Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 347 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jarosław Grzędowicz - " Pan Lodowego Ogrodu "

środa, 29 lipca 2015 18:58

 

 

Pan z Wami! Jako i ogród jego! Wstąpiwszy, porzućcie nadzieję. Oślepną monitory, ogłuchną komunikatory, zamilknie broń. Tu włada magia.

Vuko Drakkainen samotnie rusza na ratunek ekspedycji naukowej badającej człekopodobną cywilizację planety Midgaard. Pod żadnym pozorem nie może ingerować w rozwój nieznanej kultury. Trafia na zły czas. Planeta powitała go mgłą i śmiercią. Dalej jest tylko gorzej. Trwa wojna bogów. Giną śmiertelnicy. Odwieczne reguły zostały złamane.

pan-lodowego-ogrodu-tom-1-b-iext3651044.jpg

 

 

Anakolut

 

Próbując zrozumieć, dlaczego wcześniej nie sięgnąłem po „Pana Lodowego Ogrodu”, nie potrafię dać sobie jednoznacznej odpowiedzi. Jarosława Grzędowicza dotychczas znałem wyłącznie jako autora opowiadań - zresztą zazwyczaj świetnych. Sądzę, że głównym powodem, dla którego zawsze omijałem w bibliotece wzrokiem tomy „PLO”, były na swój sposób toporne, nie zachęcające okładki pierwszego wydania. Szczęśliwie, Fabryka Słów postanowiła odświeżyć trzy dotychczas wydane części serii w nowym, zintegrowanym wydaniu. Dla mnie to strzał w dziesiątkę, dzięki któremu z ogromną przyjemnością pochłonąłem w krótkim czasie wszystkie trzy tomy, racząc się nie tylko wspaniałą prozą Grzędowicza, ale także wrażeniami wzrokowymi na najwyższym poziomie.

 

Ten krótki wstęp w zasadzie mówi wszystko. „Pan Lodowego Ogrodu” to mistrzowskie dzieło, w pełni zasługujące na miano epokowego i słusznie obsypane mnóstwem najważniejszych literackich nagród. Jarosław Grzędowicz zawarł w tej serii swój cały kunszt, stworzył pełnokrwistych bohaterów oraz żywy, realistyczny świat, a wszystko okrasił narracją, której trudno nie polubić. Wciąż pluję sobie w brodę, że dopiero teraz dałem Panu Lodowego Ogrodu szansę. Na szczęście to jeszcze nie koniec, tom czwarty ukaże się być może jesienią, chociaż po przeczytaniu trzech pierwszych, już teraz coś wewnątrz mnie krzyczy o więcej. Skupmy się tymczasem na tomach I - III.

 

„Pan Lodowego Ogrodu” to powieść fantasy z naleciałościami s-f. Wstęp wręcz sugeruje nam, że jest to typowe science-fiction, wkrótce jednak okazuje się, że to dość mroczne, klasyczne fantasy, w najlepszym znaczeniu tego słowa. Główny bohater, Vuko Drakkainen, komandos o pochodzeniu polsko-fińsko-chorwackim wyrusza na niebezpieczną misję. na oddaloną o wiele lat świetlnych planetę - Midgaard - gdzie grupa naukowców bada jedyną poza naszą, znaną we wszechświecie cywilizację antropoidalną. Jest doskonale wyszkolony, zna języki i obyczaje. Wszczepiono mu biotyczny dopalacz - Cyfral - który wspomaga go na każdym kroku i zmodyfikowano jego wygląd wewnętrzny, aby nie różnił się niczym od typowego mieszkańca Wybrzeża Żagli. Jest przygotowany na wszystko, lecz szybko okazuje się, że nawet to pozorne przygotowanie na każdą okoliczność, to za mało. Midgaard jest bowiem światem, w którym znajomość fizyki i natury rzeczy oraz zdrowy rozsądek nie zawsze wystarczą i nie grają pierwszych skrzypiec. Tu może stać się wszystko, za sprawą nadprzyrodzonych sił, które jednym słowem nazwać można magią. Nawet pomimo tego, że Vuko wzbrania się przed tym ze wszystkich sił.

 

Drakkainen ma za zadanie ewakuować naukowców ze stacji badawczej. Uczeni od długiego czasu nie kontaktowali się z Ziemią, projekt poznawania Midgaardu został na naszej planecie zawieszony. Trzeba dowiedzieć się, co dzieje się z naukowcami, sprowadzić ich do domu i w razie konieczności posprzątać to, co nabałaganili. Niedługo po lądowaniu okazuje się, że stacja naukowa jest pusta. Część naukowców nie żyje, zmarli w raczej osobliwych okolicznościach. Miejsce pobytu pozostałych jest nieznane. Drakkainen rozpoczyna poszukiwania zaginionych, stopniowo dowiadując się coraz więcej o otaczającym go świecie. Równolegle, autor tworzy drugą historię, której bohaterem jest Filar, syn Oszczepnika, Władca Tygrysiego Tronu, następca tronu cesarstwa Amitrajów i Kirenenów. Grzędowicz przedstawia losy Filara w formie jego własnej opowieści, w której czytelnik poznaje najważniejsze epizody z dzieciństwa młodego następcy tronu. Początkowo, wprowadzenie nowego bohatera wydaje się niezrozumiałe i zupełnie nie związane z losami Vuko. Można wręcz powiedzieć, że cały pierwszy tom stanowi swego rodzaju zagadkę. Ani razu nie pojawia się nawiązanie do tytułowego Pana Lodowego Ogrodu, a opowieści Vuko i Filara są całkowicie rozdzielone, nie mając żadnych wspólnych mianowników, nie dając nawet cienia przypuszczenia, w jaki sposób mogłyby się związać. Co tylko zaostrza apetyt na kolejne tomy.

 

pan lodowego ogrodu 2 352x500.jpg

 

 

Księga druga przynosi nowe niespodzianki.  Vuko, który pod koniec pierwszego tomu staje oko w oko z jednym z naukowców, któremu zupełnie nie spieszno odlatywać na Ziemię, powoli wraca do sił. Pozbawiony niemal wszystkiego, co miał, musi na nowo uczyć się dawnych umiejętności, ale zdobywa też nowe, o których wcześniej nawet by nie śnił. Filar natomiast, zmuszony jest uciekać z ogarniętej szaleństwem starej religii stolicy i udając się w nieznane, w towarzystwie tylko jednego sługi i przyjaciela, znaleźć sposób na przywrócenie poprzedniej świetności Tygrysiego Tronu. Akcja ani na moment nie zwalnia. zarówno Vuko, jak i młody cesarz stają przed coraz to nowymi trudnościami, których pokonanie często wymaga sporych poświęceń. A w końcu obaj muszą zdać się na czyjąś łaskę, podporządkować woli silniejszego.

 

Pan-Lodowego-Ogrodu-Tom-3-_bn22059.jpg

 

 

W końcu tom trzeci przynosi jeszcze więcej zaskakujących zwrotów akcji, traktując o niewoli, o magicznej naturze Midgaardu i sile przyjaźni. Autor odkrywa przed czytelnikiem kolejne tajemnice, coraz to nowe elementy układanki trafiają na właściwe miejsce. Sprawy wcześniej niezrozumiałe, stają się coraz bardziej klarowne i oczywiste. I co najważniejsze, losy Drakkainena i Filara w końcu się splatają. Nie zabraknie też nowych zaskoczeń, bowiem Grzędowicz najwidoczniej umiłował sobie rzucanie bohaterów w sytuacje beznadziejne i nie oszczędza ich ani na moment. Zakończenie jest zaskakujące, chwytające za gardło ze zgrozy i powoduje ogromną chęć sięgnięcia po czwarty tom. Niestety, trzeba będzie jeszcze trochę poczekać.

 

Grzędowicz doskonale operuje opisami, tworzy plastyczne, przejrzyste obrazy świata i żyjących w nim ludzi. Mieszkańcy Midgaardu są wiarygodni i nieraz wzbudzają silne emocje. Przedstawiony świat został solidnie i uczciwie przemyślany. Jego poszczególne elementy pasują do siebie, nie ma tu żadnych rażących zgrzytów, a jeśli jakieś niedociągnięcia się znajdą, to i tak giną pod warstwą fachowej, pisarskiej roboty. A do tego spora porcja inteligentnego, często ironicznego humoru.

 

I na koniec, słów kilka na temat wspomnianego na początku nowego wydania. Mówiąc jednym zdaniem: jestem zachwycony. Nie mogę sobie jednak odmówić przyjemności dokładniejszego opisania tych trzech cudeniek. Już przy pierwszym spojrzeniu, wszystkie trzy tomy robią piorunujące wrażenie. Po pierwsze - książki są szyte, a nie klejone, jak większość ostatnio wydawanych tytułów, a oprawiono je w miękką, ale dość grubą okładkę, dzięki czemu z pewnością wytrzymają wielokrotne czytanie. Zastosowany w książkach papier jest dobrej jakości i tekst ze spodu nie prześwituje, a w środku znajdziemy nawet czerwoną wstążeczkę-zakładkę, spotykaną głownie w opasłych tomach naukowych i starych książkach. Ilustracje na okładkach przygotował Piotr Cieśliński i trzeba przyznać, że odwalił kawał dobrej roboty. Książki doskonale prezentują się w dłoni, na biurku i na półce - samo patrzenie na okładkę już budzi emocje i zachęca do zapoznania się z zawartością. Gdybym trafił na tak ładnie wydanego „Pana Lodowego Ogrodu” kilka lat temu, z pewnością nie miałbym do teraz tak rażących braków w klasyce polskiej fantastyki. I jeszcze na koniec, zwieńczenie całego wydania - ilustracje Dominika Brońka, które bardzo bogato i szczegółowo obrazują wybrane sceny powieści. Obrazki są wykonane z najwyższą starannością, w stylu znanym fanom książek wydawanych przez Fabrykę Słów, przepełnione wyrażanymi przez bohaterów emocjami, dynamizmem, dosadną brutalnością... i golizną ;) Każda ilustracja to dodatkowy element do podziwiania, nadający smaku - swoista szczypta przypraw do doskonałego dania zaserwowanego przez Jarosława Grzędowicza.

 

Polecam to piękne, profesjonalne wydanie „Pana Lodowego Ogrodu” wszystkim, którzy zwą się fanami fantastyki. Mieć coś takiego na półce to sama przyjemność - nie wspominając nawet, o lekturze, która sama w sobie jest warta wszelkiej uwagi. Brawo, panie Jarosławie, Piotrze i Dominiku. Brawo, Fabryko Słów!

 

Paweł Kukliński

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Yann Martel - " Życie Pi "

czwartek, 16 lipca 2015 14:03

 

Ranna zebra, orangutan, hiena cętkowana, szczur i tygrys bengalski… Taka menażeria to nie najlepsze towarzystwo w dryfującej po oceanie szalupie. Niestety szesnastoletni Pi Patel po zatonięciu japońskiego frachtowca, na pokładzie którego wraz z rodziną i zwierzętami z prowadzonego przez ojca zoo płynie z Indii do nowej ojczyzny, Kanady, nie ma żadnego wpływu na dobór towarzyszy niedoli. Grupa rozbitków, wśród których – poza orangutanem – Pi Patel jest jedynym dwunożnym stworzeniem, szybko się kurczy, aż pozostaje tylko on i tygrys. Odyseja przez Pacyfik staje się walką o życie – z żywiołem, głodem i, przede wszystkim, z olbrzymim kotem, z którym w bezpośredniej konfrontacji chłopiec nie miałby żadnych szans. By utrzymać zwierzę z dala od siebie, musi na niewielkiej powierzchni szalupy oznaczyć swoje terytorium i stać się osobnikiem alfa.

 

życie pi 352x500.jpg

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=j9Hjrs6WQ8M

 

Anna Aniszczenko

 

„Życie Pi” wszędzie tam, gdzie się nie pojawi robi wokół siebie mnóstwo zamieszania. W 2002 roku zwieńczeniem jego sukcesu w literackim świecie była Nagroda Bookera. W 2012 roku Ang Lee przeniósł na ekrany to, co dla wielu wydawało się niemożliwe do sfilmowania. Reżyser zrobił to w tak wielkim stylu, że „Życie Pi” okrzyknięto „wizualnym arcydziełem” i uznano za jeden z najlepszych filmów roku. W styczniu mogłam powiedzieć wiele komplementów pod adresem Anga Lee, lecz dopiero teraz po przeczytaniu książki wiem, że prawdziwe słowa uznania należą się autorowi powieści.

Zapewne na dźwięk tytułu „Życie Pi” pojawia się wam się przed oczami obraz chłopca, szalupy oraz tygrysa bengalskiego. To jednak tylko część tej historii. Zanim główny bohater, Piscine „Pi” Patel znajdzie się w tej ekstremalnej sytuacji, to spędzi jeszcze wiele beztroskich lat w Indiach. Pi, syn właściciela ogrodu zoologicznego za swoje „podwórko” uznawał właśnie zoo. To jednak mu nie wystarczało. Pi zaczął poszukiwać Boga; w hinduskiej świątyni, w kościele oraz w meczecie. Tę sielankę przerywa dopiero kryzys polityczny w Indiach. Rodzina Patelów z ciężkim sercem postanawia opuścić ojczyznę i udać się do Kanady w poszukiwaniu lepszego życia. Sprzedawszy zwierzęta (a kilka z nich zabierając ze sobą na pokład frachtowca) wyruszają w długą podróż morską. Okazuje się ona jednak nadspodziewanie krótka i fatalna w skutkach. W wyniku sztormu statek tonie, a tylko Pi wraz z kłopotliwą menażerią wyjdzie z tego żywy. Wyczerpująca tułaczka po oceanie będzie dla niego sprawdzianem wiary, wytrwałości oraz umiejętności koegzystowania z groźnym drapieżnikiem.

Kluczem do zrozumienia powieści jest ostatnia jej część, a konkretnie dyskusja między Pi a Japończykami. Ten niezwykły, przygodowy wątek zajmujący przeszło połowę książki okazuje się jedynie pretekstem do poruszenia kolejnej ważnej kwestii. Czy historia Pi i tygrysa mogła wydarzyć się naprawdę? Uwierzysz w nią na słowo czy może wolisz racjonalne wytłumaczenie oraz twarde dowody? Swój światopogląd opierasz na sercu i wierze czy nauce i rozumie? Zatem ile potrzebujesz, by uwierzyć? W Pi, w Richarda Parkera i w końcu w Boga? To pytanie jest jak klamra spinająca całą książkę lub jak fundament na którym zbudowano pasjonującą opowieść o losach chłopca i tygrysa. Wszak Martel wyraźnie zaznaczył jaki cel przyświeca jego książce, ale w ferworze dramatycznych wydarzeń łatwo o nim zapomnieć … i przypomnieć sobie dopiero na końcu. W każdym razie finał wcale nie jest pstryczkiem w nos, ale doskonale przemyślaną puentą.

Z jednej strony „Życie Pi” to szkoła przetrwania, a z drugiej to szkoła życia z lekcją psychologii, filozofii, zoologii oraz etyki religijnej w tle. Przez karty tej powieści w różnych formach i kontekstach przewijają się trzy fundamentalne prawdy: wiara, nadzieja, miłość. W książce znalazło się też miejsce na cichy manifest ekologiczny. Dlatego nie zamierzam kryć pochwał względem Yanna Martela. „Życie Pi” to kopalnia pięknej prozy w której ukryte są głębokie pokłady emocji, wzruszenia oraz refleksji.

Polecam szczególnie tym, którzy jeszcze się wahają czy wybrać adaptacje czy literacki pierwowzór. Zdecydowanie to drugie! Natomiast osoby, które zachwycił film z pewnością jeszcze bardziej zachwyci książka.

 

 

Patrycja "Pattyczak" Wołyńczuk

 

 

Tygrys, łódka i ja

 


Yann Martel jest kanadyjskim pisarzem, który szerszą sławę zyskał dzięki Życiu Pi, nagrodzonemu w 2002 roku Nagrodą Bookera. To stylizowana na reportaż niezwykła historia o silnej woli walki i głębokiej wierze 16-letniego chłopca na wodach Oceanu Indyjskiego.

Powieść jest podzielona na trzy części: pierwsza z nich przybliża dzieciństwo i młodość tytułowego Pi, druga zajmuje lwią część książki i traktuje o 227 dniach dryfowania po oceanie, zaś ostatnia jest próbą logicznego wytłumaczenia fenomenu przeżycia 16-latka na jednej łodzi z dzikim tygrysem bengalskim nazwanym Richardem Parkerem. I choć książkę można streścić do jednego zdania (Przygoda chłopca i tygrysa w łódce pośrodku oceanu), to lektura niesie ze sobą o wiele głębsze treści.

Martel z wykształcenia jest filozofem, odbył również dwuletnią podróż po Indiach, co odbiło się w tematyce  powieści, bowiem nie brak w niej przewrotnych rozważań na temat Absolutu. Przede wszystkim ujmujący jest stosunek głównego bohatera do Boga – Piscine Patela (tak brzmi pełne nazwisko bohatera) z wyboru jest praktykującym wyznawcą trzech religii: hinduizmu, chrześcijaństwa oraz islamu. Z tego powodu nad wyraz dojrzały chłopiec musi nieustannie walczyć z brakiem tolerancji i zrozumienia ze strony najbliższego otoczenia. O ile w przypadku dorosłych ludzi taki brak konkretnej decyzji w sprawie wiary może być odbierana jako ujma, to Pi jest w pełni usprawiedliwiony z racji wieku. Jego pragnienie i jednocześnie życiowy cel odnalezienia drogi do Stwórcy zostaną poważnie wypróbowane podczas najbliższych miesięcy po katastrofie statku.

Czym różni się Życie Pi od innej literatury o zbliżonej tematyce? W przeciwieństwie do powieści takich jak Robinson Crusoe czy 20 000 mil podmorskiej żeglugi, bohater Martela nie znajduje względnie bezpiecznego miejsca (czy to w postaci lądu, czy solidnego statku) w którym musi przeżyć. Nie jest to również książka o niezwykłej więzi między człowiekiem a zwierzęciem, wręcz przeciwnie. Piscine jest osamotniony w swojej walce zarówno z żywiołem, jak i niebezpiecznym tygrysem. Richard Parker nigdy nie został ujarzmiony przez chłopca, który do końca musiał uważać na grożące niebezpieczeństwo z jego strony. Jednocześnie to właśnie ów tygrys stał się jedyną podporą i ostatnią deską ratunku w walce z wszechobecną wodą.

Dzieje młodego Hindusa można rozpatrywać na wielu płaszczyznach, jednakże jest to przede wszystkim opowieść o odwadze i bardzo szybkiej lekcji życiowej dojrzałości. Podczas niezliczonych momentów spokoju i patrzenia na bezkresne wody, Pi zrewidował własne poglądy na temat człowieczeństwa. Bolesne i niejednokrotnie rozczarowujące decyzje umocniły jego niezłomny charakter.

W powieści uwagę przykuwa opis nie tyle samych wypadków, jakie rozgrywają się w łódce (a jest ich niemało), ile rozważania Pi poświęcone ludzkim dążeniom i analogiom do życia zwierząt. Nie są one nadto skomplikowane, lecz ukazane w taki sposób, by co najmniej zaintrygować odbiorcę tekstu i zachęcić do własnej refleksji na ten temat. Zakończenie książki bardzo dobrze zamyka i uzasadnia w logiczny sposób czasem wręcz baśniowe fragmenty w opowiadaniu Piscine'a. Po skończonej lekturze można łatwo skonfrontować obie wersje próby przeżycia na oceanie i prawdopodobnie czytelnik, podobnie jak Pi, będzie chciał wierzyć w tą lepszą, pozbawioną brutalności i cierpienia historię o cudownym wyrwaniu ze szponów śmierci.

Życie Pi nie jest odkrywczą pozycją przewartościowującą dotychczasowy sposób myślenia czytelnika ani też powieścią poruszającą ważne egzystencjalne problemy ludzkości. Jest za to przyjemną lekturą stanowiącą dowód na to, że nawet tak banalną tematykę można przedstawić w ciekawy i nienużący sposób. Mimo iż od początku lektury w czytelniku kłębi się przekonanie o nierealności opisywanych wydarzeń, to warto dać się ponieść wyobraźni.

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Stanisław Grzesiuk - " Boso, ale w ostrogach "

czwartek, 09 lipca 2015 17:07

 

Miał ledwie dwadzieścia dwa lata, gdy w 1940 roku trafił do obozu. Przesiedział tam pięć lat. Był dzieckiem warszawskiej ulicy, cwaniakiem, od najmłodszych lat zahartowanym w bójkach, obdarzonym dużym sprytem i humorem. Był twardy, postanowił, że się nie da - i udało mu się. Przeżył, choć wrócił z gruźlicą i zmarł na nią w 1963 roku. 

Obozowe przeżycia opisał w książce "Pięć lat kacetu" i od razu stał się sławny. Wszyscy orzekli, że to wielki samorodny talent. Miał wówczas lat czterdzieści. Wysoki, mocno zbudowany, lekko pochylony do przodu, jakby szykował się do skoku, z zadziornym spojrzeniem - po prostu kozak. Tam, "na dole", na Czerniakowie - jak sam mówił - tylko kozaki się liczyły. Zarabiał piosenkami warszawskiej ulicy, stał się modny, ludzie chętnie go słuchali. 

W 1959 roku napisał książkę o latach swego dzieciństwa i młodości "Boso, ale w ostrogach". "Wiesz jaki jestem - mówił o sobie - boso, ale w ostrogach". Przywołał w niej świat przedwojennej Warszawy, ukazał historię obyczaju z przedmieścia, namalował barwne postaci swej grandy, w której "kapować nie wolno, skarżyć nie wolno, odegrać się wolno". 

"Grzesiuk lubi popisywać się krzepą - pisze Wojciech Żukrowski - prostuje się wewnętrznie, mogąc komuś dać po łbie, sam też bierze cięgi, ale nie skomli, tylko idzie w kąt lizać rany i poprzysięgać wyrównanie rachunku. Jest w nim jakaś romantyczna szlachetność. Nie odgrywa się za swoje niepowodzenia na słabszych, przestrzega zasad walki. Czytając niektóre karty, ma się go ochotę uściskać, klepnąć po przyjacielsku, dodać otuchy: Nie daj się, trzymaj się twardo". I trzyma się! 

 

Boso ale w ostrogach 233909-352x500.jpg

 

 

Czesław_czyta

 

Wygodny fotel, kanapa, pod ręką kawa czasami papieros, krzesełko w tramwaju lub autobusie to warunki dzisiejszego „czytacza”. A gdyby tak przyszło za przeczytanie kilku rozdziałów książki zapłacić sporą część swojego dziennego dochodu, gdyby trzeba ją czytać w kącie obskurnego sklepu lub wpłacając sporą kaucję można ją wynieść do czytania na łące? Gdyby trzeba wybierać, zjeść albo czytać lub uczyć się? Czy jesteśmy w stanie poświęcić swoją wygodę, apetyt? Gdyby przyszło nam pracować cały dzień a potem uczyć się do nocy a nawet późnej nocy? Czy mamy tak silną wolę i taką potrzebę wiedzy? Autor wykształcony tak jak pozwoliło mu życie, prostym językiem, opisuje swoją Warszawę, świat nizin społecznych, świat (jak nazywa w książce swoją dzielnicę) dołu. Ten świat miał jednak swój kodeks „kapować nie wolno, odegrać się wolno, ale kapować nie”, boso, ale w ostrogach. Świat ten opisywał w swoich felietonach Stefan Wiechecki bardziej znany, jako „Wiech” Wiecha nazywają Homerem warszawskiej ulicy a skoro tak to Grzesiuk jest jej bardem. Wiech zdawał maturę w elitarnym gimnazjum, szkołą życia Grzesiuka była ul. Tatrzańska i Czerniaków. Barwny i ciekawy opis przeplatany częstymi dialogami, wartka akcja to chyba recepta na dobrą książkę. Ja tę pozycję umieszczam na półce z napisem "the best". Polecam.

 

Mikosek17 

 

Czytanie tej pozycji to czysta przyjemność! Pierwszy atutem książki "Boso, ale w ostrogach" jest język użyty przez autora. W ciekawe historyjki z własnego życia pisarz wplótł genialne elementy warszawskiego folkloru. Dzięki niemu mogliśmy poczuć klimat przedwojennej Warszawy, usłyszeć gware "charakternych" chłopaków z Czerniakowa i uświadomić sobie jak mniej więcej wyglądały realia stolicy z dwudziestolecia międzywojennego. Kolejną pozytywnym aspektem jest treść sama w sobie - bardzo ciekawe opowiadania z życia codziennego przed i w trakcie wojny. Grzesiuk przedstawił postacie ludzi, którzy byli odbierani przez społeczeństwo jako "chuligani". Pomimo tej etykiety to oni potrafili zachować się wyjątkowo odważnie i honorowo. Książka skłania do pewnych refleksji na temat obecnego wychowania młodzieży i jej rozwoju. Świetna książka!


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

Stephen King - " Rose Madder "

środa, 01 lipca 2015 15:37

 

Pewnego dnia Rosie Daniels decyduje się porzucić swojego męża, przed którym odczuwa paniczny strach, i pod przybranym nazwiskiem rozpocząć nowe życie. Ucieka do innego miasta, gdzie wkrótce zdobywa ciekawą pracę, nawiązuje znajomości i przyjaźnie. W sklepie ze starociami kupuje niezwykły obraz zatytułowany Rose Madder, który - jak się okazuje - pozwala przeniknąć do innego świata. Tymczasem tropem kobiety podąża jej mąż Norman, policjant psychopata, gotowy zabić każdego, kto mu się sprzeciwi. Jest już coraz bliżej, śledzi jej przyjaciół, zdobywa jej adres. Tylko ucieczka w świat Rose Madder może ocalić życie Rosie...

 

Rose Madder 325060-352x500.jpg

 

 

cykuta

 

Według Stephena Kinga "(....) złe sny są o wiele lepsze od złych przebudzeń." Główna bohaterka jego książki, Rose Madder potrzebowała 14 lat, by dojść do podobnego wniosku.

Przez ten okres czasu tkwiła w wyniszczającym - psychicznie i fizycznie - małżeństwie. Jej mąż, Norman - wzięty policjant - bezlitośnie się nad nią znęcał, doprowadzając do skraju wytrzymałości. Rose jednak pozostawała w tym toksycznym status quo przekonana, że jest skazana na taki los. Aż do momentu, gdy jedna kropla krwi z rozbitego po raz n-ty nosa, odznaczająca się wyraźnie na śnieżnobiałej pościeli przelała czarę goryczy. Ta kropla zadziałała jak katalizator, umożliwiając bohaterce podjęcie decyzji o ucieczce. Podczas swojej podróży ku normalności, Rose napotka kobiety, które jej pomogą, mężczyznę, który pokocha i tajemniczy obraz, który raz na zawsze ją odmieni. W jaki sposób? Tego czytelnicy nie dowiedzą się z mojej recenzji.

Nie na darmo King nazywany jest mistrzem horroru. W przypadku "Rose Madder" nie odmalowuje [na szczęście] przed czytelnikiem wizji makabry i wylewających się flaków. Groza w tej książce ma charakter psychologiczny. Autor niezwykle sugestywnie oddaje w niej obraz męża głównej bohaterki - Normana. W sposób przerażający z i do bólu autentyczny pokazuje sposoby myślenia i działania psychopaty - jego nietolerancję wobec odmienności, pogardę wobec innych, impulsywność i agresję, brak poczucia winy, choćby po dokonaniu najohydniejszych zbrodni [bo przecież ofiara sama jest sobie winna], a także - nade wszystko - bezwzględne wykorzystywanie słabości i potrzeb innych ludzi tak, by stali się środkiem do realizacji własnego celu. W przypadku Normana celem tym było odnalezienie niepokornej żony i przykładnie jej ukaranie.

Równie realistycznie portretuje King ofiarę przemocy i piętno, jakie wywarło na niej wieloletnie obcowanie z szaleńcem. Rose, szczególnie w pierwszej części książki, gdy ucieka z domu, jest tak sterroryzowana, że praktycznie boi się własnego cienia. Paraliżujący strach towarzyszył jej od lat, dlatego teraz za każdym rogiem oczekuje najgorszego - że mąż przyłapie ją na próbie ucieczki i zgotuje prawdziwie piekielne "powitanie". W tym miejscu chciałabym podkreślić, jak ogromne wrażenie na mnie - jako czytelniczce - robi umiejętność autora wczucia się w sytuację kobiety maltretowanej, jej myśli, uczuć, przeżyć... Aż nie chce się wierzyć, że cała tę historię, z jej powalającym na kolana realizmem i dokładnością, a jednocześnie naturalnością napisał mężczyzna, a nie jakaś jego alternatywna osobowość.. Podobny kunszt można było zauważyć w "Historii Lisey" - powieści również pisanej z kobiecej perspektywy, jednak mam wrażenie, ze dopiero w "Rose Madder" zaprezentował się on w całej okazałości.

Abstrahując nieco od głównego tematu i kwestii fabularnych; podczas lektury "Rose Madder" warto zwrócić uwagę na mnogość symboli, pojawiających się na jej łamach. [za przykład może posłużyć ścigający główną bohaterkę byk, który jest metaforą jej męża, motyw labiryntu - skomplikowanej sytuacji życiowej Rose, czy też lisicy - w tej kwestii nic konkretniejszego Wam nie zdradzę]. I jest to coś w rodzaju rysu charakterystycznego dla twórczości Stephena Kinga. Podobnie jak pewne myśli przewodnie, hasła, powtarzane po wielokroć, a stające się czymś w stylu idee fixe poszczególnych bohaterów. Do spółki z - równie typowym dla mistrza - balansowaniem na granicy rzeczywistości i fantazji [czy obraz zakupiony przez Rose faktycznie może wciągnąć ją do swojego świata, czy może wszystko co się w tym świecie dzieje stanowi jedynie wytwór wyobraźni znękanej życiem kobiety?] daje to w wyniku absolutnie psychodeliczny efekt. 

"Rose Madder" to z pewnością książka absorbująca. Wciąga, niepokoi, poraża realnością opisów [King doskonale wie, w jaki sposób za pomocą słowa wywołać w czytelniku określone wrażenia i doskonale nami manipuluje, sprawiając że odczuwamy wstręt i pogardę dla jednych bohaterów, a identyfikujemy się z innymi]. Istnieje jednak wątek, który - nie odbierając ogólnej przyjemności z lektury - nieco mnie irytował. Czytając pełne nadziei opisy nowego związku Rose i niesamowitego oddania, jakim obdarza ją Bill, natrętnie nasuwały mi się na myśl dwa słowa: opera mydlana. Ostatecznie jednak zakończenie książki, w którym - pomimo obecności wyśnionego partnera Rose - proporcje cukru i pieprzu są właściwe, zaciera to niekorzystne wrażenie.

W trakcie lektury nie zawsze byłam pewna, czy opisywane przez Kinga wydarzenia powinnam traktować dosłownie, czy metaforycznie. Chociaż zarówno w pierwszym jak i drugim przypadku można dojść do wniosku, że główna bohaterka jego powieści potrzebuje pewnych symboli, czy rytuałów, by wyzwolić się z patologicznej więzi z mężem, odnaleźć swoją prawdziwą tożsamość i na nowo się określić, tym razem w odniesieniu do samej siebie. W przypadku Rose proces ten zaszedł bardzo daleko; gdyby przyjąć, że książka Kinga jest jedną wielką przenośnią, można by napisać, że bohaterka w postaci tajemniczej nieznajomej z obrazu odnajduje swoje alter ego. Taki rozwój sytuacji umożliwia jej przyznanie się do doznanych krzywd, odnalezienie w sobie siły, pozwalającej przepracować traumę i dokonanie zemsty na tym, który je wyrządził... Byłaby to jednak bardzo daleko posunięta interpretacja. Być może w przypadku "Rose Madder" warto po prostu uznać, że jest to jedna z tych książek, które dostarczają nad nadziei i wiary. Wiary w to, że z każdej, choćby najtrudniejszej sytuacji można znaleźć wyjście, a siła, która to umożliwia znajduje się w nas w samych - potrzebujemy tylko ją uwolnić. I z tą konkluzją pozostawiam Was, Drodzy Czytelnicy.

 

Northman

 

Świetna, wciągająca, momentami zaskakująca książka. Zdumiewający jest przy tym fakt, że jest tak naprawdę jedną z najmniej docenianych powieści Stephena Kinga, a nawet, jeśli dobrze pamiętam, jednym z Jego najgorzej sprzedających się dzieł. "Rose Madder" zdecydowanie zasługuje na docenienie, i to więcej niż z jednego powodu.

Na początek powiem, że King po raz kolejny mnie zaskoczył. Sądząc po rozlicznych opisach można by się spodziewać średniej jakości, umoralnionej opowiastki o maltretowanej kobiecie usiłującej odzyskać swoje własne ja, a tymczasem czytelnik dostaje w "Rose Madder" trzymający do ostatniej chwili w napięciu kryminał z elementami thrillera i klasycznej psychodeli, będącej jednym z najlepiej znanych znaków firmowych autora. Czyta się to po prostu świetnie! Tytułowa bohaterka nie jest przy tym wcale taka kiepska w odbiorze, bezbronna i infantylna jak można by sądzić, jest w niej bowiem mnóstwo odwagi i ukrytej zadziorności. Nie można w tym miejscu także zapomnieć o czarnym charakterze numer jeden tej powieści, Norman Daniels jest bowiem po mistrzowsku przedstawionym psychopatą, którego skala szaleństwa i przerażające pomysły przelane na papier przez Kinga po prostu powalają na kolana i zostawiają czytającego z szeroko otwartymi ze zdumienia ustami. Tak wiernego, wiarygodnego i odstręczającego obrazu psychopaty, przyznam szczerze, nie pamiętam w dziełach Kinga, a i musiałbym się mocno wysilić żeby odnaleźć takowy u innych pisarzy. Niesamowita postać! Można się jej bać, oj można. Wielkie, naprawdę wielkie brawa dla Kinga za Normana Danielsa!

Element psychodeli o którym wspomniałem wiąże się nieodłącznie z centralnym elementem książki, czyli pewnym obrazem, i można by się było go w zasadzie czepiać jako przekombinowanego, ale sądzę, że w tej akurat książce ten pomysł się sprawdził. Nie chcę za wiele zdradzać z fabuły (mam nadzieję, że do tej pory nie wyszedłem za bardzo poza to, co można wyczytać o tej książce przed lekturą), ale myślę, że pomimo pierwszego zdziwienia jakie można odczuć w trakcie czytania, cała ta historia związana z obrazem ma na końcu książki ręce i nogi, i każdy dojdzie po chwili namysłu do takiego właśnie wniosku. A jeśli nie - trudno, każdy ma prawo do własnej opinii:) Mnie się w każdym razie podobało.

Gorąco polecam. Sądzę, że warto odkryć tę książkę, tak często wymienianą na szarym końcu wśród najlepszych dzieł Kinga - odkryć, i mieć nadzieję, że będzie wymieniana przy takich okazjach znacznie wcześniej niż na końcu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  72 440  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 72440

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl