Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 348 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Charles Martin - 'Kiedy płaczą świerszcze"

poniedziałek, 13 sierpnia 2012 16:45

 

 

„Serce nie tylko jest jednym z najbardziej bezinteresownych narządów, jest także najbardziej odważnym i wiernym z nich.”

 

Co się stanie, gdy skrzyżują się ścieżki ciężko doświadczonego przez los mężczyzny pragnącego zapomnieć o przeszłości i dziecka rozpaczliwie walczącego o życie mimo braku nadziei na przyszłość?

Na rynku sennego miasteczka siedmioletnia Annie zbiera pieniądze na swoją transplantację serca. Przed pobliskim sklepem Reese rozmyśla o własnym życiu. Silny podmuch wiatru porywa zebrane przez dziewczynkę banknoty. Mężczyzna widzi wyjeżdżający zza rogu poobijany samochód dostawczy i trzepoczącą na wietrze żółtą sukienkę wbiegającej na ulicę Annie. Od tego momentu nic już nie będzie takie jak dawniej.
'Kiedy płaczą świerszcze' to niebanalna opowieść o pięknie życia, o miłości i odwadze, o szansach, które tak łatwo zmarnować oglądając się wstecz.
 
 
Autor recenzji: kasandra
 
Są książki, które potrafią wzbudzić silne uczucia, ogrom refleksji i wycisnąć morze łez. Takie lektury na długo pozostają nie tylko w naszej pamięci, ale także i sercu. Taką książką zdecydowanie jest powieść Charlesa Martina „Kiedy płaczą świerszcze”. Nie tylko mnie wzruszyła i zmusiła do przemyśleń, ale też pokazała co tak naprawdę liczy się w życiu, co jest najważniejsze...

Niewielkie miasteczko. Reese, były chirurg, to obecnie cień człowieka. Naznaczony ciężkimi doświadczeniami w przeszłości, teraz stał się smutnym i odosobnionym człowiekiem. Mężczyzna wybiera się pewnego dnia do miasta, gdzie na starym rynku mała Annie, wesoła i pełna życia dziewczynka, sprzedaje lemoniadę. Kiedy mężczyzna zauważa na jej ciele dużą bliznę na klatce, wie że dziewczynka jest ciężko chora i potrzebuje nowego serca. Chwilę potem dochodzi do wypadku a los tej dwójki osób już na zawsze zostaną splecione ze sobą nierozerwalną nicią.

Autor stopniowo będzie odkrywał tajemnice z życia Reesa i jego skomplikowanej przeszłości oraz przeplatał je urywkami z tego, co dzieje się z naszym bohaterem i Annie w teraźniejszości. Dowiemy się co takiego wydarzyło się kilka lat temu i dlaczego Annie od momentu spotkania na rynku, stała się dla niego taka ważna. Postacie są w ciekawy sposób wykreowane. Na dodatek opowieść jest tak skonstruowana, że do końca nie wiedziałam co się wydarzy a moje przypuszczenia zupełnie się nie sprawdziły. Za ten element zaskoczenia duży plus dla pisarza, podobnie za emocje, których będzie tu bardzo dużo.

Charles Martin doskonale poradził sobie z utworzeniem świetnej fabuły i wiedział w jaki sposób przedstawić historię, aby uderzyła w najczulszą strunę duszy. To powieść wobec której nie sposób przejść obojętnie i która na długi czas pozostaje w sercu i umyśle czytelnika. Zapraszam wszystkich do tej urzekającej książki.

„Kiedy płaczą świerszcze” to książka niezwykła. Poetycka, wartościowa opowieść o poświęceniu, trudnej, ale pięknej miłości, winie i karze oraz opatrzności, która krzyżuje losy dwóch zupełnie obcych sobie ludzi, mających więcej wspólnego niż się im wydaje. Polecam wszystkim!!
 
 
                         
Autor recenzji: BIETKA
 
 
Sięgnęłam po nią, kiedy dowiedziałam się, że została ogłoszona książką lata 2009. Jestem nią po prostu zachwycona! Wspaniała lektura o pięknej,charyzmatycznej miłości do kobiety, do dziecka, do bliżniego.
O wielkim, bohaterskim poświęceniu... książka angażuje czytelnika emocjonalnie w miarę rozwoju akcji, ba! wywołuje drżenie serca, wstrzymuje oddech przy ekstremalnych scenach fabuły...Piękna, niepowtarzalna, z poezją w tle, co bardzo przypadło mi do serca...))
 
 
                                    
Autor recenzji: Katarzyna Bereta
 

Podróż do wnętrza siebie 

 

„Kiedy płaczą świerszcze” Charlesa Martina to pierwsza powieść z serii Labirynty, z jaką przyszło mi zmierzyć się w literackiej podróży po nowościach Wydawnictwa WAM. Przymiarka ta nie od razu trafiła w moje literackie upodobania. Początkowo nie poczułam spełnienia, jakiego doznaje czytelnik poszukujący dobrej literatury, gdy już na taką natrafi. Jednakże z mojej perspektywy miłośnika słowa pisanego książki dzielą się na trzy rodzaje. Pierwszy stanowią lektury doskonałe, które wciągają od samego początku i nie pozwalają oderwać się od kart, dopóki nie przeczyta się ostatniego słowa. Do kolejnego zaliczają się książki, które zdobywają czytelnika stopniowo, a my dopiero po kilkudziesięciu stronicach odkrywamy coś, co sprawia, że chce nam się czytać dalej. Wreszcie gatunek najgorszy, dla mnie skazany na śmierć w zapomnieniu i nieprzeczytaniu – literatura, która od pierwszej linijki odpycha, nuży i jest tylko dowodem bądź na grafomaństwo, bądź na niedojrzałość autora. „Kiedy płaczą świerszcze” uplasowałabym w drugiej kategorii. Płacz świerszczy zdobywał mnie stopniowo, ale skutecznie.

Myślę, że w przypadku Martina to nie tylko kwestia techniki pisania, konstruowania planów akcji, szkicowania charakterów postaci, nie tylko zdolność zaskakiwania na wiele różnych sposobów czy imponująca wiedza z zakresu medycyny, którą pisarz w bardzo prosty, ale i wiarygodny sposób potrafi przekazać czytelnikowi. To nie tylko wielorakość zainteresowań, które znajdują swoje zastosowanie w tak różnorodnych opisach, jak chociażby z zakresu budownictwa, stolarstwa, budowy i naprawy łodzi typu Jet Ski, wioślarstwa, czy wreszcie przepisów kulinarnych. Sukces pióra Martina polega na autentyczności Autora, na towarzyszącym lekturze poczuciu zaangażowania pisarza w konstruowaną fabułę, wręcz zaangażowania w życie tworzonych postaci. Ma się wrażenie, że Martin przeżywa, a może przeżył, to, co opisuje. Jeśli zaś temat nie pochodzi z jego własnego życia, to należy przyznać, że ma on bogatą wyobraźnię, którą na dodatek potrafi swobodnie się posługiwać na użytek swojej prozy.

Opowieść snuta na kartach „Kiedy płaczą świerszcze” chwyta czytelnika za serce z powodu poruszającego tematu – transplantacji serca małej dziewczynki, a wcześniej zmagań głównego bohatera o przeprowadzenie podobnej operacji u jego żony. Dotyka czytającego głębią refleksji nad tym, czym w swej istocie jest ludzkie serce i czym jest transplantacja. To powieść, którą, gdy się otworzy na jej rzeczywiste przesłanie, przeżywa się jak swoistą terapię dla własnej, złamanej duszy.

Co tak naprawdę jest najważniejsze w ludzkim życiu? Do czego człowiek powinien dążyć? W imię czego powinien walczyć z przeciwnościami losu? Wreszcie – dlaczego podobne trudności, tragiczne załamania się zdarzają się ludziom wszelkich ras, kultur i przekonań religijnych? Dlaczego los, Bóg (?) nie szczędzi ich nawet małym dzieciom? Przesadziłabym, gdybym próbowała przekonać potencjalnych czytelników, iż Martin daje odpowiedzi na powyższe pytania lub że odpowiedzi te są tak błyskotliwe, że po lekturze jego książki można zarzucić dalsze poszukiwania.

Opisując historię Jonathana Mitchella, transplantologa, który po porażce podczas próby ratowania własnej żony stracił poczucie sensu dalszej pracy na rzecz przeszczepiania serc, a który spotykając na swej drodze małą dziewczynkę, sprzedającą lemoniadę i świerszcze by zdobyć w ten sposób pieniądze na swój przeszczep, odzyskuje nie tylko wiarę, ale i własne serce, Martin pokazuje czytelnikowi, że źródłem wszelkiego dobra i zła, szczęścia i nieszczęścia, sukcesu i porażki, życia i śmierci jest nasze własne serce. Dlatego należy go strzec i dbać o jego prawidłowy rozwój fizyczny i duchowy, aby nie utracić najcenniejszego skarbu, jaki mamy - aby nie utracić samego siebie.

Gorąco polecam lekturę „Kiedy płaczą świerszcze” amatorom trzymającej w napięciu literatury, miłośnikom prozy, w której można odnaleźć odrobinę poezji, wreszcie wszystkim poszukującym drogi powrotnej do wnętrza samego siebie.
 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Stephen King - " Dallas 63 "

niedziela, 12 sierpnia 2012 18:38

 

 

22 listopada 1963 roku w Dallas padły trzy strzały, które zabiły prezydenta Kennedy’ego i zmieniły świat. A gdyby tak można było temu zapobiec? Gdyby można było ocalić JFK i zmienić bieg historii?

 

http://www.youtube.com/watch?v=hzat1i48N18

 

 


Jake Epping to trzydziestopięcioletni nauczyciel angielskiego w Lisbon Falls w stanie Maine, który dorabia, prowadząc kursy przygotowawcze do matury zaocznej dla dorosłych. Od jednego ze swoich uczniów, Harry’ego Dunninga, dostaje wypracowanie – makabryczną, wstrząsającą opowieść w pierwszej osobie o tym, jak pewnej nocy przed pięćdziesięciu laty ojciec Harry’ego zatłukł na śmierć jego matkę i braci, a siostrę pobił tak bardzo, że nigdy nie odzyskała przytomności. Od tego wszystko się zaczyna… 

Wkrótce potem przyjaciel Jake’a, Al, właściciel lokalnego baru, zdradza mu tajemnicę: jego spiżarnia jest portalem do roku 1958. Powierza Jake’owi szaloną – i, co jeszcze bardziej szalone, wykonalną – misję ocalenia Kennedy’ego. Tak oto Jake zaczyna swoje nowe życie jako George Amberson, życie w świecie Elvisa i JFK, amerykańskich krążowników szos i wczesnego rock and rolla, gniewnego samotnika nazwiskiem Lee Harvey Oswald i Sadie Dunhill, pięknej szkolnej bibliotekarki, która zostaje miłością życia Jake’a – życia wbrew wszelkim normalnym regułom czasu.

„Dallas ’63” to hołd złożony prostszym czasom i poruszająca opowieść pełna gwałtownie narastającego suspensu, to Stephen King w swoim najlepszym epickim wydaniu.

 

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=MVQxh79ZWtA#!

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=FxOpVHmDWnY

 

Barbara

 

Od lat książki Stephen'a King'a kupuję "w ciemno". Choć autor - jak każdy człowiek w życiu - miewał lepsze i gorsze powieści, to jednak każda następna wyczekiwana była z uczuciem ekscytacji (podobnie jak dziecko oczekujące przybycia świętego Mikołaja). Z tą powieścią wiązały się jednak pewne obawy: autor ewidentnie chce rozliczyć się z historią swojego kraju i próbuje pokazać sobie, swoim rodakom i czytelnikom z całego świata pewną alternatywę. Próbowało wielu. Co więc z tego wyjdzie? Czy King nie popadnie w przesadny patos?

Jednocześnie zastanawiało mnie kilka szczegółów występujących w opowieściach o podróżach w czasie. Jeszcze przed przystąpieniem do czytania wiedziałam na pewno, jak autor rozwiąże kwestie finansów bohatera. Jestem wielką fanką trylogii filmowej "Powrót do przyszłości" i byłam święcie przekonana, że King skorzysta z najłatwiejszej drogi do rozwiązania problemu różnej waluty w różnych okresach istnienia swojego państwa - wyniki sportowe i zakłady bukmacherskie. Drugą niewiadomą było: spotkanie samego siebie, bądź swoich rodziców w przeszłości. Czy nastąpiłby jakiś paradoks? Załamanie własnego przeznaczenia? Czy w ogóle doszło do takiego spotkania? Tego nie zdradzę...

Wracając do głównego bohatera. Im dalej zagłębiałam się w jego opowieść, tym bardziej byłam przekonana, że to alter ego Stephen'a King'a. Jake Epping jest bowiem nauczycielem literatury angielskiej (King jest nim z wykształcenia i jakiś czas pracował w zawodzie). Wprawdzie Jake nie jest w wieku idealnym dla aktualnego wieku King'a. Wytłumaczyłam to sobie tym, że... młodszy bohater będzie miał więcej werwy, by dokonać zmian w przeszłości. Niemniej takie wnioski wysnułam też z tego, iż King napisał tą powieść w pierwszej osobie. Przeczytałam prawie wszystkie jest utwory i nie mogę sobie przypomnieć, która z nich miała narrację w pierwszej osobie? Czy w ogóle wcześniej taka istniała? Fakt, iż narratorem jest sam bohater, daje poczucie większej intymności, prywatności. Nie przepadam za książkami z taką narracją. Tutaj było to nawet bardzo przydatne.

Obawiałam się, że powieść będzie się skupiała wyłącznie na zamachu na JFK. Dzięki Bogu, "król Stefan" (tak osobiście nazywam autora) wplótł tu wiele innych historii. Z czasem (ku mojej uciesze) historia próby uratowania prezydenta Stanów Zjednoczonych stała się - z historii politycznej - historią niemalże obyczajową, a momentami... bardzo romantyczną (na szczęście nie w rozumieniu łzawych, przekoloryzowanych historii rodem z "Harlequina"). Jake Epping chwilami jest niczym bohater literacki z epoki romantyzmu - walcząc o jedną rzecz, ratując ją, ponosi drastyczne ofiary, często nieodwracalne... A może jednak? Może przecież przenosić się w czasie...

Książkę czyta się bardzo szybko. Nie wiem, czy to kwestia dość stresujących dni w mojej pracy, które aktualnie przeżywam, czy zbyt duża ilość informacji typowo politycznych, ale nadszedł pewien moment w powieści, spowalniający mój zapał w czytaniu. Całość jednak pochłonęłam bardzo szybko (standardowo zarywając noce, bo oderwać się nie można).

Bałam się, w jaki sposób próba uratowania JFK wpłynie na losy świata. Czy King w ogóle odważy się go uratować? Jeśli tak, to jaki obraz przyszłości (a naszej teraźniejszości) przedstawi? Dobry, zły, taki sam? Jak książka się zakończy? Nigdy wcześniej tak mnie to nie intrygowało. Przyznam, że "król Stefan" jakby czytał w moich myślach, bo z całej historii wybrnął znakomicie.

Nie chcę opowiadać losów Jake'a Epping'a. Ani tych naistotniejszych, ani tych epizodycznych - pozornie nieistotnych. Gorąco polecam zapoznanie się z tą książką, bo to naprawdę dobra literatura...

Chciałabym jeszcze tylko dodać dwie rzeczy.

Ku uciesze fanów literatury King'a w powieści pojawia się znane miasteczko Derry. Jake spotka tam (w przeszłości) jedną z postaci, która pojawiła się w innych książkach. Zawsze bardzo mi się tego typu powiązania w powieściach King'a podobały. Nawet te niewielkie, drugoplanowe.

A druga rzecz? Hmm... kiedy zdecydujecie się razem z Jakiem Epping'iem wziąć udział w podróży do przeszłości, proszę Was... uważajcie na człowieka z żółtą kartką...

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Carlos Ruiz Zafon - " Więzień Nieba "

wtorek, 07 sierpnia 2012 21:34

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=ATTB13YIOg4

 

Rok 1957. Interesy rodzinnej księgarni Sempere i Synowie idą tak marnie jak nigdy dotąd. Daniel Sempere, bohater Cienia wiatru, wiedzie stateczny żywot jako mąż pięknej Bei i ojciec małego Juliana. Następny w kolejce do porzucenia stanu kawalerskiego jest przyjaciel Daniela, Fermín Romero de Torres, osobnik tyleż barwny, co zagadkowy: jego dawne losy wciąż pozostają owiane mgłą tajemnicy. Ni stąd, ni zowąd przeszłość Fermina puka do drzwi księgarni pod postacią pewnego odrażającego starucha. Daniel od dawna podejrzewał, że skoro przyjaciel nie chce mu opowiedzieć swej historii, to musi mieć ważny powód. Ale gdy Fermín wreszcie zdecyduje się wyjawić mroczne fakty, Daniel dowie się "rzeczy, o których Barcelona wolałaby zapomnieć".

Jednak niepogrzebane upiory przeszłości nie dadzą się tak łatwo wymazać z pamięci. Daniel coraz lepiej rozumie, że będzie musiał się z nimi zmierzyć. I choć zakończenie powieści wydaje się ze wszech miar pomyślne, to Ruiz Zafón mówi nam wprost, że "prawdziwa Historia jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła"

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=JAfCIyC-ejw&feature=related

 

Aria:

 
 Zafón czaruje. Jak zwykle nadaje swojej książce nieistniejący tytuł, bo przecież nie można być więźniem czegoś, co kojarzy się ze zbawieniem. Tak samo jak wiatr nie ma cienia, a aniołowie nie prowadzą gier, chyba że są upadli…


W tej książce na pierwszy plan wstępuje Fermín Romero de Torres – jedna z najsympatyczniejszych postaci Zafóna, a przy tym jedna z bardziej tajemniczych, bo co tak naprawdę o nim wiemy? Otóż niewiele, a Fermín wiele ukrywa za owym imieniem. I nie uwierzycie, kogo jeszcze spotkamy w tej książce…
I rzecz jasna jest nasz kochany Daniel, już jako mąż i ojciec, boryka się z życiowymi problemami rodzinnymi i nie tylko. Bo niekiedy przeszłość puka do drzwi i chce kupić najdroższą książkę w antykwariacie. Tylko co wtedy, gdy nie jest to nasza przeszłość, a przeszłość naszego najlepszego przyjaciela?

Na „Więźnia nieba” czekałam długo, a gdy tylko się ukazał, niemal spijałam słowo za słowem. Choć muszę rzec, że w tej książce Zafón ciut bardziej stąpa po ziemi, a nieco mniej fruwa w niebiosach. „Cień wiatru” i „Gra anioła” były efemeryczne, magiczne i przypominały miraże, szczególnie pierwszy tytuł, ale jak powiedział tłumacz wszystkich trzech powieści Carlos Casas – „nie porównujmy”. I zgadzam się z nim w zupełności. Nie porównujmy, nie szukajmy drugiego „Cienia wiatru”, biegnijmy dalej wraz z Zafónem, Danielem i Fermínem, a może uda się nam odnaleźć Cmentarz Zapomnianych Książek…

Swoją drogą, czy wiecie, że można ów cmentarz naprawdę znaleźć? Z opisów we wszystkich trzech książkach można wyłuskać wskazówkę i trafić na właściwą uliczkę w Barcelonie. Pozostanie tylko zapukać w odpowiednie drzwi - odpowiednio zapukać, a następnie użyć odpowiednich słów i… ale co się kryje pod hasłem „odpowiednie” jeszcze niestety nie wiadomo, ale kto wie, może Zafón zdradzi to nam w kolejnej swojej książce… Bo kto czytał „Więźnia nieba”, ten wie, że on więcej zapowiada niż rozwiązuje.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Magdalena Kozak - " Nocarz"

poniedziałek, 06 sierpnia 2012 21:54

 

 

Praca w służbach specjalnych niektórych może pociągać, innych odstraszać. Wiadomo - stres, narażanie życia i jeszcze obowiązek, który każe trzymać język za zębami. Nie jest łatwo. Ale dla niektórych to sposób na życie. Dzięki ciągłej dawce adrenaliny we krwi czują, że istnieją. Taką drogę wybrał również bohater książki Magdaleny Kozak. Służbie dla Ojczyzny gotowy był poświęcić wszystko. Dostał nowe życie, nową tożsamość, nową misję. Trafił do tajnej jednostki ABW, która pod przykrywką standardowych działań, zajmowała się walką z Renegatami - groźnym rodem wampirów. Stosując coraz nowsze i brutalniejsze metody Renegaci pozyskiwali świeży, życiodajny pokarm i niebezpiecznie szybko powiększali swoje szeregi. Vesper stanął przed wyborem: ile można poświęcić dla obrony innych, ofiarować własne życie? A co będzie, jeśli wówczas sam zostanie wampirem?

 

Zainspirowana wampiryczną trylogią Magdaleny Kozak, opowiadającą o losach wampirów-komandosów , grupa Closterkeller nagrała świetny kawałek ...zresztą zobaczcie sami :-]

 

http://www.youtube.com/watch?v=_bSgGl3NdKE

 

Nie jest to Dracula o Zmierzchu.

DAGMARA BENDYKOWSKA

 

Nie wiedząc co tu sobie przeczytać, zabrałam się w końcu za "Nocarza". Jakoś, gdzieś, kiedyś obiło mi się o uszy, że warto. O matko, jak warto!
Tak jak Maja uczłowieczyła Anioły, takoż Magdalena uczyniła z Wampirami. Nie znajdziecie tutaj cukierkowych opisów rodem ze "Zmierzchu" i reszty części. Nie jest to też wizja Anny Rice z jej Lestatem, czy innymi Wampirami. Ani Dracula, czy inne Nosferatu. Nikt nie jest zapierająco piękny, pachnący, czysty, schludny bla bla bla. Nie mieszka w zamczysku w zamierzchłych czasach. Tu jest ciężka harówka w oddziałach Wojska Polskiego. Jest ciężka broń, pobudki o zmierzchu, zwiady, tajne akcje, walka z wrogiem, ze swoimi słabościami, przyjaźnie, które mogą być wystawione na różne, ciężkie próby, posłuszeństwo dowódcy i czasem jego brak.
Gorąco polecam i mam nadzieję, że nie zawiedziecie się :)

 

 

 

Nocarz - Magdalena Kozak

Autor: Piotr 'Nitro_Junkie' Wojciechowski
 

Na temat wampirów napisano wiele książek i wydawało by się, że już nic oryginalnego o tych istotach nie powstanie. Debiutancka powieść Magdaleny Kozak pt. Nocarz jest w dużym stopniu zaprzeczeniem tej tezy. Nikt wcześniej bowiem nie wpadł chyba na pomysł, aby z wampirów uczynić stroniących od ludzkiej krwi obrońców obywateli Rzeczypospolitej Polskiej.

Wstępem do powieści jest treść roty ślubowania Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, jaką muszą wyrecytować wszyscy świeżo upieczeni funkcjonariusze. Jednym z żółtodziobów jest właśnie główny bohater książki, Jurek Arlecki. Młody, samotny, były pracownik firmy farmaceutycznej z niskim poczuciem własnej wartości. Służba w ABW ma obrócić jego życie o sto osiemdziesiąt stopni. I obraca, jednak w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Marzenia o karierze polskiego Jamesa Bonda szybko okazują się złudne. Przełożeni Jurka sadzają go bowiem przed komputerem i każą wyszukiwać informacje na temat… wampirów. Główny bohater bierze to za jeden z testów, mający sprawdzić jego zachowanie w określonych sytuacjach. Dopiero podczas pierwszej pracy operacyjnej dociera do niego, że to nie były żarty. W jego życiu zachodzą zmiany, o jakich mu się nie śniło. Jurek trafia do Nocarzy, tajnej komórki ABW złożonej tylko i wyłącznie z wampirów.

W dalszych rozdziałach książki autorka opisuje dość specyficzną służbę Nocarzy. Polega ona głównie na tropieniu handlarzy nielegalną, ludzką krwią i przeprowadzaniu związanych z tym, mało spektakularnych akcji zbrojnych. Główny bohater nie jest już Jurkiem Arleckim. Po swej przemianie otrzymał nowe imię – Vesper. Od samego początku służby w tej osobliwej jednostce towarzyszy mu Nidor, starszy wampir w randze kapitana. Jest on dla Vespera kimś w rodzaju anioła stróża i jednocześnie przyjaciela. Główny bohater zaprzyjaźnia się również z innymi wampirami, które swym zachowaniem bardziej przypominają ludzi niż krwiożercze bestie. Vesper poznaje także zwierzchnika wampirzego rodu wojowników, Lorda Ultora, dzięki któremu stał się krwiopijcą. Jak przystało na książkę autorstwa kobiety pojawia się też malutki wątek miłosny. Vesper zakochuje się bowiem w wampirzycy, będącej jednak po drugiej stronie barykady. Zakazane uczucie to jedno ze źródeł rozterek głównego bohatera, które towarzyszą mu niemal przez cały czas.

Ciekawie wymyślona struktura organizacyjna wampirzego podziemia opiera się na działalności pięciu rodów, odpowiadających za najważniejsze aspekty życia wampirów na Ziemi. Na czele każdego rodu stoi jeden z Lordów. Wampiry mają również swój wymiar sprawiedliwości w postaci Kapituły, którą tworzą przywódcy rodów. Owa Kapituła będzie miała istotny wpływ na losy Vespera.

W książce mamy również światek przestępczy. "Złe wampiry" określane są tu mianem Renegatów. Generalnie są to osobnicy w jakiś sposób związani z handlem nielegalną, ludzką krwią. Według wizji autorki praworządni krwiopijcy uznają tylko krew sztuczną, nie nasyconą niebezpiecznymi substancjami produkowanymi przez ludzkie emocje. Można tu znaleźć liczne analogie do istniejącego w rzeczywistości narkotykowego podziemia.

Nielegalna krew to kolejny powód walki Vespera z własnymi słabościami, a odwieczna wojna Nocarzy z Renegatami jest doskonałym tłem dla losów i rozmyślań bohatera.

Podczas śledzenia przygód Vespera nietrudno dostrzec, że autorka Nocarza ma dużą wiedzę na temat funkcjonowania służb specjalnych. Magdalena Kozak swobodnie operuje nazwami broni, jaką posługują się jej bohaterowie i zna specyfikę samochodów, w które ich wyposażyła. Autorka wykorzystuje też swoją wiedzę medyczną, dzięki czemu opisy egzekucji i krwawych pojedynków są dużo ciekawsze. To wszystko okraszone jest wieloma zdolnościami wampirów, począwszy od telepatii i odpychania przedmiotów siłą umysłu, a na regeneracji i lataniu kończąc. Łatwo sobie wyobrazić, jaki efekt daje połączenie tych umiejętności z wyszkoleniem bojowym.

Na plus przemawia osadzenie akcji w obecnej, polskiej rzeczywistości. Co więcej, miejsca w których toczą się losy bohaterów istnieją naprawdę. Mamy tu m.in. Centralny Ośrodek ABW w Emowie, zakłady Polfy Tarchomin i lotnisko w miejscowości Chrcynno. Autorka jest świetnie zorientowana w otoczeniu tych lokalizacji, co powoduje, że czytelnicy, którzy mieli okazję je odwiedzić bądź mieszkają w ich pobliżu mogą lepiej wyobrazić sobie poszczególne sytuacje zawarte w książce. Można się też przekonać o tym, że nasz kraj widziany oczyma wampira wygląda nieco inaczej.

Reasumując, debiutancką powieść Magdaleny Kozak można uznać za udaną. Choć nie ma tu nagłych zwrotów akcji i innych fajerwerków, a wątek konfliktu w świecie istot z nadprzyrodzonymi zdolnościami nie jest niczym nowym, to przygody Vespera czyta się szybko i z wielką przyjemnością. Książka posiada to coś, co nie pozwala się z nią rozstać dopóki nie przewrócimy ostatniej strony. Nieoczekiwane zakończenie, jakie zaserwowała czytelnikom autorka pozostawia spory niedosyt. Jednym słowem, książka aż prosi się o kontynuację.

 

Więcej i duuuuuużo wiecej dowiecie się na internetowej stronie autorki klikając :

 

http://www.nocarz.pl/

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jerzy Stuhr - " Sthurowie.Historie rodzinne "

piątek, 03 sierpnia 2012 23:13

W drugiej połowie XIX wieku pradziadek Jerzego Stuhra - Leopold - przyjeżdża do Krakowa, gdzie kupuje kamienicę w Rynku Podgórskim i zakłada restaurację. Od tego czasu w pasjonującej historii krakowskiej rodziny Stuhrów mieszają się wątki polskie, austriackie, czeskie i węgierskie. Opowieść doprowadzona do dnia dzisiejszego pokazuje jak rodzinna historia obecna jest w życiu rodziny i kształtuje Jerzego Stuhra i jego dzieci: Maćka i Mariannę. Dodatkowym smaczkiem książki jest bogaty wybór fotografii z rodzinnego archiwum oraz przygotowane przez Mariannę Stuhr rodzinne drzewo genealogiczne.

 

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=1VgTVamJUBQ

 

Iza Bartosz / Viva

 

Pradziadek Jerzego Stuhra święcie wierzył, że jego marzenia ziszczą się tylko w mieście nad Wisłą. Ulubioną rozrywką dziadka była zabawa we własny pogrzeb...

 

Ciotka, która mawiała, że  kobieta jest tyle warta, ile portki mężczyzny, które wiesza na sznurze. „Mrożek pomieszany z Gombrowiczem”, śmieje się Jerzy Stuhr.

 

 Gabinet Jerzego Stuhra wygląda jak przed laty kancelaria jego ukochanego stryjecznego dziadka Oskara. Na ścianie zresztą wisi jego okazały portret. W gablotce Wojskowy Krzyż Zasługi, który Oskar otrzymał za bohaterską walkę pod Przemyślem w 1914 roku. Obok biblioteczka wypełniona książkami. Część z nich należała do dziadka, resztę kupił Jerzy. Teraz, patrząc na nie, zastanawia się, kto będzie czytał te wszystkie zbiory. „Pamiętam, jak ojciec zaczytywał się w Słowackim. Ale kto to ma teraz czas na Słowackiego”, zastanawia się. On sam zajęty jest od 40 lat. Właściwie od czasu, gdy zdał do szkoły teatralnej. Szybko posypały się propozycje filmowe. Potem zaczął reżyserować i pisać scenariusze. Najbardziej lubi, kiedy w głowie zaczyna mu kiełkować pomysł na film. Wtedy siada w gabinecie i tępo patrzy w ścianę. Kilka miesięcy temu odebrał telefon z wydawnictwa: „Nie napisałby pan książki o swojej rodzinie?”, usłyszał. „A kogo to może obchodzić?”, pomyślał. A potem doszedł do wniosku, że taką książkę jest winien swoim rodzicom, dziadkom, pradziadkom. A wnuczka Matylda? Taka książka to będzie dla niej kopalnia wiedzy o tym, z jakiego świata pochodzi. „Zabieram się do pracy”, postanowił. Początki pisania były żmudne. Na szczęście okazało się, że jedna z krewnych jest od lat zafascynowana historią rodziny. Można było porównać wiadomości, uzupełnić luki pamięci i tak po ludzku powspominać. „W każdym z nas znajdują się jakieś cechy, które dziedziczymy po dziadkach, pradziadkach. Odkrywanie tego to jak wyprawa w głąb samego siebie”.

 

Historia różowego serwisu
Stuhrowie nie lubią o sobie opowiadać. Barbara Stuhr, żona Jerzego, rzadko pojawia się w prasie. Podobnie córka państwa Stuhrów Marianna. „To moja żona postanowiła, że sprawy rodziny będziemy zachowywać dla siebie. Jest niezwykle dyskretna. Zawsze pozostawała  w cieniu. Byłem ciekaw, czy zgodzi się, aby powstała książka tak szczegółowo traktująca o każdym z nas. Po raz pierwszy nie usłyszałem sprzeciwu. Wtedy też przekonałem się, że to dobry pomysł”. Książka ma jeszcze jednego bohatera – Kraków. Jerzy historię swojego rodu zaczął od roku 1879. Wtedy to jego pradziad Leopold namówił narzeczoną, wkrótce żonę, Annę na przeprowadzkę z Austrii do Krakowa. Przekonywał ją, że tylko tam mogą być naprawdę szczęśliwi. „Nikt w naszej rodzinie nigdy nie potrafił mi wytłumaczyć, dlaczego mój pradziad właśnie Kraków wybrał na miejsce życia. Wiem jednak, że kiedy jego marzenie się ziściło i zamieszkał w końcu w mieście nad Wisłą, poczuł się naprawdę szczęśliwy”. Pradziad nie był biedny.  Do Krakowa przyjechał z walizką pieniędzy i od razu założył dobrze prosperującą restaurację. Tutaj na świat przyszli jego synowie: Rudolf, Oskar i Leopold. Po narodzinach pierwszego syna Anna Stuhr w prezencie od męża dostała piękny różowy serwis. Na filiżankach kazał umieścić podobiznę swoją i żony. Anna była szczęśliwa. Zawsze o takim marzyła. Dziś ten ponadstuletni serwis stoi w salonie Jerzego i Barbary. Nikt jednak nie ma odwagi go używać. To największa rodzinna pamiątka. „Tylko fotografii swoich pradziadków nie mam w domu. Oddałem ją do Teatru STU. Kiedy ówczesny dyrektor Krzysztof Jasiński urządzał swój gabinet, poprosił każdego z aktorów, aby przyniósł jakąś pamiątkę. Niewiele myśląc, zabrałem z domu ten portret. I tak Anna i Leopold ozdabiają ściany teatru”. 

 

Szaleństwa dziadka Oskara
Dziad Leopold był zamknięty w sobie, niedostępny. „Właściwie nie miałem z nim kontaktu. Najwspanialsze wspomnienia z dzieciństwa to zabawy z bratem dziadka Oskarem. Był niesamowity”. Dziadek, znany w Krakowie adwokat, był duszą towarzystwa. Kochano go za żarty i wielkie poczucie humoru. Był jakby żywcem wyjęty z książki  o przygodach wojaka Szwejka. Najwspanialsze były jednak zabawy, które wymyślał. Jak ta w pogrzeb. „Miał już wtedy chyba z 80 lat. Kiedy przychodził, kładł się do łóżka, patrzył na mnie i z błyskiem w oku mówił: »W nogach już umarłem«. A ja na to krzyczałem: »Dziadku, to skoro w nogach już umarłeś, to zaczynamy pogrzeb na Rakowicach!«. I wtedy Oskar wyliczał wszystkich, którzy na ten pogrzeb zostaną zaproszeni. Ja wtedy święciłem i okadzałem, jak przystało na wzorowego ministranta. A Oskar krzyczał: »Jurunia, czas śpiewać: O clemens, o pia, o dulcis virgo Maria. Za duszę świętej pamięci doktora Oskara Stuhra«. Kiedy kończyliśmy śpiewać, Oskar zaczynał wygłaszać mowę nad swoim grobem: »Żegnamy dzisiaj nestora palestry krakowskiej…«”. Jeszcze dziś na wspomnienie tamtych zabaw Jerzy zanosi się śmiechem. I mówi, że nic go w życiu tyle nie nauczyło, ile te igraszki ze świętościami, które zafundował mu dziad. „Przecież te pogrzeby to był Mrożek pomieszany z Gombrowiczem. Oskar zaszczepił we mnie coś niezwykle ważnego, przekonanie, że śmiech może więcej uczyć niż moralizatorskie tyrady”. Dziadek Oskar sam o sobie opowiadał, że jest wielkim tchórzem. Los jednak chciał, że walczył i w jednej, i w drugiej wojnie światowej. To po wojnie Oskar spotkał miłość swojego życia, Marię Chorąży. „Cóż to była za kobieta. Najbarwniejsza postać w całej naszej rodzinie . Była żoną oficera, który zaginął na wojnie. Dziadka Oskara poznała, szukając śladów po nim. Szybko się w sobie zakochali. Dziadek był babcią Masią, bo tak żeśmy ją nazywali, zauroczony”. Po ślubie z adwokatem Stuhrem babcia Masia zaczęła realizować rzuconą pasję – śpiewanie. Nie mogła żyć bez muzyki. I bez mężczyzn. Jej życiowe motto powtarzane jest ze śmiechem przez wszystkie kobiety w rodzinie  Stuhrów: „Kobieta jest tyle warta, ile te portki mężczyzny, które rozwiesza na sznurze”. „A ja do dziś pamiętam, jak, już po śmierci Oskara, gdy nie miała pieniędzy na nowy strój, wycinała z papieru kołnierzyki na sweter. Ona jest dla mnie uosobieniem klasy”. Wspominając babcię Masię, Jerzy ma  przed oczami obiady, na które zapraszała go, gdy dopiero co poślubił Basię. „Moja żona była wówczas wziętą skrzypaczką, jeździła na turnée po całym świecie. Babcia Masia po obiedzie mówiła: »To teraz czas na chwilę muzyki«. Basia musiała grać, a babcia śpiewała. Cóż to były za przedstawienia. Masia fałszowała niemiłosiernie, a Basia grała bez mrugnięcia okiem. Świetnie się bawiłem, obserwując ten duet”.

 

Wędrówki rodziców
Maciej książki o swojej rodzinie jeszcze nie przeczytał. Jerzy uśmiecha się: „Przeczyta, spokojnie, on tylko potrzebuje czasu i na pewno zrobi to ostatni w rodzinie”. Nauczył się już, że syn wszystko musi robić we własnym rytmie. Nigdy nie starał się go na siłę zmieniać, broń Boże, na swoje podobieństwo.  „Dziś myślę, że moją wielką, może nawet największą wadą jest to, że nie potrafię okazywać uczuć. Mam to po ojcu. On był zamknięty w sobie tak samo jak dziadek Leopold. Kiedy wracałem do domu  ze szkoły i wiadomo było, że dostałem dwóję, ojciec zabierał płaszcz i wychodził z domu. Przed kłopotami uciekał na kilkugodzinne spacery. To mama, jeśli było trzeba, dawała mi w dupę”. Gdy Jerzy był mały, rodzice mieszkali w Bielsku-Białej. Ojciec, prokurator, ze względu na koligacje rodzinne nie mógł swojego zawodu uprawiać w Krakowie. „Do miasta, w którym mieszkała dotąd moja cała rodzina, przyjechałem już jako student. Kiedy powiedziałem rodzicom, że chcę studiować aktorstwo, powiedzieli, że zgodzą się dopiero wówczas, gdy najpierw zdobędę wykształcenie uniwersyteckie. Wybrałem polonistykę i spakowałem walizki. Czułem się w końcu wolny”. To w Krakowie tak naprawdę rozpoczęło się dorosłe życie Jerzego. „W klubie studenckim Żaczek oświadczyłem się mojej ukochanej Basi. Znaliśmy się właściwie od przedszkola. Ona też pochodziła z Bielska-Białej, ale nasze uczucie wybuchło dopiero na studiach. Dziś jestem pewien, że to dzięki Basi tak naprawdę zrozumiałem, jak ważna jest rodzina. Myślę jednak, że łatwo jej ze mną nigdy nie było”. Jerzy szybko zaczął robić karierę. Bywało tak, że większą część roku spędzał we Włoszech, a nie w Polsce. Kiedy przyjeżdżał, nie potrafił się odnaleźć, wszystko go drażniło. „Miałem często wyrzuty sumienia, bo cały dom był na głowie żony. Pamiętam jednak swoją podróż do Bangkoku. Zacząłem wtedy rozmawiać z jedną ze stewardes, która powiedziała mi: »Wie pan, jak wracam do domu, najpierw jest euforia, a potem nagle orientuję się, że oni mają w domu swoje ścieżki, zajęcia i że ja im po prostu przeszkadzam«. Ze mną było tak samo. Trzy tygodnie wytrzymywałem i już chciałem jechać dalej. Żona chyba się do tego po prostu przyzwyczaiła”. Momentem zwrotnym były rodzinne wakacje. Kilka dni przed wyjazdem okazało się, że Jerzy dostał propozycję roli w filmie. „Nie pojadę. Zostaję”, powiedział. Żona odpowiedziała: „Rozwód” i w liście do męża wyłuszczyła, co powinno być w życiu najważniejsze. „Pojechałem z rodziną. To były nasze najwspanialsze wakacje. Chyba wtedy zmieniły mi się priorytety”.

 

My dzisiaj
Teraz w Krakowie mieszka już jedynie Jerzy z Barbarą. Ich dzieci  – Maciej i siedem lat młodsza Marianna – wyprowadziły się do Warszawy. „Marianna tak jak Maciej ma artystyczną duszę. Tyle że wolała ASP. Dziś jest grafikiem”. Jerzy nie może się nadziwić, że dzieci  są już takie duże. „To naprawdę niesamowite, że życie tak mija. Kiedy wspominam ich dzieciństwo, to dochodzę do wniosku, że długo nie wiedziałem, że mam jakikolwiek wpływ na dzieci. A niedawno w którejś z książek znalazłem list napisany przez Maćka. Bał się powiedzieć mi, że źle mu poszła klasówka. Czytając to, pomyślałem, że musiałem być bardzo zamknięty w sobie, skoro nie chciał mi tego powiedzieć, wolał napisać. Żona też pisała do mnie listy, tylko Marianna nigdy”. O tym, jak ważny jest dla dzieci, opowiedziała mu żona. „Kiedyś sama wyjechała z dziećmi na narty. Zostałem w domu, bo pracowałem. I żona zadzwoniła do mnie z hotelu : »Słuchaj, to niesamowite, ale Maciek kopiuje całe twoje zachowanie. Kazał nam oddać mu paszporty i tak jak ty trzyma je w swoim portfelu i pilnuje jak oka w głowie«”.

Podczas pisania książki Jerzy doszedł do wniosku, że żałuje w życiu jednego. Że nie poświęcił dzieciom wystarczająco dużo czasu. Wychowywać nie można na odległość ani moralizując przez telefon, tylko swoją codzienną obecnością, przykładem. „Na szczęście Basia jest matką doskonałą”, mówi. Teraz, kiedy w Krakowie zostali już tylko we dwoje, Basia mówi, że tęskni za dziećmi. Pewnie dlatego w końcu namówiła męża… na kupno mieszkania w Warszawie . „Ja, krakus, w Warszawie – nigdy! Tak myślałem dotychczas. Jakiś czas temu zatrzymałem się w hotelu Hyatt. To blisko Łazienek. Była ładna pogoda, wybrałem się na spacer i nagle zobaczyłem inną Warszawę, nie taką rozbieganą, głośną, ale starą, niemal przedwojenną. Zadzwoniłem do córki i pytam: »Marianka, a może byś znalazła jakieś mieszkanie w okolicach? Byłoby dla ciebie, a my mielibyśmy bazę«. Szybko się uwinęła. Teraz więc jesteśmy już tutaj jak u siebie”. Maciej z żoną Samantą i córką Matyldą mieszkają na Mokotowie. Jerzy przyznaje jednak, że wcale nie jest dziadkiem wpadającym do wnuczki za każdym razem, gdy jest w Warszawie. „Dobrze sobie zapamiętałem tę lekcję, że każda rodzina ma udeptane ścieżki. Nie chcę im przeszkadzać w codziennym rytmie. Wolę się zapowiedzieć i przyjść oczekiwany”. Ośmioletnia wnuczka Matylda to teraz dziadka oczko w głowie. „Uwielbia słuchać opowieści z mojego dzieciństwa. Pewnie dla niej brzmią jak zaklęcie. Kiedy była młodsza, strasznie śmieszyło ją imię krowy należącej do moich pradziadków. »Szeketegestukhea!« – krzyczałem za nią. To był taki nasz szyfr”. Teraz Matylda ma już osiem lat. Niedawno zaczęła szkołę. Jej zdjęcie zamyka książkę o historii Stuhrów. Książkę napisaną dla niej.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 687  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71687

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl