Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 338 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Noah Gordon - " Medicus "

czwartek, 29 sierpnia 2013 15:46

Anglia, XI wiek. Rob J. Cole, syn cieśli i hafciarki, po śmierci rodziców zostaje pomocnikiem wędrownego balwierza parającego się również leczeniem. Wykazuje nie tylko zapał do nauki, ale też ową szczególną wrażliwość, która pozwala "czytać" w chorym organizmie, dostrzegać w nim wolę walki lub chęć poddania się. Punktem zwrotnym w jego życiu staje się spotkanie z żydowskim lekarzem, którego kunszt odbiega od szalbierskich sztuczek średniowiecznych medyków. Odtąd każdym krokiem Roba kieruje jedno tylko pragnienie: dotrzeć do Isfahanu i zostać uczniem sławnego perskiego lekarza, Ibn Siny, w świecie zachodnim zwanego Awicenną

 

medicus.jpg

 

 

alison2

 

Prześladowania Żydów na przestrzeni wielu wieków to temat, który bez trudu można odnaleźć w wielu powieściach historycznych. Pozycją, która niewątpliwie wyróżnia się na tym tle oryginalnością ujęcia tematu jest książka Noah Gordona pt. "Medicus". Jej autor, sam pochodzenia żydowskiego, postanowił wykorzystać w niej swoją największą fascynację – medycynę. Co prawda nie dane mu było zostać lekarzem, jednak dzięki swojej wieloletniej pracy wolontariackiej na oddziale chirurgii w bostońskim szpitalu, mógł bez problemu pogłębiać wiedzę o interesujące go zagadnienia.

Akcja "Medicusa" rozpoczyna się w jedenastowiecznej Anglii. Rodzinę Cole spotyka ogromna tragedia – w krótkim odstępie czasu umiera zarówno matka jak i ojciec kilkorga małych dzieci. Jako, że rodzina nie ma w okolicy żadnych krewnych, rodzeństwo zostaje rozdzielone i każde dziecko trafia do innej rodziny, gotowej przyjąć je pod swój dach w zamian za pomoc w gospodarstwie. Jedynie dziewięcioletniego Roba nie chce nikt przyjąć. Młody chłopak jest jeszcze za mały na poważniejsze prace, za to apetytem bez problemu równa się dorosłemu mężczyźnie. Nikt w okolicy nie posiada wystarczających zapasów by pozwolić sobie na taki „zbytek”. Gdy wydaje się, że jedynym rozwiązaniem stanie się sprzedanie chłopaka do niewoli, niespodziewanie w okolicy pojawia się wędrowny balwierz, który zgadza się przygarnąć chłopca i przyuczyć go do swojego zawodu.
Rob okazuje się być bardzo pojętnym chłopcem. Szybko opanowuje tajniki fachu swojego nauczyciela, do tego uczy się żąglowania i magicznych sztuczek, dzięki którym prości ludzie aż lgną do ich wozu, by kupić ziołowe specyfiki na niemal każdą dolegliwość, czy też skorzystać z porady medycznej. Właśnie w trakcie jednej z takich porad balwierz odkrywa wyjątkowy dar swojego ucznia. Dar który niejednokrotnie pozwala im uniknąć zarzutów pałania się czarną magią...

Niestety przewrotny los sprawia, że chłopak po raz kolejny zostaje sam. Po śmierci swojego nauczyciela przejmuje cały jego dorobek i zapewne do końca życia wykonywałby ten sam zawód, gdyby nie spotkanie z żydowskim lekarzem, którego umiejętności w znacznym stopniu przekraczają to, czego kiedykolwiek był w stanie się nauczyć. Od tego momentu jego największym marzeniem staje się nauka w perskiej szkole dla lekarzy. Podejmując decyzję o jego zrealizowaniu, nie zdaje sobie jeszcze sprawy, jak wielkich poświęceń będzie ono wymagać...

Książka Gordona zaskoczyła mnie na wiele sposobów. Choć może sam tytuł w pewnym sensie na to wskazywał, nie spodziewałam się znaleźć w niej tak licznych i szczegółowych opisów średniowiecznych zabiegów medycznych. Rozległe opisy przeprowadzonych operacji są do tego stopnia obrazowe, że trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie my sami właśnie zostajemy przyuczani do nowego zawodu. Jeszcze większym zaskoczeniem był dla mnie fakt, iż pomimo że ta tematyka jest mi wyjątkowo odległa, całość stanowiła niezwykle pasjonującą lekturę, od której naprawdę trudno się oderwać. 

Oczywiście ciekawie opisana historia medycyny nie jest jedynym atutem tej powieści. Razem z głównym bohaterem dane nam będzie podróżować przez odległe, egzotyczne kraje, poznawać ich piękno jak i bogactwo kultury. Znajdziemy tutaj zarówno słonie jak i wielbłądy, w Persji zetkniemy się zarówno ze społecznością żydowską jak i muzułmańską a każda przygoda doprawiona będzie odpowiednią ilością egzotycznych przypraw. Autor serwuje nam doskonale wyważoną mieszankę różnorodnych doznań, które świetnie dopasowują się do osobistej historii młodego chłopca.

Sam główny bohater jest niewątpliwie postacią zasługującą na dużą uwagę. Na kolejnych stronach powieści podziwiamy jego determinację w chęci zostania doskonale wykwalifikowanym lekarzem, doskonale rozumiemy również jego rozterki i obawy.Mocno kibicujemy, by ten młody człowiek osiągnął swój cel, choć doskonale zdajemy sobie sprawę ile niebezpieczeństw czyha na jego drodze. To jeden z takich bohaterów, który praktycznie od pierwszej chwili wydaje się być wyjątkowo ludzki, prawdziwy i wzbudza ogromną sympatię.

Zaskakujące jest również, jak aktualne wydają się być opisane przez autora stosunki między chrześcijanami i Żydami. Zdając sobie sprawę, że dotyczą one średniowiecza, nietrudno dojść do wniosku, że stajemy w obliczu historii, z której nasze społeczeństwo do dziś nie wyciągnęło odpowiednich wniosków...

Ta licząca sobie blisko sześćset stron powieść kończy się na tyle zaskakująco, że szybko zapragniemy sięgnąć po jej kontynuację. Na nasze szczęście autor przewidział taką ewentualność i napisał jeszcze dwie książki w tej serii.

O ile w innych krajach Europy bez problemu zakupimy całą trylogię Gordona, o tyle polskie wydanie można obecnie co najwyżej odnaleźć na internetowych aukcjach. Pozostaje mieć nadzieję, że wydawnictwo zdecyduje się na jej wznowienie, ponieważ niewątpliwie należy do klasyki swojego gatunku, którą gorąco polecam wszystkim fanom dobrej książki.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Maja Łozińska, Jan Łoziński - " W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne "

niedziela, 25 sierpnia 2013 16:57

W przedwojennej Polsce to swoisty reportaż z przeszłości, w którym wspomnienia, anegdoty i literackie relacje układają się w opowieść o szczególnym okresie historii polskiego społeczeństwa, jakim było dwudziestolecie międzywojenne.
Radość z odzyskanej niepodległości, szybkie zmiany cywilizacyjne i obyczajowe, bujne życie towarzyskie, sukcesy i porażki w drodze do nowoczesnej Europy, tworzyły niezwykłą atmosferę tamtych lat, która ciągle nas zachwyca. 

Maja i Jan Łozińscy od wielu lat zajmują się historią polskiej obyczajowości w XIX wieku i okresie międzywojennym. Materiały do swoich opowieści znajdują w pamiętnikach, wspomnieniach, relacjach, oraz w ówczesnej prasie i literaturze pięknej. W swoich książkach autorzy zawsze snują fascynującą opowieść zilustrowaną licznymi, zwykle niepublikowanymi wcześniej, archiwalnymi fotografiami.
Najnowsze publikacje ich autorstwa to W ziemiańskim dworze oraz Narty-Dancing-Brydż.

 

w przedwojennej Polsce 352x500.jpg

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=6ARKsZfxnNo

 

Paula

 

Na tylnej okładce książki znajdują się słowa określające ją jako "swoisty reportaż z przeszłości" i ja ten termin przyjmuję na swoje potrzeby. Dodałabym do niego jeszcze słowo 'album', bo ta książka to nie tylko słowa opisujące Polskę sprzed 80 czy 90 lat, to również niezliczona ilość rzadkich i niesamowicie ciekawych zdjęć. 

Książka "W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne" została podzielona na osiem głównych rozdziałów. Każdy z nich opisuje inną dziedzinę życia. Takim to sposobem rozdział Początki to relacja z tego, jaka była Polska zaraz po zakończeniu I Wojny Światowej, jak wyglądały jej pierwsze kroki ku całkowitej odbudowie jedności narodowej i polskości, ale również ku wyrównaniu stopnia rozwoju i stopy życia ludności w trzech różnych częściach kraju, który wcześniej istniał podzielony pomiędzy trzech zaborców.
Kolejny rozdział Pejzaże miast skupia się na rozwoju głównych miast kraju takich jak: Warszawa, Kraków, Poznań, Lwów, Wilno czy Gdynia. 
Na wsi, we dworze, w pałacu to rozdział w którym autorzy opisują życie ludności wiejskiej, ziemiańskiej czy szlachty. To opisy polowań, spotkań towarzyskich, przyjęć i życia codziennego ludzi żyjących poza miastami. Osobiście z zaskoczeniem i przyjemnością wyczytałam w nim niemałą wzmiankę o pałacu Potockich w Łańcucie pod Rzeszowem. W Łańcucie byłam kilka razy, ale jakoś nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że jak czytamy w książce Łozińskich, był on najwspanialszym z polskich domów "(...) który w okazałości i bogactwie pałacowych wnętrz nie miał sobie równych w tej części Europy". To właśnie Łańcut był miejscem do którego zabierano wszystkich najważniejszych gości, którzy przyjeżdżali z wizytą do Polski!
Jeden z rozdziałów, który sobie szczególnie upodobałam to Czas zabaw i bankietów. Która kobieta nie lubi bowiem czytać o wielkich balach, bankietach czy galach organizowanych z przeróżnych okazji (Bale sylwestrowe, gałganiarzy, dziennikarzy, prasy)? Czytamy tu między innymi o cieszących się wtedy największą sławą i prestiżem hotelach i restauracjach, o ich niecodziennych gościach tj. Julian Tuwim, Jan Lechoń, Antoni Słonimski, Zula Pogorzelska czy Nina Andrycz oraz o atmosferze, która na tego typu spotkaniach panowała. W kinie, w kabarecie to kolejny rozdział, który zarówno swoim tekstem jak i zdjęciami cieszył moje oczy. Rozwój polskiej kinematografii i kabaretu został w nim opisany w bardzo ciekawy sposób od samych jego początków do momentu wybuchu II Wojny Światowej. Pierwsze filmy, pierwsze kina, pierwsze kabarety, pierwsze sztuki radiowe, pierwszy dźwięk na ekranie. Czyż nie wydaje Wam się, że pod tym względem musiały to być bardzo podniecające czasy?:) 
Kolejne rozdziały W podróży oraz Automobiliści, lotnicy i inni to opisy podróży jakie Polacy odbywali, ich wypoczynkowych miejsc docelowych, sposobów podróżowania oraz historia rozwoju polskiej produkcji samochodowej, polskich rajdów samochodowych, lotnictwa oraz sportu. Ostatni rozdział zatytułowany Ostatnie lata skupia się natomiast na życiu Polaków na niedługo przed wybuchem wojny, to swego rodzaju podsumowanie tego co przez te 20 lat wolności udało się Polakom osiągnąć, to plany, które nie zostały zrealizowane...

Bardzo cenię sobie tą książkę. Wiele mi ona wyjaśniła, na wiele rzeczy otwarła oczy. Pomimo, ze zachwiała w jakiś sposób moją idylliczną wizję Polski przedwojennej, cieszę się z tego powodu. Polska lat 20'stych i 30'stych to bowiem nie tylko rozwój i pęd ku lepszemu po odzyskanej niepodległości. To również ubóstwo, nierówność klasowa i regionalna, zacofanie i analfabetyzm. To niespełnione nadzieje na to, by być krajem stojącym na równi z innymi krajami Europy. To przede wszystkim nasza historia i warto być z niej dumnym:)

 

Album "W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne"


 

Legendarne kabarety i kolej, która zapewniała podróż z Warszawy do Łodzi w półtorej godziny, a także bieda i zacofanie - taki obraz XX-lecia międzywojennego wyłania się z lektury albumu "W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne". Książka właśnie trafiła do księgarń.

 

Publikacja - jak piszą autorzy Maja i Jan Łozińscy - to swoisty reportaż z przeszłości, w którym wspomnienia, relacje literackie i anegdoty układają się w opowieść o szczególnym okresie historii polskiego społeczeństwa, jakim było dwudziestolecie międzywojenne. Radość z odzyskanej niepodległości, szybkie zmianycywilizacyjnei obyczajowe, bujne życie towarzyskie, sukcesy - ale i porażki - w drodze do nowoczesnej Europy, tworzyły fascynującą atmosferę tamtych, jakże trudnych w ocenie lat.

Łozińscy przypominają, że młode państwo niemal od podstaw musiało odbudować przemysł, rolnictwo, transport, stworzyć własny skarb, walutę, administrację państwową, armię, określić ustrój i politykę zagraniczną, ułożyć stosunki z mniejszościami narodowymi zamieszkującymi jego obszar, wreszcie scalić w jeden organizm ziemie byłych zaborów. Choć życie nabierało cech normalności, w 1918 r. powtarzano gorzki żart pewnego polskiego arystokraty: "Dałbym połowę tego, co posiadam, żeby tylko Polska odzyskała wolność. Za drugą połową zaraz bym wyemigrował..."

Trudności tego pionierskiego okresu zatarły się we wspomnieniach, a lata międzywojenne jawią się teraz głównie jako czas udanej reformy walutowej, budowy COP i urozmaiconego życia towarzyskiego, którego filarami stały się rewie, kabarety i młode jeszcze kino. W Polsce w 1921 r. miłośnicy filmu mieli już do dyspozycji co najmniej 400 kin. W Warszawie końca lat 30. przez ponad 60 sal kinowych codziennie przewijało się średnio 32 tys. widzów.

 
 

Nie mniejszym zainteresowaniem cieszył się kabaret, a pierwszą rewię - "Wiwat wolność" - warszawska publiczność oglądała już 11 listopada 1918 r. Rok później powstał najbardziej znany kabaret dwudziestolecia Qui Pro Quo, do którego teksty piosenek, skecze, monologi i niezapomniane szmoncesy pisali m.in. Marian Hemar, Konrad Tom, Julian Tuwim. W kabarecie karierę zaczynali Zula Pogorzelska, Hanka Ordonówna, Mira Ziemińska, Adolf Dymsza, Eugeniusz Bodo, Kazimierz Krukowski. Repertuar rewii i kabaretów określała ich walka o przetrwanie: musiały płacić 50-proc. podatki.

Dość elitarną rozrywką pozostawał teatr. W 1929 r. teatry odnotowały zaledwie 200 tys. widzów, a tylko nieliczne sztuki utrzymywały się na afiszu dłużej niż przez 30 wieczorów. Na taki sukces mogły liczyć przede wszystkim komedie.

Wyraźny postęp zanotowała II Rzeczpospolita pod względem rozwoju transportu. W jej pierwszych latach tabor polskich kolei stanowił istną zbieraninę. Brakowało wszystkiego, w codziennej eksploatacji uciekano się nawet do opalania parowozów drewnem oraz torfem. Nic dziwnego, że podróż z Warszawy do Wilna trwała kilkanaście godzin. Jednak już przed II wojną sytuacja zmieniła się - przynajmniej na głównych szlakach - diametralnie. "Gwiazda północy" - pociąg pospieszny kursujący między Warszawą a Zemgale na granicy łotewskiej - odcinek Warszawa-Wilno (423 km) pokonywał w 5 godzin i 25 minut. Z Warszawy do Gdyni najchętniej jeżdżono "Strzałą Bałtyku" - podróż trwała 6 godzin i 35 minut. Licencyjna lux-torpeda mogła rozwijać nawet 120 km/godz. "Leci jak strzała i w półtorej godziny jesteśmy w Łodzi" - notowała w "Dziennikach" Maria Dąbrowska.

Podróżowanie automobilem jeszcze długo po odzyskaniu niepodległości należało do rzadkości. W 1924 r. w całej Polsce doliczono się zaledwie 7,5 tys. pojazdów samochodowych. "W Kongresówce drogi bite były nieliczne, a na Kresach praktycznie nie istniały. W Galicji, tak jak i w całej dawnej monarchii habsburskiej, przez pewien czas obowiązywał jeszcze ruch lewostronny, choć można się domyślać, że przy tak znikomej liczbie aut nie przysparzał większych problemów zmotoryzowanym przybyszom z innych dzielnic" - piszą autorzy.

Motocykle, tak popularne w końcu lat 30., zaraz po I wojnie można było policzyć na palcach. Obowiązywała już rejestracja maszyn i specjalne prawo jazdy, ale egzamin nie był specjalnie trudny: "Wystarczyło kilkakrotnie objechać latarnię przy ulicy Daniłowiczowskiej, ostrzegając przechodniów głośnym trąbieniem, oraz przedstawić komisji świadectwo zdrowia i moralności. Egzaminator z wydziału Ruchu Kołowego ponoć straszliwie bał się motocykli i wydawał opinię obserwując przejazd z okna urzędu".

Intensywny ruch uliczny wyróżniał Warszawę pod koniec lat trzydziestych. Latem na ulice wyjeżdżały kabriolety, które poruszały się na dwóch trasach: Alejami Ujazdowskimi, Belwederską i Sobieskiego do Wilanowa oraz Wałem Miedzeszyńskim do Otwocka. Najwięcej było rowerów - na nowo budowanych arteriach już wtedy wytyczano pierwsze ścieżki, a na parkingach montowano specjalne stojaki.

Oczywistesukcesymłodego państwa nie przysłoniły problemów, z którymi nie uporało się ono do końca swego istnienia. Należała do nich m.in. sytuacja ludności wiejskiej stanowiącej ponad dwie trzecie obywateli. "Jedynie Wielkopolska i Pomorze, jeszcze nie tak dawno spichlerz państwa pruskiego, nie znały poważniejszych problemów aprowizacyjnych. Na przeciwnym biegunie znajdowała się uboga, przeludniona wieś galicyjska, gdzie tysiące karłowatych gospodarstw o powierzchni mniejszej niż dwa hektary nie mogło zapewnić nawet minimum egzystencji chłopom. Niewiele lepiej żyła wieś w Królestwie Kongresowym" - przypominają Łozińscy.

To ubóstwo powodowało cywilizacyjną zapaść wsi. Autorzy podają, że zasięg terytorium, po jakim poruszała się większość ludności wiejskiej, wyznaczały miejsca cotygodniowych targów i świątecznych jarmarków, oddalone od wsi nie więcej niż 15-20 kilometrów. "Chłop poza najbliższą okolicę nie wychodził i dziwił się wszystkiemu, czego we wsi rodzinnej nie widział" - pisał Jan Bystroń.

Na wsi polskiej brakowało pieniędzy, co wynikało z niezwykle niskich cen żywności w międzywojennej Polsce. "Chłop sprzedawał swe produkty właściwie za bezcen - opowiadał o życiu na Wileńszczyźnie Tadeusz Konwicki. - Na przykład na pomidory nie było detalicznej ceny. Kto chciał kilogram pomidorów, mógł je po prostu wziąć".

Wątła siła nabywcza chudego, chłopskiego portfela była typowa nie tylko dla ubogich, ale i średniozamożnych rejonów rolniczych i utrudniała korzystanie w pełni z dobrodziejstw demokratyzującego się państwa i poprawę warunków życia.

Książka ilustrowana wieloma unikatowymi zdjęciami, głównie z Narodowego Archiwum Cyfrowego, ukazała się nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN.



 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Michel Faber - " Jabłko "

sobota, 24 sierpnia 2013 12:37

Kiedy w 2002 roku Michel Faber wydał Szkarłatny płatek i biały obszerną powieść naśladującą dzieła wiktoriańskie - czytelnicy i krytycy literaccy wpadli w zachwyt. Książka błyskawicznie stała się bestsellerem na całym świecie, również w Polsce przez wiele tygodni utrzymywała się na listach najchętniej kupowanych tytułów. Autor otrzymał setki gorących próśb o kontynuację opowieści. Jabłko jest jego odpowiedzią na te prośby. W Szkarłatnym płatku Faber skoncentrował się na losach atrakcyjnej ulicznicy Sugar oraz jej związku z Williamem Rackhamem nieudolnym spadkobiercą rodzinnej fabryki perfum. Jabłko to zbiór siedmiu opowiadań, w których główne role grają bohaterowie pojawiający się w powieści. Poznajemy dalsze historie prostytutek z domu pani Castaway, obserwujemy poczynania Rackhama w drugim małżeństwie, dowiadujemy się więcej o Sugar. Podobnie jak Szkarłatny płatek, opowiadania napisane są językiem żywym, pełnym aluzji literackich, skrzą się inteligentnym poczuciem humoru i oczarowują znakomicie zarysowanym tłem historycznym. Każda z opowieści jest jednocześnie osobnym tekstem, sprawiającym przyjemność również tym, którzy Szkarłatnego płatka nie znają.

 

jabłko 352x500.jpg

 

Tomek

 

Miło jest spotkać się ponownie z twórczością Michela Fabera. Wspaniale jest znowu spacerować ulicami dziewiętnastowiecznego Londynu, poczuć klimat tego miasta i rozglądać się w nim za znajomymi osobami. W tym zbiorku dostajemy bowiem szansę na spotkanie kilku bohaterów, których poznaliśmy w Szkarłatnym płatku. Już to może być zachętą do przeczytania tej lektury. Rozczarowaniem jednak jest fakt, iż nie będzie nam dane zobaczyć się ponownie z Sugar, choć na otarcie łez dostajemy randez-vous z Sophie. 
Uważam, za bardzo ważną w tej książce przedmowę autora, która w pewien sposób złagodziła moje "krzywe” spojrzenie, jakim obdarzyłem zakończenie Szkarłatnego płatka. To słowo wstępne jest jakby wytłumaczeniem pisarza, które w moim przypadku trafiło do mojego serca. Jednak czy trafi do serc innych czytelników, tego już nie wiem i nie jestem w stanie tego stwierdzić.
Nie można mówić o tym zbiorku opowiadań, że jest kontynuacją wspaniałej powieści, jaką jest Szkarłatny płatek i biały. Pozycja ta jawi się raczej czymś na otarcie łez, dla zrozpaczonych czytelników, którzy po zakończeniu przygody z powieścią i zorientowaniu się, że już nigdy nie spotkają się ze swoimi ukochanymi bohaterami, są jakby w żałobie. Mnie to spotkanie nie usatysfakcjonowało w pełni, uważam je za zdecydowanie zbyt krótkie i ogólnikowe. W żaden sposób nie mogę porównać go do powieści i czynił tego nie będę. Obawiam się bowiem, że ciężko będzie Panu Faberowi stworzyć jeszcze raz coś tak pięknego. Spotkanie to jednak czyni mnie szczęśliwym i lżej jest mi na duszy, kiedy jestem bogatszy o wiedzę, jaką posiadłem w trakcie lektury Jabłka. 

 

dziennik-literacki

 

Zdecydowana większość czytelników po przeczytaniu powieści Szkarłatny płatek i biały odczuła niedosyt. Choć wiedzieliśmy, że musi nadejść kres fantastycznej podróży w jaką zabrał nas Faber i nieuchronne pożegnanie z ulubionymi bohaterami, to niewielu z nas spodziewało się, że pisarz rozstanie się z nami w taki a nie inny sposób. No, bo jak to tak można zostawiać w niewiedzy rzeszę osób, które dałyby się pokroić za kolejną porcję informacji o Sugar, Sophie i Agnes? ;) Michel Faber kategorycznie stwierdził, że drugiej części powieści nie będzie. Jednak wydał Jabłko, które stanowi odpowiedź na gorące prośby czytelników o kontynuację Szkarłatnego… Malutki tomik, nieco ponad dwustustronicowy, mieści w sobie siedem opowiadań. I zamiast zaspokoić nasz apetyt, jeszcze go podsyca. Cudownie było znowu przenieść się w magiczną atmosferę wykreowaną przez Fabera. Tylko… Czemu znowu na tak krótko? ;)

Muszę przyznać, że wokół Jabłka narosło wiele mitów. Niektórzy czytelnicy obawiali się kontaktu z tą książką, gdyż nie chcieli pozbawiać się własnej interpretacji zakończenia powieści. Lękali się zniszczenia ich własnych wyobrażeń przez wyobrażenia pisarza, w których zresztą nie pokładali zbyt wiele nadziei obawiając się, że Faber, na fali popularności, zechce dla zysku dopisać byle co, byle jak, byle zarobić. Na szczęście się pomylili.

Głównymi bohaterami zbioru są postaci, które pojawiły się już na kartach Szkarłatnego... – w jednym z opowiadań pojawia się Sugar (ale młodsza, to historia sprzed okresu opisanego w Płatku) i Christopher, w innym Clara (i jej życie po odprawieniu z domu Rackhamów), jeszcze inne to epizod z życia młodziuteńkiej Emmeline Curlew. Są Bodley i Ashwell, William Rackham i Letty, wszyscy opisani w kilkanaście lat po płatkowych wydarzeniach. I jest także opowiadanie, którego narratorem jest potomek jednego ze znanych nam bohaterów. Jednak, wbrew tej wyliczance, muszę stwierdzić, że dalszych losów tych postaci tu nie poznamy. To, co nam prezentuje Faber to epizody, malutkie fragmenty z ich życia. Czytając, ma się wrażenie, jakby przez pięć minut podglądało się te osoby, niczym przez dziurkę od klucza. Wie się co robią w danej chwili, rok, dwa czy piętnaście lat później. Ale dalej się nie ma się żadnego pojęcia o tym jak ostatecznie potoczyło się ich życie. Rzeczywistość opisywana przez Fabera to tylko ułamek świata jego bohaterów. To rzeczywistość drobnych zdarzeń, powieściowa teraźniejszość rzadko odwołująca się do przeszłości i niewiele zdradzająca na temat przyszłości. Dzięki temu charakterowi opowiadań, choć czytamy o znajomych postaciach, pozostajemy w punkcie wyjścia co do naszej wiedzy wyniesionej ze Szkarłatnego… Jest to niezwykle cenne, zwłaszcza w przypadku Sugar, bo pomimo jej silnej obecności w tych miniaturach, jej dzieje nadal pozostają nieopowiedziane.

Książkę otwiera Przedmowa autora, w której opowiada on o tym jak silne piętno na jego życiu odcisnęło napisanieSzkarłatnego…, z jakim odzewem ze strony czytelników się spotkał i cytuje fragmenty listów, opatrując je własnym komentarzem. Fantastycznie czyta się te pierwsze strony, gdyż Faber dalej bawi się tu z czytelnikami – zna ich pragnienia, ale zamiast je zaspokoić, dalej podgrzewa dwuznacznymi wypowiedziami.

Czas akcji sześciu opowiadań osadzony jest w wiktoriańskiej Anglii. Ostatnie, chronologicznie późniejsze, bo z lat 90. XX wieku, przenosi czytelnika w czasy kształtowania się ruchu sufrażystek. To opowiadanie to Chmara kobiet w wielkich kapeluszach. Moje ulubione.

Jego narratorem jest prawdopodobnie pensjonariusz domu spokojnej starości, sędziwy wiekiem mężczyzna, który w swoich wspomnieniach wraca do 1908 roku, niezwykle istotnego dla jego życia. Urodzony w epoce edwardiańskiej, wychowywany w Australii, nie znając zupełnie ojczyzny swoich rodziców, Anglii, powraca z nimi do domu. Rodzina wynajmuje mieszkanie na Calthorpe Street w Bloomsbury, dzielnicy Londynu, niedaleko miejsca, gdzie – jak powiedziała mi matka – mieszkał wielki Charles Dickens. Jednak i Dickens, i angielska rzeczywistość, są temu małemu chłopcu zupełnie obce. Wychowany na australijskich antypodach, nie może odnaleźć się w brytyjskiej szkole, w której jego, skądinąd równie młodzi, rówieśnicy postępują wyłącznie według etykiety i konwenansów rządzących angielskimi salonami. Wszystko, począwszy od adresu domowego po guzik przy płaszczu, miało dla nich jakieś znaczenie, które w moim wypadku koniec końców oznaczało zazwyczaj sporą przykrość. Oczywiście moim kłopotem byli przede wszystkim rodzice. Czułem się tak, jakbym ich sobie wybrał, i to w dodatku źle. Dowiadując się, co angielskie dzieci uważają za normalne, uświadomiłem sobie, że niemal wszystko, co dotyczy mojego ojca i matki, wcale normalne nie jest. Ojciec – przedstawiciel cyganerii artystycznej, malarz – portrecista. Matka – podróżniczka, sawantka, niepokorna buntowniczka, aktywistka ruchu sufrażystek walcząca o prawo głosu dla kobiet. Gilbert i… Sophie.

Wydaje mi się, że mama dostała spadek. Z tego, co wiem, znaczną sumę pieniędzy pozostawiła nam kiedyś pewna tajemnicza kobieta, zwana panną Sugar, o której rozmawiano u nas wyłącznie szeptem, i to tylko wtedy, gdy rodzice sądzili, że nie mogę ich usłyszeć. Panna Sugar, cóż to za dziwne imię! Wymawiając je teraz, muszę przyznać, że nosząca je osoba zdaje mi się wytworem fantazji, kimś w rodzaju świętego Mikołaja albo Baby Jagi. Ciekawe, czy ta kobieta naprawdę tak się nazywała. W tej materii mogę dziś powiedzieć tylko to, że o ile pamiętam rozmowy rodziców, które udało mi się podsłuchać w dzieciństwie, w naszym domu mówiono o pannie Sugar jako o postaci autentycznej, będącej wierną towarzyszką mojej matki w czasach, kiedy dużo podróżowała po świecie.

Szkarłatnym… Sugar dała się poznać przede wszystkim jako prostytutka, wyśmienita kochanka; dziewczyna inteligentna, przebiegła, przekorna i ironiczna, jednak egoistyczna, żyjąca tylko dla siebie (aczkolwiek w świetle jej życiorysu i warunków w jakich przyszło jej żyć, ten egocentryzm zupełnie nie dziwi). Jej wizerunek był dość szorstki – relacje z matką czy permanentny dystans do innych oraz niechęć do ukazywania emocji, nie dawały szans na ukazanie cieplejszej strony tej postaci. Dopiero w momencie, kiedy Sugar staje się częścią rodziny Rackhamów, sytuacja ulega zmianie. Postrzegamy ją już nie tylko przez pryzmat relacji damsko-męskich, ale też przez jej zachowanie wobec Agnes czy Sophie. Obraz zimnej Sugar ulega ociepleniu, Faber wydobywa z bohaterki pokłady ukrytej energii, o którą do tej pory mogliśmy ją tylko podejrzewać, ale co do istnienia której nie mogliśmy mieć pewności. W Jabłku Faber niejako dalej przydaje Sugar te cieplejsze cechy (już choćby przez sam fakt opisywania jej relacji z, w mniejszym lub większym stopniu, bliskimi jej ludźmi, a nie przez skupienie się na opisywaniu jej pracowitych nocy w domu pani Castaway). W Chmarze kobiet… Sugar jawi się jako droga przyjaciółka, w Bożym Narodzeniu na Silver Street – jako osoba empatyczna, która poddawszy się wyjątkowej atmosferze świąt, chce wynagrodzić smutne życie małemu synowi innej prostytutki, Christopherowi, który w całym swoim kilkuletnim życiu, ciepła świąt nigdy nie doznał. Przygotowuje mu niewielką ucztę oraz ofiarowuje kolorową kartkę świąteczną i słodkie ciastko w kształcie myszki. Nie daje mu wiele, ale to wystarczy, żeby sprawić dziecku ogromną radość.Christopher uśmiecha się szeroko, a Sugar nie przypomina sobie, by kiedykolwiek wcześniej widziała uśmiech na jego twarzy.

Jabłko nie jest tak monumentalne w formie jak Szkarłatny…, jednak charakterystyczny styl Fabera wyczuwa się już od pierwszych linijek każdego opowiadania. Czytając te teksty, czułam się jakbym na nowo, po długim czasie niewidzenia, spotykała się z najbliższymi przyjaciółmi. Fenomenalne uczucie. I bezcenne, bo niezmiernie rzadkie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Katarzyna Michalak - " Wiśniowy Dworek "

poniedziałek, 19 sierpnia 2013 16:59

W Wiśniowym Dworku, gdzieś pod litewską granicą mieszka Danusia. Jest nauczycielką w wiejskiej szkole i nie wyobraża sobie życia w wielkim mieście, pełnym spieszących się ludzi.

Na warszawskim Mokotowie, niedaleko parku Morskie Oko, mieszka Danka. Jest przebojową biznesmenką w międzynarodowej korporacji i nie wyobraża sobie życia na wsi, gdzie życie toczy się powoli, a jego rytm wyznacza przyroda. Te dwie kobiety pozornie dzieli wszystko, ale łączy jedna tajemnica.

I jeszcze ktoś. Mężczyzna, który przybył z przeszłości, by odebrać to, co do niego należy...
 

 

wiśniowy dworek 352x500.jpg

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=0pBN7_t6v-E

 

 

Bernardeta Łagodzic-Mielnik

 

 

Od przybytku głowa nie boli

„Wiśniowy Dworek” to już czwarta powieść wydana w owocowej serii, nakładem Wydawnictwa Literackiego. Jej akcja rozgrywa się w bardzo urokliwym miejscu. Milewo to malutka wioska położona wśród lasów niedaleko granicy z Litwą. Mieszkają tu raczej niezbyt bogaci ludzie, których status życiowy po upadku PGR-ów uległ pogorszeniu. Kiedyś Milewo było siedzibą rodu Milewskich, których kolejne pokolenia zamieszkiwały w malowniczym Wiśniowym Dworku. Po wojnie posiadłość trafiła w ręce państwa, które przekształciło ją w szkołę i mieszkanie dla nauczycielki. Ową kobietą jest Danusia Wrzesień. „Uczycielka” bo tak zwracają się do niej podopieczni jest romantyczką, kocha swój zawód i pracę z dziećmi, której oddaje całe serce. Ma dużo starsze od siebie rodzeństwo rozsiane po świecie i samotnie opiekuje się ojcem staruszkiem. Danusia jest osobą wrażliwą, czułą i sentymentalną. Kocha swojego ojca mimo jego trudnego charakteru, nie jest materialistką i uwielbia dworek, w którym mieszka. Czuje się tu jak w raju. To jej miejsce na ziemi. Dom otoczony jest pięknym parkiem i sadem, który w czasie kwitnienia wiśni wygląda bajkowo. Życie Danusi jest spokojne i uporządkowane dopóki nie odwiedzi ją pewien mężczyzna, który doręczy jej tajemniczą przesyłkę. Jako nagrodę ufundowano dla niej pobyt świąteczny w luksusowym obiekcie w Jastrzębiej Górze.

Danka Lucińska mieszka w Warszawie. Jest szefową firmy zajmującej się zarządzaniem apartamentowcami. Swojej pracy poświęca całe dnie i zajęcie to niesłychanie ją wyczerpuje. Na głowie na tyle spraw, problemów i sporów do rozwiązania. Do swojego nowoczesnego mieszkania w apartamentowym getcie na Saskiej Kępie wpada tylko, by się przespać. Praca wypełnia jej całe dnie. Danka chwilami czuje się dość zmęczona, ale nie wyobraża sobie życia na prowincji, gdzie przenieśli się ze stolicy jej rodzice. Pewnego dnia podobną w treści przesyłkę jak Danusia otrzymuje i pani Lucińska. Obie kobiety korzystają z atrakcyjnego zaproszenia i przyjeżdżają nad morze. Tu czeka je niespodzianka, bo zostają zakwaterowane w jednym, pięknym apartamencie, a po pierwszym spotkaniu ich życie zmienia się nie do poznania i już nigdy nie będzie takie samo. Jak się ułoży i kim jest tajemniczy mężczyzna, który owo spotkanie zaaranżował?

„Wiśniowy Dworek” to kolejna książka Katarzyny Michalak, która uwaga jest niebezpieczna! Bo jeśli weźmiecie ją do ręki tylko, aby przejrzeć już się zaczytacie. Opowiada historię, która niesamowicie wciąga. Jest napisana z pomysłem. Autorka stworzyła kolejne najlepszej jakości babskie czytadło, które wciąga nas w tajemnice pewnej rodziny. Pewien stary sekret ma niesamowitą moc, która poraża. Zmienia spokojne życie dwóch kobiet o odmiennej naturze i charakterze. Los jest pokrętny. Czasem obdarza nas ogromną niespodzianką i spełnia nasze marzenia. Zatem uważajcie o czym marzycie.

Akcja tej książki jest bardzo, ale to bardzo dynamiczna. W powieść obyczajową autorka świetnie wplata sensację, garść uczuć, szczyptę rodzinnych sekretów, a efektem jest rewelacyjna książka dla pań i nie tylko. Sporo w niej emocji, nieco sentymentu, trochę słodkości i romantyzmu. Czyta się jednym tchem, bo ciągle coś czytelnika zaskakuje. Pod tym właśnie względem „Wiśniowy Dworek” dorównuje dobrym kryminałom. Sporo postaci, ciekawe sytuacje, nutka bajkowości, opisy malowniczych miejsc jak dworek czy leśniczówka sprawiły, że lektura bardzo przypadła mi do gustu. Mimo, że Katarzyna Michalak ma w swoim dorobku już kilka powieści nic się nie powtarza, nic się nie dubluje. Każda książka jest świeża i niepowtarzalna. Chylę czoła przed talentem autorki, przed jej literacką kreatywnością. Chwalę styl i język. Jego błyskotliwość i prostotę. Katarzyna Michalak umie wciągnąć w losy swoich bohaterów, potrafi zaciekawić i oderwać od rzeczywistości i przenieść w świat swoich powieści. Myślę, że i „Wiśniowy Dworek” przyczyni się do powiększenia wielbicieli jej pióra, a ja już z niecierpliwością będę wypatrywała „Jabłoniowego wzgórza” - kolejnej owocowej książki.

 

diunam

 

Katarzyny Michalak nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Nawet jeśli któraś z Was nie czytała jeszcze choćby jednej jej książki, to z pewnością o niej słyszała. Autorka zyskała sympatię czytelniczek serią poczekajkową o perypetiach młodej, sympatycznej pani weterynarz. Moje serce Pani Kasia podbiła powieścią „Sklepik z Niespodzianką. Bogusia”. Od tej pory jestem wierną czytelniczką nie tylko powieści, ale i bloga Autorki. Pamiętam jak niedawno Pani Kasia pochwaliła się, że jest w trakcie pisania powieści erotycznej. W komentarzu oczywiście pogratulowałam odważnego pomysłu i stwierdziłam, że bardzo chętnie przeczytałabym kryminał w kasinej wersji. Cóż … nie znałam jeszcze wtedy „Wiśniowego Dworku”.

Danusia i Danka. Danka i Danusia. Dwie zupełnie różne kobiety, dwie historie, dwa życia, jeden wspólny początek. Danusia jest nauczycielką, gdzieś na krańcu świata, w zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce. Jest cicha, delikatna i łagodna. Mieszka w pełnym uroku starym dworku, który nazywa wiśniowym od sadu, który mieści się opodal. Jej alter ego to Danka, dynamiczna, młoda warszawianka. Pracuje od świtu do nocy na kierowniczym stanowisku w korporacji zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami. Nie wyobraża sobie innego życia. I pewnie losy Danki i Danusi toczyłyby się swoim rytmem, gdyby nie tajemniczy mężczyzna, który zadał sobie wiele trudu aby je odnaleźć. Kim on jest? Jakie są jego intencje? Czy dziewczyny mają czego się obawiać?

Przyznam, że trudno mi napisać Wam coś o tej książce. Bynajmniej nie dlatego, że powieść mi się nie podobała. Po prostu dzieląc się z Wami wszystkimi emocjami i odczuciami, musiałabym zdradzić zbyt wiele fabuły. A czego jak czego, ale emocji powieść wywołuje całą burzę. Znów dałam się Autorce zaskoczyć. Sądząc po bajkowej okładce, romantycznym tytule, a także mając w pamięci pozostałe książki Katarzyny Michalak, sądziłam, że i ta powieść będzie w podobnym stylu. Tymczasem w „Wiśniowym Dworku” jest wszystkiego po trochu. Jest szczypta romansu, trochę typowej powieści obyczajowej (jeśli w wykonaniu KM cokolwiek może być typowe), jest też trochę powieści psychologicznej, a to wszystko podane w formie trzymającego w napięciu … kryminału. Powiecie, ż to mieszanka wybuchowa, a jednak tak nie jest. Wszystkie wątki idealnie ze sobą współgrają, przenikają się wzajemnie by stworzyć jedną spójną całość. Akcja jest niezwykle dynamiczna. Wystarczy raz zasiąść do czytania, aby przepaść z kretesem i nie móc się od książki oderwać. Dodatkowym atutem powieści są niewątpliwie postaci, które się w niej pojawiają. Moją największą sympatię zyskał Daniel. Kim on jest? Nie zdradzę. Powiem Wam tylko, że to niesamowity mężczyzna. Poznajemy go z krótkich, typowo męskich, pozornie suchych i beznamiętnych fragmentów, w których sam o sobie opowiada. Jego narracja jest tak naszpikowana emocjami, że głęboko zapada w pamięć i serce. 
Katarzyna Michalak bardzo stara się aby każda jej powieść była inna. Nie wiem, jak ona to robi, ale doskonale jej się to udaje. Świadczy to niewątpliwie o wszechstronności i talencie naszej drogiej Kejt.
„Wiśniowy Dworek” to doskonała powieść o samotności, potrzebie bycia kochanym, braku akceptacji, a także o tym, w jaki sposób dzieciństwo kształtuje dorosłość człowieka.
Gorąco polecam.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Camilla Läckberg - " Kamieniarz "

sobota, 17 sierpnia 2013 10:57

Październikowy poranek we Fjällbace. Rybak Frans Bengtsson wypłynął łódką, aby opróżnić więcierze, które zastawił na homary. Przy ostatnim z nich coś się mocno zacina, Frans przeczuwa, że nie będzie to zwykły połów, nie myli się, w siatce więcierza tkwi ciało dziewczynki...



Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu policji w Tanumshede mają do rozwikłania kolejną skomplikowaną zagadkę. Podczas sekcji zwłok w płucach dziecka wykryto słodką wodę i ślady mydła. Ktoś utopił małą w wannie i wrzucił zwłoki do morza. Kto i dlaczego zamordował dziecko? Odpowiedzi należy szukać w odległej przeszłości...

 

kamieniarz 352x500 (1).jpg

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=4uQ2YyG18UE

 

kasandra_85

 

Skandynawskie kryminały i thrillery należą do książek, po które często sięgam. Kiedy jakiś czas temu na polskim rynku wydawniczym zaczęły ukazywać się książki Camilli Läckberg wiedziałam, że muszę poznać jej twórczość. I tak się stało:). Przeczytałam „Księżniczkę z lodu” a potem „Kaznodzieję” a mój apetyt z każdą częścią tylko się wzmagał. Właśnie dlatego nie mogłam oprzeć się trzeciemu tomowi, czyli książce „Kamieniarz”.

Fjällbace, małe szwedzkie miasteczko. Miejscowy rybak zamiast połowu homarów wyławia z morza martwe ciało dziewczynki. Kto mógł zamordować dziecko? Kto dopuścił się tej potwornej zbrodni? Sprawę prowadzi Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu policji w Tanumshede. W toku śledztwa dowiadują się oni, że w płucach ofiary znaleziono słodką wodę i resztki mydła, co wskazuje, że dziewczynka zmarła w wannie a ciało ktoś musiał przenieść. Mnożą się poszlaki, pojawia się podejrzany i to nie jeden a całe dochodzenie zaczyna mocno się komplikować. A to dopiero początek niespodzianek przyszykowanych nam przez pisarkę. Jak poradzi sobie Patrik? Czy uczucia do własnej córeczki nie przeszkodzą mu w dogłębnym i obiektywnym prowadzeniu sprawy kryminalnej? Nic nie zdradzę!

Dwie pierwsze części cyklu Läckberg zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie, ale „Kamieniarz” przebił je bez trudu. Widać, że pisarka szkoli swój warsztat i każda kolejna książka jest bardziej dopracowana i ma więcej do zaoferowania czytelnikowi. Fabuła jest szalenie ciekawa i pełna zagadek a intryga uknuta tak misternie, że nie można oderwać się od czytania dopóki nie odkryje się wszystkich tajemnic i niespodzianek przyszykowanych dla przez autorkę. Akcja rozgrywa się w teraźniejszości, gdzie zespół ludzi szuka sprawcy okrutnej zbrodni na dziecku, co jednak będzie ściśle związane z wydarzeniami sprzed lat. Bohaterowie są nakreśleni z psychologicznym zacięciem, są barwni i pełnokrwiści. Co więcej, akcja jest dynamiczna i pełna niedopowiedzeń, dwuznaczności, przypuszczeń i poszlak, które powoli będziemy łączy w jedną układankę. Nie zabraknie silnych emocji, napięcia, zaskakujących momentów i charakterystycznego klimatu.

„Kamieniarz” to świetna książka obyczajowo-kryminalna, która spodoba się miłośnikom twórczości Pani Lackberg i skandynawskiej literatury oraz wszystkim, którzy lubią psychologiczne zagadki, policyjne dochodzenia i ujarzmianie demonów przeszłości. Polecam serdecznie!!

 

 

PrzyAromacieKawy

 

4 dni - tyle zajęło mi pochłonięci trzeciej części sagi Camilli Lackberg. Czytałam dosłownie wszędzie (nawet w pracy) i przeklinałam te chwile, kiedy ktoś mi przeszkadzał lub uniemożliwiał dokończenie rozdziału - brak miejsca siedzącego w tramwaju albo jakiś telefon. Czytała z zapartym tchem, bo książka to kolejny sukces autorki - moim zdaniem! Bardzo mi się podobała. Utrzymana w tym samym stylu, klimacie, skupiająca się na nowej historii. naleziono bowiem dziewczynkę siedmioletnią, która się utopiła w morzu. Szybko stwierdzono, że miała w płucach słodką wodę a o oznacza, że ktoś ją utopił. Spokojnie spokojnie, nie będę opowiadać dalej, a to co napisałam przeczytacie na okładce książki. Jest sprawa, jest morderstwo, jest tajemnica... właściwie każdy ma jakąś tajemnicę. Książka jakby opisuje dwa duże wątki, które zgłębiamy na przemian. Raz jesteśmy w obecnych czasach a za chwile przenosimy się do roku 1920 - 1945 - 1956 itd. Trudno jest odkryć, w jaki sposób się to wszystko łączy, bo że się łączy to każdy się domyśli. Powoli, powoli się wyjaśnia. Pomaga nam w tym Patrik i jego policyjny oddział.
Zdecydowanie w trzeciej części mamy więcej wątków dotyczących życia prywatnego wszystkich bohaterów - policyjnej ekipy, Eriki, Dana, jest nawet Anna z dziećmi. I to jest fajne, bo ta ekipa po prostu fajna jest! Dobrze jest poznawać ich losy a nie żyć w świadomości, że to jakieś cyborgi oderwane od rzeczywistości i że liczy się tylko morderca. Fajnie i w odpowiednich proporcjach połączone wątki.
Reasumując - nie zawiodłam się. Nadal najlepszą częścią jest Kaznodzieja a to tylko dlatego, że zahaczał o fanatyzm religijny, co bardzo lubię w książkach. Kamieniarz staje tuż za nim!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  72 426  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 72426

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl