Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 344 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Joanna Chmielewska - " Gwałt "

środa, 31 lipca 2013 17:42

To miała być zwykła rozprawa sądowa w mieści Płocku, ale czy nią była? Czy to gwałt czy nie-gwałt? Czy to cnota czy nie-cnota?
Pewien prokurator, trwale zainteresowany płcią piękną, w szczególności dociekliwą dziennikarką śledczą oskarża gwałciciela, osobiście dokumentując obronę własną. Zramolały sędzia prowadzi sprawę w sposób budzący oszołomienie i paraliż mowy. Dziennikarka podczas procesu rozmawia z własną broszką i rozpoznaje grecki profil dawnej sympatii, która umiała dobrze pływać.
A w tle majaczą się silne kanaty i machloje wysoko postawionych urzędników i ich złotych dzieci – i wszystko to w uroczej atmosferze głębokiego PRL-u.

 

G 352x500.jpg

 

wirydiana

 

Kocham Chmielewską, kocham jej PRL - owskie kryminały, ale ..... te stare. Współczesne komplikacje polityczno - kryminalno - prawne, opisywane przez autorkę, nie maja już tej dozy humoru i absurdu co książki z okresu błędów i wypaczeń. Dlatego podoba mi się, że pisarka w ostatnich pozycjach usiłuje nawiązać do dawnego klimatu poprzez dobrze znanych bohaterów, miejsca akcji.
"Gwałt" osadzony został w samym środku komunizmu. Tajemnica goni tajemnicę, w pozornie błahej sprawie można dopatrzeć się drugiego a nawet i trzeciego dna. Wszędzie działa niewidoczna siła kumoterstwa i układu. Kolega partyjny wspiera kolegę partyjnego w największej głupocie ale równocześnie czyha, aby podstawić mu nogę. Rozumu nie używa już nikt z tego skamieniałego już solidnie betonu partyjnego. W tym wszystkim, młoda ale pełna samozaparcia, płocczanka, Stefcia Rucka postanawia stracić cnotę. Na ewentualnego kandydata wybiera znanego w mieście kasanowę. Niestety, wada anatomiczna dziewicy powoduje, że konsument cnoty zarzuca jej kłamstwo. Trochę w obronie własnego honoru a bardziej podjudzana przez byłą kochankę kasanowy, Stefcia składa doniesienie do prokuratury o rzekomym gwałcie. Prowadzone postępowanie sądowe to jeden wielki cyrk. Prokurator nie wierzy w winę gwałciciela, poza tym zajęty jest piękną dziennikarką. Obrońca wie, że i tak przegra, ale robi co może. I tylko stary i zramolały sędzia wierzy we własne posłannictwo. W tle majaczą główki kapusty i kolejne kieliszki wódki.
To dobre czytadło na letnie dni. Nie absorbuje za bardzo, a opisywane absurdy tamtego okresu mogą podnieść i tak wakacyjny nastrój.

 

Anna Kolodynska

 

 

Zupełnie się tego nie spodziewałam, ale przyznam, że lubię takie niespodzianki. „Gwałt” Chmielewskiej nieoczekiwanie przypadł mi do gustu. 

 

 

 

To nie jest typowy kryminał, choć z przeświadczeniem, że to powieść detektywistyczna po nią sięgnęłam. Za to na pewno „Gwałt” jest świetną powieścią obyczajową, która porusza ważne problemy społeczne.

 

Akcja powieści toczy się na Sali sądowej w Płocku. Sprawa jest poważna, bo oto miejscowy uwodziciel, obiekt pożądania wszystkich mieszkanek Płocka i okolic zgwałcił pierwszą dziewicę w mieście. Jak było naprawdę? Kto kogo „omotał”? Kto kogo poderwał? Będzie dociekała zawzięta dziennikarka, której uda się odnaleźć w całej sprawie drugie dno. Chmielewska stworzyła w „Gwałcie” ciekawe postacie, które odgrywają genialne role w tym spektaklu absurdu.

 

Z niemałym zaskoczeniem muszę przyznać, że między jedną, a drugą stroną zdarzało mi się wybuchnąć śmiechem. Jednak przy tej lekturze moją uwagę zwrócił problem, jaki poruszyła Chmielewska. Szumnie można to nazwać genezą upadku obyczajów. Chmielewska jednak drąży dalej i pokazuje tych, którzy próbują mimo wszystko trzymać się pewnych wartości. Jak wypadają w starciu z tymi wyzwolonymi? By znaleźć odpowiedź na to pytanie trzeba przeczytać „Gwałt”. Nie tylko trzeba, ale i warto, bo to książka zabawna, mądra i całkiem przyjemna. 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Redliński Edward - " Bumtarara "

czwartek, 25 lipca 2013 17:46

Edward Redliński
(ur. 1940 r.), prozaik, dramaturg, scenarzysta, a kiedyś reporter. Autor słynnej "Konopielki”. Laureat wielu nagród, m.in. Fundacji Kościelskich i trzykrotnie nagrody im. Piętaka. Zasadą jego twórczości jest, by żaden kolejny utwór nie powtarzał poprzedniego ni tematem, ni formą. W jego dorobku są reportaże - "Ja w nerwowej sprawie”, "Zgrzyt”; proza - "Listy z Rabarbaru”, "Konopielka”, "Awans”, "Dolorado”, "Szczuropolacy”, "Krfotok”, "Transformejszen”, "Telefrenia”; sztuki - "Awans”, "Jubileusz”, "Wcześniak”, "Pustaki”, "Cud na Greenpoincie”; oraz "Nikiformy”.

 

bumtarara-b-iext8647971.jpg

 

Darska o "Bumtarara" Redlińskiego

 

Najnowsza książka Edwarda Redlińskiego, zatytułowana Bumtarara..., to zbiór tekstów napisanych dobrych kilka lat temu, nierzadko już opublikowanych. Tego typu projekty bardzo często już od samego początku skazane są na niepowodzenie. Bywa tak, gdy jedynym łącznikiem jest nazwisko autora lub ewentualnie miejsce, w którym teksty ukazywały się drukiem. Na szczęście nie jest tak w przypadku Redlińskiego. Otrzymaliśmy zbiór przemyślany i ideowo prowokujący. Zbiór opatrzony został podtytułem "Szkice z wyprawy antyamerykańskiej" i - jak wyjaśnia sam autor w nocie na okładce -

"Słowo 'szkice' w podtytule oznacza, że znajdziecie tu różne gatunki: od opowiadań po miniatury, od felietonów po wywiady (w tym dwa pozagrobowe)."

Różnorodność gatunkowa w tym akurat wypadku wpływa na spójność zbioru, gdyż przekłada się na wielość punktów widzenia i reprezentatywność głosów, dających świadectwo "bycia na emigracji".Bumtarara... to książka, której centralnym punktem jest Ameryka. Wszystko do niej prowadzi i do niej się odnosi. Redliński, diagnozując mentalność Polaka w Ameryce, obnaża umowność pielęgnowanego do dziś mitu o polskości godnej, wielkiej, mocarnej. Tym samym opowieść, która wypływa z następujących po sobie tekstów, staje się dopowiedzeniem historii ze Szczuropolaków, a jednocześnie, w teatralny wręcz sposób, powoli odsłania kurtynę, za którą stoi Polska mała, wstydliwa, służebna i pyszna.

Zbiór Bumtarara... jest podzielony na trzy części: "Przed Ameryką", "Ameryka" (część najobszerniejsza) i "Po Ameryce". Stany Zjednoczone stają się tutaj podstawowym punktem odniesienia, urastają do rangi mitu zmaterializowanego i zrealizowanego. To "amerykańskość" determinuje "polskość". Świat zza oceanu okazuje się na tyle atrakcyjną alternatywą, że dyskredytuje wszystko, co pochodzi z Polski, jest marzeniem, najważniejszym celem, do którego się dąży. Redliński opisuje coś, co można nazwać "amerykańskim genem" tkwiącym w Polaku. Ów gen odpowiedzialny jest za przeciętność, siermiężność, zadowolenie z półproduktów i bezmyślne uleganie urokom kultury masowej. Tym samym autorowi udaje się obnażyć mordę, która kryje się za maską twarzy, prostactwo, które przykrywa pozór kultury, wreszcie patriotyzm, który stanowić ma przykrywkę dla unifikacji i równania w dół. Smutna to diagnoza i dokuczliwa - wolimy przecież patrzeć w lustro i widzieć odbicie potwierdzające doskonałość. I właśnie w tym tkwi siła przekazu Redlińskiego - w podążaniu pod prąd i w pokazywaniu polskiej śmieszności.

Czas "Przed Ameryką" skupia się wokół obrazów postępującego upadku wsi. Na bok odsuwane są wszelkie wartości, nie liczy się praca czy przekonania, a na pierwszym miejscu wiejskiej hierarchii stoi stan posiadania. Opowiadanie Bazar to prawdziwe reality show i wyścig szczurów w jednym. Na scenę, którą staje się plac przed kościołem, wchodzą kolejne rodziny walczące o pierwsze miejsce w kościelnej uroczystości. Zebrana publiczność, na którą składają się mieszkańcy wsi, głośno dopinguje swoich kandydatów, a przeciwnikom wytyka różnego rodzaju przewinienia. Hierarchiczność małej społeczności sprowadza się do prostego porządku: na samym szczycie są ci, którzy mają najwięcej i są najbardziej widoczni. Ten, kto nie umie lub nie chce poddać się ocenie, zostaje wyrzucony na margines, należy go wyeliminować, bo wyłamuje się z grupy doskonale przystosowanej do tego, by upodabniać się do siebie. Inny musi więc zniknąć.

Podobny stosunek do kogoś, kto się wyróżnia, króluje wśród tych, którzy znaleźli się "na emigracji". Czas "Ameryki" to opowieść powstająca na zasadzie permanentnego zaprzeczania własnej tożsamości i zapatrzenia się w mit amerykańskiego sukcesu. Klasyczny emigrant zarobkowy doświadcza stanu bycia w zawieszeniu, ciągle "pomiędzy". Z jednej strony fascynuje go Ameryka, z drugiej nie umie zapomnieć o Polsce. Przez tego typu wątpliwości nie jest w stanie próbować walczyć z wyzwaniami dnia codziennego, łatwo decyduje się na bylejakość, bez problemu zgadza się na status kogoś podrzędnego. Będąc tak naprawdę na samym dole społecznej hierarchii, ciągle kultywuje romantyczny obraz Polski cierpiącej i swoją przynależność do narodu wybranego.

Redliński oprowadza nas po różnych zakątkach Ameryki. Poznajemy nieudaczników, którzy wcale nie chcą pracować, ale chętnie użalają się nad swoim losem. Widzimy ludzi, którzy marzyli o zupełnie innej pracy, a teraz, wykonując najgorzej płatne zajęcia, cieszą się, że w ogóle pracują. Czytamy o tych, którzy swoim wyjazdem przekreślili życie rodzinne i nic nie osiągnąwszy za oceanem, wszystko stracili w Polsce. Poznajemy ludzi, którym się udało, ale okupili to ciężką pracą ponad siły i licznymi wyrzeczeniami. Niezależnie jednak od tego, jaki jest finał poszczególnych historii, jedno powtarza się jak mantra: jest ciężko, jest bardzo trudno, trzeba najpierw upaść bardzo nisko, by potem się podnieść. Problem w tym, że wielu nie powstaje. A jeszcze większy problem, że prawie nikt nie wierzy w trudności. Mit amerykańskiego sukcesu w świadomości przeciętnego Polaka zostaje zrównany z mitem Polski cierpiącej, męczeńskiej, wybranej. A że jedno wyklucza drugie? (O czym co chwilę przypomina Edward Redliński). To nic. Polak akceptuje polsko-amerykański mezalians, jest do niego tak mocno przywiązany, że wszelkie ostrzeżenia traktuje jako coś, co jest wymierzone w jego własne szczęście. Broni się więc wszystkimi siłami przed brzydką Ameryką, przywiązany jest przecież do tej pięknej, atrakcyjnej, ponętnej. W jednym z tekstów czytamy:

"Piszemy listy do przyjaciół, do rodzin w Polsce. Chcemy przedstawić im trudności życia w Ameryce. I nikt nam nie wierzy. Ci, którzy wracają z Ameryki, pokazują głównie tamtejsze pieniądze. A zapominają - czy zatajają - sprawy przykre. Nie wspominają o swoim upośledzeniu. Pamiętam z Polski, że o kimś, kto wracał ze Stanów, mówiono z szacunkiem: ma forsę. Dolary. Nieraz myślałam: jak ten człowiek mógł poradzić sobie bez języka? Jak się porozumiewał? Kim był w Ameryce naprawdę? Jeśli pojechał bez angielskiego i wrócił bez angielskiego? Dziś wiem."

Redliński opisuje różne postawy Polaków w Ameryce. Jedni są rozczarowani tym, że dopiero teraz zobaczyli Stany, i czują się, jakby zdradzali swoją pierwszą miłość - Polskę (Druga miłość); inni, choć pozostają w Ameryce, szukają uzasadnienia, dlaczego się nie przystosowali i dlaczego im się nie udało, a tak naprawdę nie robią nic, by los wziąć w swoje ręce (Bumtarara). Pisarz odsłania przed czytelnikami wzajemną nieufność i kierowanie się stereotypami (Jak Amerykanin z Polakiem), pokazuje też zupełnie inną relację pomiędzy jednostką a tłumem - w Polsce odmienność dziwi i zwraca uwagę, w Ameryce jest elementem składowym społeczeństwa, czymś normalnym (Nowojorczenie).

Redliński obnaża śmieszność patriotycznych gestów, pokazuje, jak żałośnie wygląda polskie upodobanie do martyrologii, jak odstręczająco działa na ludzi polskie upodobanie do wywyższania własnego narodu. Spektakularne gesty w obronie polskiego grajdołka, choćby sprowadzały się do samobójstwa na pokaz, nikogo nie interesują, a jeśli już ktoś zwróci na to uwagę, to jedynie z politowaniem. Redliński pisze:

"Zresztą wszystko mi jedno, Polaków w Nowym Jorku dużo, ze trzysta tysięcy, dziury nie będzie, jeśli kilku czy kilkuset się zabije, przyjeżdżają nowi, tysiącami."

Czas "Po Ameryce" to jeszcze jedna diagnoza polskiego upadku. Zapatrzeni we własną przeszłość, przyszłość i teraźniejszość budujemy z amerykańskich resztek, przejmując z upodobaniem to, co w kulturze zza oceanu najgorsze. Zadowolenie czerpiemy z marnego odbicia Zachodu, z wykoślawionej wersji amerykańskiego sukcesu, z marnych podróbek, w których widzimy oryginalność. Ekscytujemy się podglądaniem Amerykanów. Diagnoza Redlińskiego jest gorzka i niewygodna dla wielu. W Polsce króluje przeciętniactwo:

"Greenpointyzacja. Greenpointyzacja kraju miedzy Odrą i Bugiem. Tak. Nie amerykanizacja. To może byłoby i niezłe. Ale grynpojtyzacja. Polska jest jednym wielkim Greenpointem."

Pisarz nie szczędzi przykrych (ale i prawdziwych) słów:

"[...] my przyswajamy Amerykę od końca. Od tandety. Od pornografii, gangsterstwa i gadżetów."

Bumtarara... Redlińskiego to opis postępującego upadku Polski. To historia uporczywego spoglądania do tyłu, które uniemożliwia dostrzeżenie tego, co "tu i teraz", we właściwej perspektywie. Celna diagnoza Redlińskiego odsłania kulisy postawienia cielca pod nazwą "przeciętność" i odprawiania modłów na jego cześć. Wszyscy uczestniczymy w tym spektaklu, mniej lub bardziej świadomie. A mit emigracji zarobkowej zwieńczonej spektakularnym sukcesem jest jednym z elementów powtarzanego przedstawienia. Lubimy przecież wierzyć w nieprawdziwe: że sukces bierze się znikąd - przychodzi sam, jest przeznaczeniem, jest amerykańskim spełnionym marzeniem .


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Michel Faber - " Szkarłatny płatek i biały "

środa, 24 lipca 2013 14:39

„Miasto, do którego cię wprowadzam, jest ogromne i skomplikowane jak labirynt. Nigdy przedtem w nim nie byłeś” – tak Michel Faber rozpoczyna swoją powieść. I ku naszemu zdumieniu tym miastem okazuje się Londyn. Jednak scenerią powieści nie jest metropolia, jaką znamy z turystycznych folderów, lecz pajęcza sieć brudnych wiktoriańskich uliczek.

To tu pracuje główna bohaterka – Sugar – prostytutka o przeciętnej urodzie, która dzięki doskonałej znajomości mężczyzn, inteligencji i niezwykłemu w jej zawodzie oczytaniu oczarowuje bogatego właściciela firmy perfumeryjnej. Sugar staje się utrzymanką Williama Rackhama, pomaga mu w prowadzeniu firmy, by w końcu wprowadzić się do rezydencji jako niańka jego niekochanej córki.

Bestsellerowa powieść Fabera oprowadza czytelnika po londyńskich ulicach, pozwala poczuć atmosferę dzieł najważniejszych angielskich autorów tej epoki: Dickensa, Brontë, Carrolla i innych. Jednocześnie współczesne spojrzenie autora sprawia, że powieść doskonale się czyta i każdy może w niej znaleźć coś dla siebie

 

352x500.jpg

 

http://www.youtube.com/watch?v=tN6kjC0zgYI

 

allison

 

Napisana z epickim rozmachem powieść o skomplikowanym i niełatwym uczuciu, jakie łączy ludzi pochodzących z różnych światów. 

W literaturze można znaleźć wiele mniej i bardziej udanych przykładów opowieści o związku tzw. porządnego mężczyzny z wyższych sfer z kobietą lekkich obyczajów. Książka Fabera na pewno należy do najciekawszych i najbardziej ambitnych utworów. 
Autor skupił się nie tylko na cielesności bohaterów (chociaż temat ten został potraktowany szczegółowo i realistycznie), ale także na ich życiu wewnętrznym, oczekiwaniach i nadziejach, obawach, motywach postępowania... 

Od początku wiadomo, że związek skazany jest na klęskę, gdyż nie ma dla niego miejsca w świecie spętanym przez społeczne konwenanse i uprzedzenia. Pomimo tego śledzi się losy postaci z zapartym tchem. 

Książka klimatem przypomina mi najlepsze powieści dziewiętnastowiecznych pisarzy angielskich, zwłaszcza Dickensa. Jest w niej miejsce na realistyczne, a czasem naturalistyczne opisy, ale odnajdujemy również elementy liryczne i nastrojowe. Nie jest ich jednak wiele, gdyż opisany świat jest pełen niegodziwości, biedy, brudu, zakłamania... Ale nawet w tym plugawym i mrocznym świecie jest miejsce na mały azyl, jaki stworzyła sobie główna bohaterka.

"Szkarłatny płatek..." to także powieść dokładnie charakteryzująca miejską przestrzeń dzielącą się na dobre i złe dzielnice. W tych drugich królują przestępcy, prostytutki, naciągacze i żebracy. Tu też rozgrywa się znaczna część akcji. Jednak gdy poznajemy stosunki panujące w domach mieszczan i arystokracji, okazuje się, że pod płaszczykiem uprzejmości, piękna i dobrych manier kryją się najniższe instynkty. 

Polecam wszystkim, którzy lubią rozbudowane epickie historie, nie zawsze ujmujące i urzekające, ale na pewno pasjonujące i dające do myślenia.

 

 ANNA URBAŃSKA

 

Pierwsze słowa jakie cisną mi się na usta w związku z tą powieścią to: niesłychana, monumentalna, intrygująca. O takiej książce nie można nie napisać. Poruszyła mnie i, wbrew wszystkiemu, zachwyciła. Dlaczego "wbrew wszystkiemu"? Zaraz wytłumaczę, na razie popadam w ekstazę czytelniczą i szukam synonimów do określenia "elektryzująca".

Wędrówka po XIX-wiecznym Londynie nie może być krótka - to metropolia pełna ciemnych i niebezpiecznych zaułków i tajemniczych miejsc, których nie znajdzie się w najpopularniejszych przewodnikach. Mimo iż dużo mniejszy niż współczesny (dzielnica Notting Hill, które dziś namierzymy o "rzut beretem" od centrum, wówczas znajdowało się daleko na przedmieściach), Londyn tamtych lat był nie mniej intrygujący, a już na pewno nie bardziej bezpieczny. Narrator jest naszym przewodnikiem, który nie obiecuje spokoju i sympatycznych przeżyć - ostrzega, że możemy nie tylko się zgubić, ale także stracić życie. Wędrówka trwać będzie przez ponad osiemset stron, trzeba się więc zaopatrzyć w wygodny fotel, ciepły kocyk oraz duże ilości herbatki z cytryną. I już można wyruszać.

Zagłębimy się w świat wiktoriański, ale nie taki, który znamy z kart powieści Jane Austen. W tamtej rzeczywistości istniały tylko pałace i dwory elit brytyjskich, czasem trafiał się okazały dworek, w którym rezydował pastor z rodziną. Na peryferiach migotały miejskie kamienice pełne zubożałych starych panien, które jednak nie musiały pracować, by żyć. Faber rujnuje sympatyczny obraz wiejskich rezydencji i domków zamieszkiwanych przez miłe panienki i przystojnych dżentelmenów, których jedynymi problemami były spory spadkowe, a czasem konieczność przeprowadzenia się z większego domu do trochę mniejszego. Prowadzi nas do podziemi, w tajemnicze, ciemne, brudne zaułki, przedstawia nam londyński półświatek, w który nie jest bezpiecznie zapuszczać się bez przewodnika.

Na początku podróży poznajemy różne osoby, fragmenty ich historii, drobne elementy życiorysów, ale dzieje się tak tylko po to, by doprowadziły nas one do właściwej bohaterki. W ten sposób na naszej drodze staje Sugar, nietypowa londyńska prostytutka. Młoda dziewczyna, zmuszona do nierządu przez własną matkę, nie jest klasyczną pięknością - chuda jak szczapa, koścista niczym suchotnik i ma płaskie piersi, a jej szerokie dłonie z trudem mieszczą się w damskich rękawiczkach.Przypomina rudego, bladego chłopca o dziwnej chorobie skóry, ale zdaje się mieć magnetyczny wpływ na mężczyzn, którzy lgną do niej jak ćmy do światła. Prawdopodobnie ma to coś wspólnego z jej inteligencją i oczytaniem - nietypowymi zaletami w świecie prostytucji. Sugar poznaje Williama Rackhama, który, nie mogąc się jej oprzeć, zmienia całkowicie swoje życie. Potrzebuje pieniędzy na utrzymankę, więc przejmuje od ojca interes i staje się potentatem perfumeryjnym, odnajduje sens i radość życia. Sugar spełnia swoje marzenie - wydostaje się z ponurych zaułków dzielnicy nierządnic, by zamieszkać w czystej, przestronnej i bogatej okolicy. Rackham ma żonę i córkę, ale nie przeszkadza mu to uczynić z Sugar swojej pomocnicy, powiernicy i najważniejszej istoty w życiu. Z czasem dojrzewają do decyzji o wspólnym zamieszkaniu - dziewczyna zostaje guwernantką Sophie, córeczki Williama. Ten wybór okazuje się być jednym z najbardziej nieszczęśliwych w życiu obojga...

Ten rozbudowany wątek jest tylko jednym z wielu. Z jednej strony poznajemy funkcjonowanie świata prostytucji,  z drugiej  mamy dramaty rozgrywające się za zamkniętymi drzwiami bogatych rezydencji i mniej wystawnych domów mieszczańskich. Mnogość postaci pozwala nam na poznanie najróżniejszych aspektów życia w XIX-wiecznym Londynie, a genialne portrety psychologiczne, misternie utkane sylwetki zapadają w pamięć - zdaje się, że na zawsze.

Wracam do mojego "wbrew wszystkiemu"... Zrazić czytelnika może język Fabera, który miejscami nie jest ugładzony, elegancki. Czasami mnie zniesmaczał, sprawiał, że zastanawiałam się, czy książka, w której znajdują się takie określenia może należeć do moich ulubionych. Po jakimś czasie zdałam sobie jednak sprawę z tego, że nie może być gładki i piękny - byłby fałszywy i nie ukazałby świata przedstawionego w sposób wiarygodny. Często wulgarny, czasem po prostu plugawy - jednak fascynuje i przyciąga, bo jest oczywiste, że takim musi być, aby stać się realnym. Nie znaczy to przecież, że musimy nagle zacząć lubować się w mocnym naturalizmie języka, wystarczy, że zdamy sobie sprawę z jego prawdziwości, że odkryjemy, iż to właśnie dzięki temu zapominamy o fikcyjności i przenosimy się w czasie, by uczestniczyć w czymś, co, jak się wydaje, rzeczywiście miało miejsce.

Nie można przy tym nie zwrócić uwagi na znakomity styl, jakim autor operuje, pozornie bez wysiłku nawiązując do najlepszych tradycji prozatorskich. Przypomina Dickensa, Hugo, Flauberta, Zolę... Poetyckie porównania i metafory, wspaniałe opisy i cudownie prowadzona narracja obok brutalnego i wulgarnego języka półświatka - kontrasty, jakich pełna była XIX-wieczna rzeczywistość.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Stephen King - " Joyland "

wtorek, 23 lipca 2013 19:46

Jeden z najpopularniejszych pisarzy wszech czasów powraca!
Devin Jones, student college’u, zatrudnia się na okres wakacji w lunaparku, by zapomnieć o dziewczynie, która złamała mu serce. Tam jednak zmuszony jest zmierzyć się z czymś dużo straszniejszym: brutalnym morderstwem sprzed lat, losem umierającego dziecka i mrocznymi prawdami o życiu – i tym, co po nim następuje. Wszystko to sprawi, że jego świat już nigdy nie będzie taki sam...
Życie nie zawsze jest ustawioną grą. Czasem nagrody są prawdziwe. Bywają też cenne.

Pasjonująca opowieść o miłości i stracie, o dorastaniu i starzeniu się – i o tych, którym nie dane jest doświadczyć ani jednego, ani drugiego, bo śmierć zabiera ich przedwcześnie. 

„Joyland” to Stephen King w szczytowej pisarskiej formie, równie poruszający jak „Zielona Mila” czy „Skazani na Shawshank”. To jednocześnie kryminał, horror i słodko-gorzka powieść o dojrzewaniu, która poruszy serce nawet najbardziej cynicznego czytelnika.

 

joyland_IMAGE1_282857_14.jpg

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=Sv6y9yC5C14

 

 

Monika Samitowska-Adamczyk

 

Kuglarz z kuglarzy i jego Straszny Dwór

Żyjemy w świecie głęboko zepsutym, pełnym wojen, okrucieństwa i bezsensownych tragedii. Każdy zamieszkujący go człowiek dostaje swoją porcję nieszczęścia i nieprzespanych nocy. – mówi Bradley Easterbrook w przemowie do swoich pracowników.Biorąc pod uwagę fakt, że taka jest smutna, ale niezaprzeczalna prawda o ludzkiej kondycji, tego lata otrzymaliście bezcenny dar: jesteście tu po to, żeby sprzedawać zabawę. To właśnie oferuje właściciel miasteczka Joyland – zabawę. Jego pracownicy będą ją rozdzielać, poprzez oferowane przejazdy kolejkami górskimi, chwilami spędzonymi z maskotką wesołego miasteczka, wizytami w gabinetach luster czy w domu strachów. Taki sam miło spędzony czas oferują inne wesołe miasteczka. Podobną rozrywkę znajdujemy w filmach, muzyce, sezonowych ulicznych atrakcjach. Śmiem również twierdzić, że tę oto rozrywkę sprzedaje też sam Stephen King.

Tego, że Stephen King potrafi fenomenalnie pisać, nie trzeba nikomu udowadniać. Podejrzewam również, że niewielu trzeba naprawdę zachęcać do prozy króla horroru. Stephen King potrafi zaciekawić, potrafi przestraszyć i trzymać w napięciu. Ten właśnie autor wyjątkowo umie przykuć uwagę czytelnika i porwać go w niezapomnianą podróż. W tym sensie mówienie o „Joyland”, najnowszym dziele spod jego pióra, może wydawać się prawie metaforyczne i symboliczne. Powieści Kinga działają na zupełnie podobnej zasadzie, co domy strachów w wesołych miasteczkach. Jesteśmy porywani w podróż kolejką. Od pierwszych momentów wycieczki cała nasza uwaga skupia się na świecie, w który się zagłębiamy. Otwieramy zmysły i narasta w nas napięcie. Po drodze wyskakują upiory, duchy i inne niespodziewane atrakcje, które w mniejszym lub większym stopniu wywołują w nas strach. Nieraz krzyczymy, niejednokrotnie wstrzymujemy oddech. Ale nawet w tych kolejkach, gdzie upiory udaje nam się przewidzieć, gdzie nie wywołują paniki i prawdziwej grozy, buduje się w nas napięcie i zaciekawienie, bo może za rogiem lub za niespodziewanie otwierającymi się drzwiami coś jeszcze nas zaskoczy.

Właśnie to napięcie w powieściach Kinga jest cechą niezawodną. W „Joyland” autor stwarza je już na samym początku. Pojawia się przepowiednia, pojawia się nawiedzający dom strachów duch. Roztacza się aura tajemniczości i wyczekiwania na to, co i z której strony na nas wyskoczy. Wprawdzie przyznać trzeba, że nie wyskakuje zbyt wiele. Najnowsza powieść mistrza grozy jest bardziej książką obyczajową, o dorastaniu, poszukiwaniu siebie, bardziej skupiającą się na sercowych problemach Deva Jonesa, niż na akcji przerażającego horroru czy nawet kryminału. Pod tym względem „Joyland” więc może nawet rozczarować. Zbyt mało jest bezpośrednich momentów przerażenia wśród bohaterów, zbyt mało w domu strachów rzeczywiście straszy. Zagadka kryminalna, jak i scena finałowa mogą wydać się przewidywalne, a nawiedzający dom strachów duch zupełnie nieszkodliwy. Wciąż jest to jednak świetnie napisana powieść.

Ostatnimi czasy Stephen King upodobał sobie odgrywanie świata z przeszłości w swoich powieściach. Fenomenalne było odzwierciedlenie przełomu lat 50. i 60. w Stanach Zjednoczonych w „Dallas ‘63”. W „Joyland” King idzie o dziesięć lat do przodu, opisując lato 1973 roku. Być może ma o wiele mniejsze pole do popisu niż w swojej poprzedniej książce. Tu skupia się głównie na życiu akademickim, na sezonowej pracy i na środowisku wesołego miasteczka. Atmosfera parku zabaw jest świetnie odczuwalna. King tworzy swoisty żargon kuglarzy, który nadaje postaciom autentyczność. Jak twierdzi w posłowiu, być może pracownicy parków rozrywki nie nazywali klientów „ćwokami” czy „szaraczkami”, a pięknych dziewczyn „dzióbkami”; być może jest to po prostu fikcja. Budowany jednak w ten sposób świat, głęboko i realistycznie zakorzeniony, sprawia, że każda z postaci zostaje autentycznie przywołana do życia, za co Stephena Kinga śmiało można ogłosić genialnym kuglarzem. Być może nie kuglarzem z kuglarzy, gdyż ten termin, jak chce go autor definiować, jest zarezerwowany dla osób dziedziczących ową profesję. Gdyby jednak mógł oznaczać wybitność, bez wątpienia można by przyszyć Kingowi podobną metkę.

Kim jest więc kuglarz? Ano kimś, kto zna się na różnego rodzaju sztuczkach, kimś, czyją profesją jest zabawa. W najnowszej powieści Kinga sprzedaje się rozrywkę i zabawę. I właśnie tej rozrywki czytającym „Joyland” nie zabraknie, sam autor bez wątpienia jest tego gwarancją. Mamy jednak nadzieję, że zawsze będziecie wspominać czas spędzony w Joylandzie jako coś wyjątkowego – wyraża nadzieję pan Easterbrook, właściciel „Joylandu”. Nie sprzedajemy mebli. Nie sprzedajemy samochodów. Nie sprzedajemy ziemi, domów ani funduszy emerytalnych. Nie mamy żadnych celów politycznych. Sprzedajemy zabawę. Profesja to niezwykle przyjemna, zwłaszcza gdy jest się dobrym w tym, co się robi. Klienci są zadowoleni. A interes, jak diabelski młyn czy, jak kto woli, joylandowa Carolina Spin, się kręci…

 

Piotr

 

 

Autora przedstawiać nie trzeba. Król pisarzy jest tylko jeden. Konia z rzędem dla tego, kto nie czytał chociaż jednej powieści, albo opowiadania Stephena Kinga. Po lekturze "Joylandu" odetchnąłem z ulgą. W tej opowieści poczułem i zobaczyłem starego, dobrego Kinga. Pisarz tym razem bawi się z nami formami. Nie jest to utwór, który można jednoznacznie kategoryzować i zaszufladkować. Nie będę się rozpisywał o fabule, gdyż myślę że ta jest wystarczająca znana z innych stron. 

Wesołe Miasteczko kojarzy mi się z dzieciństwem i radością. A King pokazuje nam także inne oblicze tego miejsca, pozwalając zajrzeć za kulisy takowego miejsca i poznać historię, która chociaż w części mogła się zdarzyć. Ilu z nas nie przeżyło zawodu miłosnego? To teren, który żyje nawet wtedy, gdy nie jest dostępne dla zwiedzających. Morderstwo, pojawiający się duch, jasnowidzenie i tajemnice parku rozrywki. Wszystko doprawione szczyptą grozy i narastającego napięcia. Kiedy nam się wydaje że zaraz będzie wielkie BUM, jest coś zupełnie innego. Prawdziwy mistrz zaskakiwania.

Akcja w "Joyland" miejscami toczy się opieszale, ale przecież nie mamy tutaj do czynienia z książką akcji. Mimo tego, autor potrafi zatrzymać przy sobie czytelnika. Kiedy przeskakiwałem na kolejną stronę na Kindlu - (książka w formie ebooka) - czekałem na to, co wydarzy się dalej. Kocham dopracowane sceny, dopowiedziane historie i wyraziste postacie. Wtedy mój umysł pracuje na pełnych obrotach.

Styl Kinga nie jest możliwy do skopiowania. Dokładnie zaplanował miejsce swojej narracji, dokładnie opisał miasteczko, pracowników i kolejne postacie, które wprowadzał stopniowo. Ujęła mnie historia niepełnosprawnego chłopca z darem jasnowidzenia, podoba mi się historia opowiedziana z perspektywy czasu. Oczywiście takowych smaczków jest o wiele, wiele więcej. King potrafi zaczarować każdą stronę, zahipnotyzować swoją formą i przesłaniem. Osobiście uwielbiam historie, które dzielą się w przeszłości. Amerykańskie miasteczka które opisuje King w swoich książkach żyją własnym życiem. Tytułowy park rozrywki jest taki sam. Po lekturze zapragnąłem wyjechać do tego miejsca (jakby naprawdę istniało). Brawo Mistrzu. Uwierzyłem, że Joyland naprawdę istnieje.

Samo zakończenie powieści nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, ale to nie wpłynęło na ogólny odbiór. Czy ta historia kończy się szczęśliwie? Warto się samemu przekonać. Nie zawiedziesz się czytelniku. Polecam!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Izabela Sowa - " Owocowa trylogia "

poniedziałek, 22 lipca 2013 17:58

Przyjaźń i miłość tak samo słodkie, a rozczarowanie i odrzucenie – gorzkie. Izabela Sowa urodziła się za siedmioma lasami, w Jagodowej Stolicy Polski. Zamieszkuje przytulną dziuplę niedaleko Bulwarów Wiślanych. Swój balkon dzieli z kapryśną pnącą różą i dwoma zwariowanymi dachowcami. Choć sowa, od mięsa woli cukrowy groszek. Choć drapieżna, poluje wyłącznie na dobre filmy albo pierwsze poziomki. Choć zalatana, nie lubi wznosić się w powietrze. Woli zanurkować w wodzie. Odrywa się od ziemi tylko po to, by pobujać w obłokach

 

 

 Smak świeżych malin

Książka przedstawia życie nastolatek, dwudziestolatek i trzydziestolatek w tym pięknym kraju Europy Środkowej, dającym tyle możliwości atrakcyjnym syrenom, obdarzonym przez Naturę i doświadczenie gumowym kręgosłupem, skórą nosorożca oraz łokciami z hartowanej stali. Jak sama mówi o głównej bohaterce: 
Malina nie jest kolejną rodzimą podróbką Bridget Jones czy Ally McBeal, tak jak "Pomysłowy Dobromir" nie jest polską wersją animowaną "Mc Gyvera", Jakub Burski - słowiańską doktor Queen, a Smok Wawelski - krakowską MechaGodzillą. Malina to po prostu malina, a nie polska odmiana owocu kiwi. 
Taka właśnie jest główna bohaterka, ze swoimi lękami, marzeniami i wizją świata ukształtowaną właśnie tu: w krainie bigosu, żurku i salmonelli.

smak świeżych malin352x500.jpg

 

Cierpkość wiśni

 

Jej bohaterka i narratorka, Wiśnia (czyli Wisława), przekracza właśnie próg dorosłości - rozpoczyna studia na sławnym Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Życie żaka, jak wiadomo, łatwe nie jest: na uczelni rządzą sekretarki, profesorowie dusze mają sfrustrowane, a umysły zakręcone (ale jak!), pieniędzy na stypendia nie ma, tak samo miejsc w akademikach, a stancje, okazuje się, nie tylko pierwszą literę mają wspólną ze slumsami. Zatem czarna rozpacz? A skąd! Jest przecież przyjaźń, są kumple, jest miłość i jest życie - czasem - takie śmieszne...

 

cierpkosc.jpg

 

Herbatniki z jagodami

 

 

Bohaterka powieści zamykającej owocową trylogię Izabeli Sowy przekroczyła już trzydziestkę. Jest pracowniczką ogromnej międzynarodowej FIRMY, kochającej tylko samice i samców alfa (czyli bezwzględne, agresywne wyścigowce).

Jagoda nie ma żadnej z wymienionych cech, toteż marzy jej się dotrwanie do emerytury w roli jednego z tysięcy trybików korporacyjnej machiny W kraju, w którym kobiety z dwoma fakultetami i znajomością trzech języków uważa się za przeedukowane (czytaj niepotrzebne), nie można przecież pozwolić sobie na grymasy. Jagoda traci jednak swoje miejsce przy biurku oddzielonym od innych plastikową ścianką. 

Postanawia wyjechać do rodzinnego miasteczka. Klęska? Niekoniecznie. Życie na prowincji może być bardziej ekscytujące niż w dużym mieście. Ostatecznie wszystko bowiem zależy od ludzi.

 

Herbatniki-z-Jagodami_Izabela-Sowa_images_big_29_978-83-62955-48-0.jpg

 

Zielone jabłuszko

 

 

Połowa lat osiemdziesiątych. Polska pogrążona w kryzysie i szarej beznadziei. Ania Kropelka mieszka z prababcią, babcią, dziadkiem i kotem Dziurawcem w małym, cichym, trochę nudnym miasteczku. Każdy tutaj żyje życiem innych i marzy o ucieczce za ocean, ale niewielu decyduje się na ten krok. Wolą czekać na cud. Tylko mamie Ani się udało. Jednak Ania nie chce wyjeżdżać. Kocha swoje miejsce na ziemi. Sentymentalna podróż do czasów, kiedy każde mieszkanie zdobiła meblościanka, w supersamach walczyło się o frykasy na kartki, na listach przebojów królowała Sabrina i tylko uczucia były takie jak dziś.

 

zielone_jabluszko001.jpg

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  72 439  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 72439

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl