bardzo dobrze nakreślone, dzięki temu szybko wciągnęłam się w akcję i nie mogłam się oderwać od czytania (do tego stopnia, że pierwszą część książki przeczytałam na raz :)). Rozwiązania nie domyśliłam się zanim nie było już dosadnie zasugerowane kto jest winien morderstw, a nawet po tym akcja dalej trzymała w napięciu. 
Wielkim plusem dla mnie jest oczywiście osadzenie całej historii w okresie śnieżnej, mroźniej zimy. Uwielbiam po prostu takie tło dla akcji, a dodatkowo opisy autorki bardzo działały na moją wyobraźnię. 

Długo zwlekałam z przeczytaniem tej książki (czekając chyba właśnie na nadejście zimy, wydawała mi się idealną porą na jej lekturę), ale za to trafiła ona idealnie w moje upodobania i dodaję ją do ulubionych :)

 

Perzka

Sięgając po książkę Charlotte Link wiedziałam,że nie będę zawiedziona.Jak zwykle powieść napisana przejrzyście,z dużą dozą napięcia,które stopniowo wzrasta i powoduje,że nie można przestać jej czytać.

Główny bohater Samson,singiel,dziwak,samotnik,bezrobotny,
nieszczęśliwy,w życiu codziennym zajmuje się obserwowaniem kobiet z sąsiedztwa.Sporządza na ten temat notatki,które zapisuje w komputerze.Jako zwykły,niczym nie wyróżniający się mężczyzna "obserwator"platonicznie zakochuje się w sąsiadce Gillian Ward.Zaczyna ja częściej śledzić,podglądać i odkrywa,że jej pozornie piękne,poukładane życie (mąż,córeczka,firma)to tylko zewnętrzny obrazek.W rzeczywistości ta rodzina ma ogromne problemy.

W tym czasie w Londynie dochodzi do okrutnych morderstw.Ofiary to samotne,starsze kobiety.Kto je zamordował?Czy Samson jest zaplątany w te morderstwa?

Gorąco zachęcam do przeczytania tej pozycji,ale także innych powieści Charlotte Link.Naprawdę czyta się je jednym tchem.Są znakomite!!!

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wiesław Myśliwski - " Traktat o łuskaniu fasoli "

czwartek, 05 listopada 2015 16:35

 

 

Narrator w monologu skierowanym do tajemniczego przybysza dokonuje bilansu całego życia. W jakim stopniu sam wpłynął na swój los, a jak bardzo ukształtowały go traumatyczne doznania z dzieciństwa i zakręty polskiej historii? Powieść Myśliwskiego to swoista medytacja nad rolą przeznaczenia i przypadku w ludzkim życiu. Piękna, mądra książka, do której chce się powracać. "Traktat o łuskaniu fasoli" wzbudził szerokie zainteresowanie jeszcze przez premierą. 

 

traktat o łuskaniu fasoli 239243-352x500.jpg

 

 

Marta

 

„Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego, za który pisarz zdobył wiele prestiżowych nagród, w tym Nagrodę Nike, leżał na mojej półce jakieś dwa lata. Co jakiś czas zerkałam na książkę, chciałam zabrać się za czytanie, ale w ostateczności odkładałam tom. W końcu postanowiłam, że muszę poznać tę powieść, otworzyłam tom na pierwszej stronie i przepadłam… Na takie opowieści czekam latami, co ciekawe, zawsze przychodzą do mnie dokładnie wtedy, kiedy ich potrzebuję. 
Bohater powieści opowiada historię swojego życia tajemniczemu przybyszowi, który chce kupić od niego fasolę. Wspomina wiejskie i sielskie dzieciństwo, okrutne czasy wojny, okres młodości i wielkich marzeń o własnym saksofonie, lata emigracji, a w końcu moment powrotu do ojczyzny. W swoim monologu narrator nie trzyma się sztywno chronologii, często zdarzają mu się dygresje, urwane wątki, niedopowiedziane historie. 

„Świat jest tym, co opowiedziane. Dlatego coraz ciężej żyć. I może tylko sny stanowią o nas. Może jeszcze tylko sny są nasze?”

Kim jest mężczyzna odwiedzający bohatera? Można tylko przypuszczać, że bezimiennym gościem jest śmierć we własnej osobie. Mówi się, że w krańcowych momentach człowiekowi całe życie przelatuje przed oczami. Tak jest właśnie u Myśliwskiego. Bohater wspomina swoje dzieje, a wszystko zaczyna się i kończy tytułowym łuskaniem fasoli. Czemu łuskanie fasoli? Nie wiem, ale wydaje mi się, że ta prosta czynność jest dla narratora symbolem dzieciństwa. To zwykłe zajęcie integrowało całą rodzinę, gromadziło w kręgu, na długie godziny zajmowało ich wspólny czas, dawało pretekst do bliskości i niekończących się rozmów. Wszystko było łatwe, beztroskie i stryj Jan jeszcze wtedy żył. Może już nigdy później nie jesteśmy tak szczęśliwi jak w dzieciństwie, a dorosłe łuskanie fasoli jest tylko zaklinaniem przeszłości? Próbą ocalenia tamtego świata, który przeminął i nigdy nie wróci? 
Bohater wspomina, że będąc dzieckiem nie lubił łuskania fasoli. Ja uwielbiałam! Mogłabym tak łuskać godzinami. A może tylko pamięć mnie oszukuje? Tak jak w przypadku łuskania kukurydzy. Wiem, że tego nie znosiłam. A jednak dzisiaj wydaje mi się, że nie było fajniejszego zajęcia. Oddałabym wszystko za jedno zimowe popołudnie, kiedy wszyscy razem siedzieliśmy wokół wielkiej miski, uzbrojeni w te same łyżki, którymi kilka godzin wcześniej jedliśmy ulubiony przez dziadka rosół z ziemniakami. Bo kukurydzę łuskało się łyżkami. Było to nudne, żmudne i męczące zajęcie. A jednak łzy stają w oczach na samo wspomnienie…

Cała powieść składa się z genialnych mini obrazków, które nie mieszczą się w żadnej skali ocen, które nawet wyrwane z kontekstu zachwycają.
„- No, majster. Jak majster myśli, jest, czy go nie ma?
- Kto? – odezwał się wreszcie.
- Bóg.
Nie od razu odpowiedział, dopiero gdy zgasił papierosa:
- Po co mnie pytasz? Po co ich pytasz? Nie przegłosujesz. Siebie spytaj. Ja mogę ci tyle powiedzieć, że tam gdzie byłem, go nie było.”
Nadal nie nie daje mi spokoju myśl, gdzie mógł byś majster, że Boga tam nie było.

Wiesław Myśliwski unika górnolotnych słów, nadmuchanych określeń, wzniosłych zdań i wydumanych opowieści. Jest tylko prostota i prawda, mądre i życiowe historie, napisane w sposób zwyczajnie piękny i wzruszający. Opowieść o śwince Zuzi doprowadziła mnie do łez. Najpierw rozbawienie, a później smutku. Bo „Traktat o łuskaniu fasoli” jest powieścią dotykającą wszystkich emocji czytelnika. Wydaje mi się, że jest to jedna z niewielu powieści, którą każdy odczyta inaczej, bo przez pryzmat własnych doświadczeń. Nie da się jej zinterpretować i zamknąć w jednej, słusznej wersji, tak jak nie da się jednoznacznie określać poezji. 
„Traktat o łuskaniu fasoli” to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, opowieść o dorastaniu i kształtowaniu własnej osobowości, jaką kiedykolwiek czytałam. Nie będzie ani krzty przesady jeśli stwierdzę, że powieść Myśliwskiego stała się jedną z kilku książek mojego życia. Czy ktoś dzisiaj potrafi jeszcze tak pisać? Może Stasiuk, choć jego książki są zupełnie inne, ale w nich również można odnaleźć ten dystans do siebie i czułość do świata. Polecam z całego serca!

„Może zdziwię pana, ale czasem, choć na chwilę, chciałbym być psem. Nie na zawsze, na chwilę. Może bym się wtedy dowiedział czy, dajmy na to, śnię się im. Każdy chciałby wiedzieć, jak się komuś śni. Pan nie? Chciałby pan, chciałby. A skąd pan wie, że nikomu się nie śni? Może tylko nikt dotąd panu tego nie powiedział. Ja chciałbym jeszcze tylko wiedzieć, jak się śnię tym moim psom.”

 

czytający

 

Sam nie wiem czy to nie był przypadkiem jedynie sen. Może w tym śnie mogłem przysłuchiwać się rozmowie podczas łuskania fasoli. I nie tylko rozmowie. Wydaje mi się, że usłyszałem też dźwięk saksofonu. Grał pieśń o przemijaniu, pomagał mi w tej wędrówce po ludzkich charakterach. 

Mógłbym z zachwytem opisywać tę powieść Wiesława Myśliwskiego do końca swojego życia. O ile tylko moja pamięć będzie trzymała w sobie to wspaniałe uczucie, kiedy się przeczyta dobrą książkę. Bo według pisarza nasza pamięć jest za krótka w stosunku do całego istnienia. Jego zdaniem z pewnością zanim mój czas przeminie to i zdążą wyblaknąć wspomnienia o przeczytanej kiedyś lekturze. Ale nie trzeba się tym martwić. I tak życiem rządzą przeznaczenie oraz przypadek, które potrafią się dobrze uzupełniać. 

Akcja powieści meandruje jak dzika rzeka. Często wpada w jakieś zakole, za chwilę wyskakuje z niego i płynie innym rytmem. Z bohaterem "Traktatu o łuskaniu fasoli" możemy przeżyć jego przedwojenne dzieciństwo, okres młodzieńczego buntu podczas pracy przy tworzeniu nowego socjalistycznego świata, ale również zastanowić się nad miarą miłości. Bo czyż miłością nie nazwiemy stanu duszy, kiedy chcemy za kogoś umrzeć, aby ten nie musiał przez to nigdy sam przechodzić? Zgadzam się z Wiesławem Myśliwskim, że książki są jedynym ratunkiem, żeby człowiek nie zapomniał, że jest człowiekiem. Czytając je, sami wybieramy sobie świat który chcemy poznać. Wtedy to nie świat wybiera nas. 

Kiedy zagłębiałem się w kolejne akapity, przypomniały mi się najlepsze lata życia spędzonego na wsi podczas wakacji. Niestety wiejskie życie naszego bohatera, zostało brutalnie przerwane przez wojnę. Mimo że wyszedł z niej poobijany emocjonalnie, to jednak jak mi się wydaje nie żałował że przeżył taki szmat czasu. Można by powiedzieć, że zaznał wielu stanów życia a każdy z tych stanów dał mu wiele doświadczeń. A każdy czytelnik jak już raz zagłębi się w "Traktat o łuskaniu fasoli" może samodzielnie jak po nitce zaglądać do każdego z doświadczeń osoby, która twierdzi że Bóg jest muzyką. Zresztą według autora ten Bóg zbyt łatwo potrafi wybaczać, w przeciwieństwie do ludzi którzy długo noszą swoje urazy.

W trakcie czytania naszła mnie refleksja, że może nie powinniśmy nad sobą za wiele rozmyślać. Może dopiero po śmierci, najlepiej będzie wyobrazić sobie całe swoje przeszłe życie i poczuć ostateczną ciszę. Nasz byt równie dobrze może być tylko snem a to nasza pamięć sobie nas wyobraża. W powieści Wiesława Myśliwskiego jest wiele takich przykładów, o których warto powiedzieć że czynią ten traktat filozoficznym. Ale to wspaniała filozofia, taka z życia wzięta. To magia snów o życiu. 

Zdecydowanie polecam tę książkę wszystkim tym, którzy nie boją się czytać nieco trudniejszą literaturę. Tym wszystkim, którzy podczas czytania chcą zadać samemu sobie pytanie o sens własnego istnienia. I nie boją się po takim pytaniu odpowiedzi na nie, nawet gdyby była najgorszą prawdą.


Podziel się
oceń
0
19

komentarze (11) | dodaj komentarz

Éric-Emmanuel Schmitt - " Oskar i pani Róża "

czwartek, 29 października 2015 10:50

 

 

Szanowny Panie Boże, Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu. Uprzedzam Cię od razu: nienawidzę pisać. Muszę mieć naprawdę jakiś ważny powód. Bo pisanie to bzdura, odchyłka, bezsens, jajo. To lipa. W sam raz dla dorosłych. Mam to udowodnić? Proszę, weź choćby początek mojego listu: „Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu”. No więc równie dobrze mógłbym napisać: „Nazywają mnie Jajogłowym, wyglądam na siedem lat, mieszkam w szpitalu z powodu mojego raka i nigdy się do Ciebie nie odzywałem, bo nawet nie wierzę, że istniejesz”. Tylko że jeśli tak napiszę, to dupa blada, w ogóle się mną nie zainteresujesz. A ja chcę, żebyś się zainteresował..." 

 

oskar i pani róza 352x500.jpg

 

 

Monika Długa

 

 

Kto nie zna lub kto nigdy nie słyszał o książce „Oskar i pani Róża” Schmitta niech dziarsko podniesie rękę do góry. Niewiele jest takich osób, prawda?! Powieść (ja jednak użyłabym słowa opowiadanie – książeczka ta bowiem niewielka – raptem 70 stron) francuskiego autora to jeden z najbardziej rozpoznawalnych i najczęściej wydawanych tytułów na kontynencie europejskim. Tekst przeniesiony na deski teatru, zekranizowany, z roku na rok cieszy się niesłabnąca popularnością nawet wśród odbiorców tzw. „nie-czytających”, których trudno skłonić do systematycznej lektury. W czym zatem tkwi fenomen Schmitta? W prostocie przekazu i języka? W tematyce opowieści? Może jedno i drugie? Jedno jest pewne – autor „Małych zbrodni małżeńskich” spędza sen z powiek niejednemu literackiemu twórcy, który podczas bezsennych nocy nerwowo przewraca się z boku na bok próbując wykombinować, jak osiągnąć taką sprzedaż jak francuski autor!

 

„Oskar i pani Róża” to opowieść o śmierci. Tej najtrudniejszej, niewytłumaczalnej, czyli dotyczącej dziecka. Główny bohater opowieści – 10 letni Oskar umiera na białaczkę. Wszelkie próby uratowania dziecka nie powiodły się. Lekarz bezradnie rozkłada ręce. Rodzice chłopca nie potrafią nawiązać z Oskarem kontaktu, oswoić się z nieuniknionym. Wtedy na drodze dziecka staje tajemnicza ciocia Róża. Była zapaśniczka, która przekonuje chłopca, że być może warto nawiązać korespondencyjny kontakt z Bogiem. Opisywać w liście każdy dzień, a każdy dzień w oskarowym kalendarzu ma szczególną wartość, bowiem zawiera w sobie metaforyczne 10 lat z życia chłopca. Niezwykły pomysł niezastąpionej cioci Róży umożliwi dziecku, ale także jego rodzicom pogodzenie się z nieuniknionym i w konsekwencji oswojenie śmierci.

 

Opowieść Schmitta to przykład dobrej i nietuzinkowej prozy. Narracji leciutko trącającej „zdrowym” sentymentalizmem stanowiącej świadectwo tekstu nie banalnego, który zmusza potencjalnego czytelnika do chwili każdemu tak potrzebnej refleksji. Autor, który w tym wyjątkowym wydawnictwie jest u szczytu swoich literackich możliwości (zresztą w przedmowie do polskiej publikacji podkreśla wagę i znaczenie tego tekstu dla swojej literackiej kariery) w tym krótkiej, aczkolwiek szalenie istotnej książeczce stawia na wartości podstawowe. Odwołanie się do nich w momencie ostatecznym stanowi, według pisarza, jedyne możliwe rozwiązanie.

 

„Oskar i pani Róża” to literatura z gatunku „pocieszającej”, niosąca nadzieje i wiarę. Gdzie pojęcia takie jak bliskość, miłość, radość jeszcze się nie zdewaluowały. Takich opowieści w dzisiejszym świecie, zdominowanym przez wizje Houellebecq’a, już się nie spotyka. To stanowi przyczynę sukcesu autora. I jak się okazuje (na szczęście!) - taka proza nadal się świetnie sprzedaje.

 

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=xsdeFv0Tj_w

 

Agnieszka

 

Drodzy czytelnicy książka "Oskar i Pani Róża"to swoisty majstersztyk literacki.Arcydzieło literatury.Czytałam ją już wielokrotnie, a mimo to za każdym razem odkrywam w niej nowe wartości.
Jest to piękny zapis niezwykłej przyjaźni śmiertelnie chorego chłopca-tytułowego Oskara i Pani Róży- byłej zapaśniczki.Chłopcu zostało tylko,a może aż 12 dni życia w czasie których dzięki nietuzinkowej, wspaniałej cioci Róży dziecko przeżywa wszystkie etapy ziemskiego bytu; od dzieciństwa poprzez okres dojrzewania,aż do starości i śmierci. Jak to się dzieje? Tego już musicie dowiedzieć się sami...

Chylę czoła przed autorem.Podziwiam go za odwagę by poruszyć temat,który w naszym społeczeństwie jest pomijany, przemilczany. Temat, od którego się ucieka, a mianowicie kwestię życia i śmierci widzianą oczami dziecka. Éric-Emmanuel Schmitt krzyżując losy Oskara i Róży w wyjątkowy sposób uświadamia nam jak jeden przypadkowo spotkany człowiek może odmienić nasze życie. Więzi, które zrodziły się między tą dwójką sprawiły,że oboje stali się zupełnie innymi ludźmi. Zarówno chłopiec jak i kobieta odkryli nowe oblicze życia. Łączące ich relacje stanowią przykład swego rodzaju symbiozy w przyjaźni.Ciocia Róża jest bezcennym darem dla Oskara. Jest jego przewodnikiem po trudnym świecie dorosłości ale również i on swoją obecnością w życiu opiekunki wnosi w nie bardzo wiele, czego potwierdzeniem są słowa, które kobieta pisze w ostatnim liście do Boga 
* " Dziękuję Ci,że dałeś mi poznać Oskara. Dzięki niemu byłam zabawna, wymyślałam legendy, znałam się nawet na zapasach.Dzięki niemu śmiałam się i przeżywałam radości.Bardzo mi pomógł w Ciebie wierzyć.Jestem przepełniona miłością, czuję jak mnie pali, dał mi jej tyle,że starczy na wszystkie następne lata."
Poza wsparciem, miłością, zrozumieniem Pani Róża ofiarowuje chłopcu bezcenny dar. Dar wiary w Boga. I oto dzieje się rzecz niesamowita. Na naszych oczach dziecko, wychowywane w niewierzącej rodzinie, które nigdy wcześniej nie słyszał o Bogu zaczyna wierzyć. Na swój dziecięco-dorosły sposób poznaje Boga. Co więcej Bóg staje się jego przyjacielem do którego pisze listy jak do swojego starego kumpla.

Jest to książka,którą bezwarunkowo trzeba przeczytać. Ja osobiście sięgam po nią w chwilach smutku czy zwątpienia,gdyż paradoksalnie mimo trudnego tematu w niej podjętego jej lektura za każdym razem pozwala mi na nowo docenić wartość swojego życia i przypomina by cieszyć się każdą jego chwilą, gdyż jest ono kruche i dane nam tylko na jakiś czas, o czym często w ferworze codzienności zdajemy się zapominać; bądź tez nie chcemy pamiętać wmawiając sobie,że śmierć dotyczy wszystkich wkoło ale nie nas samych.

Dzieło jak najbardziej polecam.Ostrzegam jednocześnie,że nie obejdzie się bez mnóstwa chusteczek, gdyż przy jego lekturze nie da się nie płakać.A kiedy skończycie czytać nic już nie będzie takie samo.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Jodi Picoult - " Przemiana "

poniedziałek, 26 października 2015 12:17

 

June Nealon była szczęśliwą żoną i matką, przed którą rozciągała się perspektywa wielu lat radosnego rodzinnego życia. W jednej chwili jej świat się zawalił, zamieniając życie w nieustanne oczekiwanie - na zabliźnienie ran, na dopełnienie sprawiedliwości, na cud. Shay Bourne ma wkrótce umrzeć. Nie znalazł nigdy swojego miejsca na ziemi, nie ma już nic do zaoferowania światu. W pewnym momencie staje przed szansą odkupienia swoich win i błędów. Aby tak się stało Claire Nealon, córka June, musi przyjąć od niego bardzo szczególny dar. Michael Wright zdecydował się poświęcić życie Bogu. Kiedy jednak osobiście poznaje Shaya Bourne'a, zostaje zmuszony do zakwestionowania założeń swojej religii, spojrzenia w innych kategoriach na pojęcie dobra i zła. I na samego siebie.

 

Przemiana 352x500.jpg

 

 

 Izabela Raducka 

 

Jodi Picoult to autorka, która fascynowała mnie właściwie od momentu, gdy pierwszy raz o niej usłyszałam. Było to przy okazji ukazania się pierwszego wydania książki „Bez mojej zgody”. Od tego czasu minęło kilka lat, co rusz ukazuje się jej nowa książka, a ja pozostawałam wciąż tylko przy czytaniu recenzji kolejnych powieści - nabyłam trzy z nich, nadal nie mogąc się zdecydować, od czego właściwie zacząć. Los zdecydował za mnie, gdy do kolejki jedna z koleżanek dodała najnowszą, „Przemianę”. Postanowiłam więc, że tak rozpocznie się moje spotkanie z pisarstwem Jodi. I z pewnością na tym się nie skończy.

Gdy Elizabeth Nealon miała dwa latka, straciła ojca w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę. Jej matka, June, związała się wkrótce po tym z policjantem, który wyciągnął je obie z rowu. Pięć lat później, gdy June zaszła ponownie w ciążę, potrzebny był remont mieszkania, ale, niestety, nie miał kto go dokończyć, gdyż majster zatrudniony przez Nealonów zmuszony był wyjechać. I wtedy, właściwie znikąd, w życiu June pojawił się cieśla. Już w tym miejscu pojawia się pierwsze pytanie: czy naprawdę powinniśmy wpuszczać do swego życia zupełnie obcych ludzi tylko dlatego, że wyglądają na miłych? Gdy po siedmiu miesiącach dochodzi do morderstwa, w którym giną Kurt i Elizabeth, June całkowicie zaczyna wątpić w ludzi. Dochodzi do rozprawy sądowej, w której po raz pierwszy od ponad sześćdziesięciu lat człowiek zostaje skazany na karę śmierci. Mija kolejne jedenaście lat, egzekucja nieubłagalnie się zbliża, a druga córka June na gwałt potrzebuje serca, które może jej dać właśnie Shay, jeśli tylko Maggie, jego adwokatka, zdoła przekonać sędziego, że każdy skazany ma prawo do wyboru rodzaju stracenia. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy w więzeniu dochodzi do serii cudów na miarę Jezusa: woda zamienia się w wino, ożywa zabity ptak, a sąsiadujący z Shayem więzień, Lucius, nagle zostaje cudownie uzdrowiony, po latach życia z AIDS. Przewodnikiem duchowym bohatera na ostatnim odcinku jego drogi zostaje Michael Wright, ksiądz, który jedenaście lat wcześniej, jako ówczesny student matematyki, wraz z jedenastoma innymi przysięgłymi skazał Shaya na śmierć. 

Picoult serwuje nam dużą dawkę emocji, zasypuje nas ważnymi pytaniami: ile warte jest życie ludzkie? Kto ma prawo decydowania o życiu i śmierci? Dlaczego niektóre czyny są gorsze od innych, kto może je hierarchizować i - właściwie - czy ktoś może w ogóle to czynić? Pisarka zmusza do chwili refleksji, zastanowienia się nad własnymi poglądami, być może nawet do ich zmiany. Pisze też dobrze, prosto i wciągająco - ciekawy jest zabieg polegający na tym, że narracja prowadzona jest w powieści przez różnych bohaterów, choć szkoda, że pominięto jednego z najważniejszych - Shaya. Czegoś mi jednak u Picoult zabrakło, coś było nie tak. A może winne temu były zbyt wielkie oczekiwania wobec powieści? Może to zmieniana często ( czasem zbyt często, zbyt szybko) narracja nie pochłonęła mnie nieodmiennie? Może zbyt wiele ważnych pytań postawionych naraz, za wiele poruszanych jednocześnie kwestii? Jednakże Jodi Picoult jest autorką, z którą na pewno warto się zapoznać lepiej. I życzę Państwu - oraz sobie - by każde spotkanie z jej twórczością było coraz lepsze.

 

Krzysiek 

 

Wybaczyć??

Jak wielkie słowo. Jak wielu z nas może identyfikować się z tą definicją? Do jak wielkiej granicy wybaczamy? Co jesteśmy w stanie wybaczyć, a czego nie...

Czy rodzic jest w stanie wybaczyć człowiekowi tak wielką krzywdę jaką jest śmierć dziecka? Mało, tego jeśli ponadto dowiaduje się, że wcześniej było ono molestowane. Czy jest w ogóle miejsce na to słowo? 
Czy można takiemu człowiekowi wybaczyć? Człowiekowi, który wcześniej dostał tak wielki kredyt zaufania w momencie, gdy stał się kimś bliskim, kimś kto nas nie zawiedzie. Na kim można polegać...
Jeśli tak wielki cios jest zadany, przez kogoś tak bliskiego to jest miejsce tylko na nienawiść, człowiek w zderzeniu z tak wielkim oburzeniem nie znajduje w sobie nic innego. Pragnie rozerwać kogoś takiego na strzępy.

Pytanie tylko, czy to co pozornie wydaje się prawdą, rzeczywiście nią jest...?? Czasami te pozory potrafią tak mocno namieszać...

Czy pokuta po takim czynie ma w ogóle racje bytu, czy ma sens...czy jest w stanie zmazać tak wielki ból i cierpienie? Nawet jeśli w imię tej pokuty poświęca się własne życie...

Pokuta, wybaczenie, wiara

Opowieść Jodie Picoult jest właśnie oparta na tych zagadnieniach

Te wszystkie pytania świadczą o tym jaką wartość ma ta książka. Wystarczy tylko po nią sięgnąć...
Gwarancja jakości. Po raz kolejny przekonałem się, że jej nazwisko wiąże się z piękną chwytającą za serce i emocje historią. To nie jest przypadkowa pisarka. Ma ogromny dorobek. Praktycznie każda jej powieść jest oceniana bardzo wysoko. Ale czemu tu się dziwić. To moja trzecia jej książka i po raz kolejny obezwładniła mnie. Lekkość, mądrość tych książek powala na kolana...mnie na pewno...tak pięknie opowiadać o tak ważnych rzeczach wziętych z życia to coś nie prawdopodobnego.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 727  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71727

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl