Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 348 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Wojciech Mann - " RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą "

środa, 24 czerwca 2015 14:16

 

Barwne wspomnienia znanego dziennikarza muzycznego i legendy polskiego radia.

Na początku był odbiornik radiowy AGA z mnóstwem tajemniczych świecących lamp w środku. Później pojawił się gramofon typu deck i pierwsze płyty odtwarzane z prędkością 33 i 1/3 obrotów na minutę. A wraz z nimi trąbka Louisa Armstronga, głos Elvisa Presleya czy dźwięk organów Hammonda. I tak narodziła się miłość Wojciecha Manna do muzyki... W tej pełnej ciepłego humoru i nostalgii książce Wojciech Mann opowiada o swoich przygodach z muzyką i muzykami. Dowiemy się z niej, czym były wtyczki typu bananki, jak można było odmłodzić kompletnie zajechane winyle i jak dostać się na koncert Rolling Stonesów w Sali Kongresowej. Poznamy również barwne opowieści o kulisach festiwali i koncertów gwiazd rocka oraz o wizytach w Polsce gigantów światowego jazzu, których Mann był tłumaczem, przewodnikiem, a niekiedy i zaufanym powiernikiem. To pięknie ilustrowana opowieść o niezwykłych, pionierskich dla polskiego rock and rolla czasach: kiedy słuchało się Radia Luxembourg, grupa The Animals bawiła się na warszawskich prywatkach, a sprzęt podczas koncertów podłączano do prądu za pomocą zapałek.

 

Wojciech Mann352x500.jpg

 

 

Luiza 

 

Wojciech Mann.
Ktoś nie zna tego pana?
Okularki, piekielnie inteligentny, z dużym dystansem do siebie i do świata, sylwetka... lekko puszysta ;)

Dla mnie Wojciech Mann to głównie prowadzący show 'Szansa na sukces', podczas której w początkowej fazie oglądania skupiałam się na występach. Później rozsiadałam się wygodnie w fotelu, nie dla doświadczeń w sferze muzycznej, a po to, by wyśmiać uczestników razem z panem Mannem. Wiem, nieładnie.
Teraz audycji w radiowej Trójce z jego udziałem słucham najchętniej.

W swojej książce, nie-książce, pan Wojtek zabiera nas w podróż do przeszłości - jego młodości i fascynacji muzyką. Jest to niesamowite przeżycie. Poczułam klimat tamtych lat (mimo że metryka empirycznie nie pozawala mi ich znać) i poczułam lekką zazdrość. Dostęp do muzyki (tej prawdziwej, a nie faworyzowanej przez władzę ludową) był trudny, ale dzięki temu z determinacją można było oddać się pasji 'muzykowania', choćby nawet 'na przekór', choć to autora nie dotyczy. Teraz mamy wszystko na tacy. Wystarczy 'klik' i słuchamy. Zero frajdy. Gdzie ambicja, żeby zdobyć płytę i dzięki temu, że się ja ma czuć się naprawdę super?
Pan Wojtek opowiada co, gdzie, z kim i jak, a ja wytrzeszczam oczy i pytam: Serio?!
Teraz nie do pomyślenia jest, by 'normalny' człowiek wyskoczył sobie na imprezkę po koncercie... z zespołem!
Dużo humoru, informacji i naprawdę świetnej klimatycznej zabawy.
Wojciech Mann dla mnie jest rewelacyjny. Zawsze.

 

Melancholia 

 

Pierwszy raz tę książkę przeczytałam w 2011 roku podczas wakacyjnego wyjazdu. Przeczytałam bardzo szybko, bo już ustawiła się niecierpliwa kolejka chętnych do lektury. Pozostało mi wówczas wrażenie ogromnego poczucia humoru i przyjemnego gawędziarstwa redaktora Manna.

Teraz miałam już książkę w rękach nieco dłużej, bez dyszących mi nad uchem lekturowych poganiaczy, więc mogłam czytać spokojnie. I owszem, humor i dystans autora do własnej osoby widać i czuć już od pierwszej strony, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze są wspomnienia pana Wojtka, wspomnienia o życiu muzyką. Od słuchania radia, poprzez kolekcjonowanie płyt, czytanie i pisanie o muzyce, aż do jej prezentowania w radiu, telewizji, na koncertach i festiwalach. Wspomnienia dotyczą też oczywiście muzyków, głównie rockmanów i jazzmanów, bardziej znanych i mniej, bardziej trzeźwych i mniej. 

Bije z tych wspomnień i pasja i skromność autora. Bije też dowcip i nostalgia. Nostalgia za czasami siermiężnymi i biednymi, które jednak we wspomnieniach pana Wojtka wydają się barwne i obfitujące w różnoraką inicjatywę własną. Kreatywność obywateli PRLu pozwalała zdarte do białości winyle oblec ponownie (choć krótkotrwale) w lśniącą czerń, podłączyć gołe kable bezpośrednio do gniazdka przy pomocy zapałek oraz zaprosić bardzo znany brytyjski zespół na zupełnie prywatną imprezę.

Oczywiście można się zastanawiać czy teraz mamy lepiej czy gorzej (pan Wojtek na ostatnich stronach też tak robi), ale ta książka to przecież nie rozprawa filozoficzna, tylko wspomnienia człowieka, który życie poświęcił muzyce. A że zawsze umiał o niej barwnie opowiadać, to i w podobny sposób swe wspomnienia spisał, pozostawiając czytelnikom wrażenie jakby nadal opowiadał.

Polecam:)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska - " Irena "

wtorek, 16 czerwca 2015 14:16

 



Irena to powieść błyskotliwa i przejmująca. Debiut duetu Kalicińska & Grabowska wypada znakomicie.

Trzy kobiety: Dorota, Jagna i Irena. Dorota - mama, wiek 53+. Niezbyt zaradna życiowo, trochę eko, trochę hippie, bałaganiara. Jagna - córka, wiek 27+, bardzo zaradna pracowniczka korporacji. Mieszka sama, a właściwie z wielkim ślimakiem. Irena - „babka". Przyszywana ciotka Doroty. Świeża wdowa. Krynica rozsądku, by nie powiedzieć mądrości. Jagna odnosi sukcesy zawodowe, jednak dla matki nie są one sukcesami, tylko zgodą na korporacyjne zniewolenie. Wolałaby, żeby córka wyszła wreszcie za mąż. Jagna źle znosi brak akceptacji, ale domyśla się, że prawdziwa przyczyna konfliktu tkwi głębiej. I ma rację. Jagna nie jest pierwszym dzieckiem Doroty, wcześniej był chłopiec, który zmarł „śmiercią łóżeczkową". Matka nigdy się z tym nie pogodziła. A Jagna nigdy nie dowiedziała się, że miała brata. Kobiety oddalają się od siebie, w końcu Jagna postanawia odciąć się od toksycznej matki. Wtedy wkracza Irena: Dorota musi dojść ze sobą do ładu. „Pochować" synka i naprawdę pokochać córkę. Czy będzie miała dość siły, by to zrobić?

 

irena 352x500.jpg

 

 

Bernardeta Łagodzic-Mielnik

 

Półki księgarskie wprost uginają się pod ciężarem sporej liczby powieści dla kobiet. Są wśród nich książki lepsze i gorsze, ale są i takie, które zasługują na wielkie brawa i top listy bestsellerów. Z pewnością do mistrzowsko napisanych książek należy niedawno wydana powieść pisarsko-rodzinnego duetu Małogorzaty Kalicińskiej i jej córki Basi. Powieść opowiada historię może dla niektórych nieco banalną, zdecydowanie z życia wziętą, ale jakże ciekawą, jakże wspaniale napisaną, jak wzruszającą i rozśmieszającą chwilami.

To opowieść o trzech kobietach: przyszywanej babci-cioci Irenie, Dorocie i jej córce Jagodzie. Trzy pokolenia, trzy różne charaktery, trzy odmienne osobowości, no i oczywiście konflikt pokoleń. Bo każda z tych pań wyrosła w odmiennych realiach, ale każda kochała bądź kocha i kochaną być zdecydowanie chce. 

Irena to już stateczna kobieta z pokolenia pamiętającego dobrze II wojnę światową, Dorota to kobieta przeżywająca menopauzę z pokolenia 50+, Jagoda dobija do 30, która dla wielu kobiet jest datą przełomową, po której wypada się ustatkować. Irena właśnie została wdową, jej mąż umarł nagle w nocy „na starość”. Dorota ma wspaniałego męża, który znosi dzielnie jej humory i trudne dni, Jagoda po rozstaniu się z żonatym mężczyzną nie może sobie poskładać świata, u jej boku jest wprawdzie ktoś do seksu, ale o miłości trudno mówić. 

Czytając książkę niezwykle utalentowanego tandemu literackiego mamy okazję poznać perypetie głównych bohaterek, które łączy pewna tajemnica. Irena dzieli ją z Dorotą, a Jagoda nie ma pojęcia o jej istnieniu, choć sekret kładzie się solidnym cieniem na jej życiu. Czy ponad trzydziestoletnia tajemnica wyjdzie wreszcie na światło dzienne? Czy drące ze sobą nieustannie koty – mama i córka dojdą do porozumienia? Czy zbliżą się do siebie i konflikt rodzinny przejdzie do historii, a bolesne wydarzenie zrodzi nić porozumienia czy zbuduje jeszcze większy mur między Dorotą i Jagodą?

Od samego początku, od pierwszej strony poczułam, że to świetna historia, chwilami smutna, a chwilami wesoła, która wcale bajką nie jest a jednak niesie w sobie pewne morały. „Irena” bowiem to nie tylko doskonałe babskie czytadło, ale i poradnik dla kobiet w każdym wieku, wskazujący co jest w życiu ważne, a co może gdzieś umknąć. Irena sędziwa seniorka to kobieta mądra życiowo, którą życie wiele nauczyło, doświadczyło. Swoją wiedzą chce dzielić się z Dorotą i Jagodą, które bardzo kocha, mimo że nie łączą ich więzy krwi. A Dorota ma troszkę marzycielski charakter i bywa beztroska jak nastolatka. W pewnym stopniu to zasługa idealnego (no może prawie idealnego) męża, który bardzo ją kocha i pomaga, gdy ta nie potrafi unieść życiowego brzemienia. Dorota jest nadopiekuńcza wobec córki. Mimo, że Jagoda jest już samodzielną, dorosłą i niezależną kobietą matka wciąż wkracza w jej życie, doradza, osądza. Ma owszem rację, ale .... Układanie na siłę życia dziecku to działanie, które do super stosunków matka-córka nie prowadzi. Na szczęście w życiu mamy i Jagody jest Irena, która traktuje obie panie jak dwie córki. I z determinacją dąży do zakopania topora wojennego. Co może się Wam wydawać dziwne Irena mimo swojego wieku i ósmego krzyżyka na karku czuje się młodo – potrafi zrozumieć współczesną kobietę – singielkę, która jest prawdziwym rekinem korporacji.

Co Was czeka przy lekturze „Ireny”? Poznanie trzech wyjątkowych pań, wiele scen z realnego życia, ale i spora lekcja udzielona przez tytułową bohaterkę. Te rady cudowna starsza pani udziela nie tylko Dorocie i Jagodzie, ale i nam drogie Czytelniczki. Bo warto sobie troszkę nad tą książką podumać, pomyśleć. Warto dostrzec to, co uświadamia Irena – wartość miłości, szacunku, zrozumienia, umiejętności słuchania, szczerej rozmowy. Błędem Doroty z pewnością jest szukanie bieszczadzkiej Jagódki w córce, błędem jest ukrywanie bolesnego sekretu. Dzięki temu Jagoda czuje się niedoceniona i odepchnięta, osamotniona i zdesperowana do tego stopnia, że unika świadomie matki. 

„Irena” to piękna lektura o miłości, szczęściu, zrozumieniu. To książka, która porusza dość popularny i często poruszany temat jakim jest konflikt pokoleń, ale duet Kalicińska&Grabowska robi to bardzo oryginalnie i współcześnie. Powieść jest dla mnie perfekcyjnie napisana, wspaniałym językiem i stylem. Bez względu na to, jak długo bym myślała, to nie znajduję nic, co bym mogła skrytykować. Podoba mi się na tyle, że oceniam ją najwyższą notą. Jedynie drażni mnie niezbyt dobrana okładka, zbyt przeciętna. Taka książka zasługuje na wyjątkową szatę graficzną. 

Czy warto sięgnąć po „Irenę”? Zdecydowanie tak. Jest wiele powodów, by przeczytać tę powieść. Będzie ona idealną lekturą dla kobiet w każdym wieku. Bo z pewnością młodsza czy starsza czytelniczka utożsami się z którąś z bohaterek. Znajdzie tę ze swego pokolenia. Nie pozostaje mi już nic innego jak życzyć Wam wspaniałej lektury.

 

Aga

 

Książka została napisana przez Małgorzatę Kalicińską i jej córkę - Basię Grabowską. Lektura przybliża dzieje codziennego życia trzech kobiet i ich rodzin. Zatem spotykamy tu tytułową Irenę, która niespodziewanie została wdową. Jej małżonek Felek, z którym przeżyła wspólne 50 lat, zmarł. Zatem trzeba zająć się formalnościami związanymi z pogrzebem. Wdowa dzwoni najpierw do Jagny - swojej "wnuczki", aby ta zaradna dziewczyna pomogła jej ogarnąć sytuację. Bizneswoman wszystko załatwia a w międzyczasie powiadamia o zgonie swoją matkę - Dorotę. Ta odbiera fatalną wiadomość podczas mierzenia przyciasnych spodni w przymierzalni... Dość dużo jak na kilka pierwszych stron, ale dalej robi się jeszcze ciekawiej...

Życie jakie wybrała Jagna nie jest akceptowane przez jej matkę. Rodzicielka pragnie aby córka znalazła sobie męża. Jednak jak się z czasem okazuje nie jest to jedyny powód ciągłych nieporozumień pomiędzy nimi. Ich stosunki są coraz bardziej nieudane. Na jaw wychodzi tajemnica z przeszłości...

Każda z kobiet reprezentuje inną osobowość. Dorota to kobieta po pięćdziesiątce, matka, niezbyt zaradna życiowo, nieuporządkowana, dawna charakteryzatorka, prawdziwa dusza artystyczna. Jagna jej córka około trzydziestki, zaradna, trybik korporacyjny, kobieta sukcesu, singielka, mieszka ze ślimakiem. Wreszcie Irena - przyszywana "babka", a naprawdę koleżanka babci z czasów wojny, rozsądna. Mężczyźni w książce to postacie drugoplanowe. Dość wiele miejsca autorki poświęciły na wspomnienia związane z "dziadkiem" Frankiem i opis relacji małżeńskich Doroty.

Pisarki ukazują tu jak ważną rolę w życiu każdego z nas odgrywają: miłość, szacunek, zrozumienie, akceptacja, umiejętność słuchania, szczera rozmowa. Niestety nikt nie jest doskonały i każdy z nas popełnia błędy, które prowadzą do bólu, żalu, rozgoryczenia, pretensji, poczucia osamotnienia, zdrady... W książce bardzo umiejętnie zobrazowano niezwykle złożony zatarg pomiędzy matką i córką. Natomiast Irena jest jakby buforem pomiędzy nimi. Historia z życia wzięta, dlatego szybko utożsamiłam się z ich problemami.

Dzięki dwuosobowej narracji widzimy świat przez pryzmat dwóch różnych kobiet. W trakcie lektury raczeni jesteśmy także wieloma życiowymi radami udzielanymi nam przez każdą z bohaterek. Język potoczny, wiele żywych dialogów, bardzo wartka akcja. Lektura na jeden wieczór.

Historia zajmująca, wiarygodna, rozrzewniająca, pełna humoru. Momentami ironiczna. Niekiedy melancholijna. Porusza także temat kłopotliwych schorzeń. Powieść skłania do zadumy nad tym co jest ważne w życiu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Monika Piątkowska - " Krakowska żałoba "

wtorek, 09 czerwca 2015 12:22

 

Krakowska żałoba, debiut powieściowy znanej dziennikarki i felietonistki Moniki Piątkowskiej udowadnia, że bez względu na czas i miejsce ludzki los pozostaje jednym z najbardziej intrygujących tematów w literaturze. Maurycy Opiłko jest szanowanym właścicielem zakładu fryzjerskiego, człowiekiem obdarzonym licznymi talentami, wśród których niebagatelną rolę odgrywa umiejętność prowadzenia nieuczciwych interesów. Historię mężczyzny poznajemy od trudnego dzieciństwa spędzonego na wsi, przez burzliwą młodość naznaczoną dążeniem do odnalezienia ojca, aż do uporządkowanej, sterylnej starości. śmierć Maurycego może oznaczać dla jego żony, Urszuli, początek nowego, wolnego od hipokryzji życia.

 

piatkowska.jpg

 

 

miedzystronami

 

Czuję się jakbym właśnie wróciła z Krakowa, chodziła za bohaterami po wszystkich opisywanych miejscach, czuła zapach i smród krakowskich spelun, bimbrowni, czynszówek, napatrzyła się na nędzarzy, kokoty, robotników, szulerów i paserów. A do tego czuję radość, że dane mi było poznać tak nietuzinkową i ciekawą personę jak Maurycy Opiłka. 

Ale po kolei. 
Maurycy Opiłka wraz z żoną Urszulą to główni bohaterowie powieści. Maurycy przybywa do Krakowa, by uciec przed przeszłością, odnaleźć prawdziwego ojca, oraz by zmienić swój żywot wieśniaka i stać się pełnoprawnym i szanowanym obywatelem miasta Krakowa. Podejmuję pracę w salonie fryzjerskim, chcąc mieć w ręku fach, który pozwoli mu osiągnąć pozycję w społeczeństwie. Wkrótce poznaje Jahulca – szarą eminencję, znanego lidera krakowskiego półświatka, szulera i pasera. Jego życie się zmienia. Powoli buduje sobie w tym świecie swoją, zupełnie nową pozycję. Zyskuje szacunek i rozgłos, pomagając ubogim i pokrzywdzonym, prowadzi przeróżne ciemne interesy i wkrótce staje się właścicielem salonu fryzjerskiego, dandysem, człowiekiem obytym. 

Na bohaterów spoglądamy w różnych momentach ich życia. We współczesności, czyli w latach 70-tych Maurycy właśnie umiera, a Urszula poprzysięga mu zemstę. Za co? Nie zdradzę! Potem w retrospekcji poznajemy dzieciństwo i młodzieńcze losy tej dziwnej pary jak również mamy oczywiście historię ich dorosłego życia i małżeństwa.

Wątków jest tu wiele ale wszystkie kręcą się wokoło Maurycego i historii jego rodziny. Nie ma akcji, w tym standardowym znaczeniu, ale jest tu zupełnie zbędna. Skupić się przede wszystkim trzeba na opisie losów ludzi, a przede wszystkim na oddaniu charakteru Maurycego i jemu bliskich, a tutaj efekt jest doskonały. Powieść jest pełna szczegółów, wielobarwna, tętni życiem. Bardzo pieczołowicie oddane tło obyczajowe, historyczne i społeczne dodaje powieści uroku i realizmu. Autorka bardzo wnikliwie zgłębiła tematykę i doskonale wiedziała, jak wyglądało życie w tamtych czasach. To tak, jakby słuchać fascynującej historii opowiadanej przez babcię czy dziadka. Historii zawsze barwnej i oryginalnej, a do tego prawdziwej. 

Cała powieść utrzymana jest w klimacie dawnym, użyję nawet słowa: retro. Stylizowana na dawne czasy zarówno jeśli chodzi o formę jak i treść. Nie ma tu jednak nic przesadzonego, jest zbalansowana wiedza o obyczajach i mentalności w Polsce XX wieku. 
Nie mogę nie wspomnieć o języku, jakim posługuje się Piątkowska. Czytanie tej powieści to podróż przez dawną Polskę, z wszystkimi „ą i ę”, z grami słownymi, przepiękną i wielobarwną polszczyzną – nie stroniącą również od wulgaryzmów. 
Z dystansem, niezwykłym humorem i ironią autorka opowiada nam o świecie sprzed wielu lat, pozwala czytelnikowi się bawić przy lekturze, a jednocześnie skłania do refleksji nad ludzkim życiem, jego zwyczajnością, rutynowością, grą pozorów, kompleksami i istotą partnerstwa. 

W powieści prawnie wcale nie ma dialogów, wszystko pisane ciągłym tekstem, to może trochę zmęczyć ale autorka skutecznie zabawia czytelnika, dba o urozmaicenie i nie daje się znudzić.

 

Dariusz Nowacki

 

Wprawdzie z "Krakowskiej żałoby" trudno wydobyć jakąś porywającą myśl bądź nieoczywiste przesłanie, ale prawdopodobnie nie to było ambicją debiutantki. Jak można się domyślać, idea była taka, żeby czytelnikowi było dobrze z tą obszerną, wielowątkową powieścią.

O uroku powieści Piątkowskiej decyduje przyjęta strategia. Można ją nazwać orientacją retro, lecz - co ważne - jest to retro w wariancie niesentymentalnym. Pisarka opowiada nam o rzeczywistości (głównie obyczajowej), której już dawno nie ma. Wszelako nikt rozsądny do niej nie tęskni. Ta zaprzeszła formacja społeczno-mentalna to mieszczaństwo - prawdziwie kołtuńskie, pełne pretensji, niezgrabne i niesmaczne. 

Piątkowska snuje swoją opowieść sto lat po Zapolskiej, a więc jakiekolwiek nastawienie krytyczne odpada. Nastawienie prześmiewcze czy satyryczne też nie wchodzi w rachubę, bo jakiż sens miałoby dziś znęcanie się nad dulszczyzną. Pozostaje łagodna ironia, ciepło, radość anegdoty, zabawa literacka, konstruowanie fabuły z myślą o frajdzie czytelnika.

Głównymi bohaterami "Krakowskiej żałoby" są małżonkowie Opiłkowie, krakowscy mieszczanie w pierwszym pokoleniu. On, Maurycy, rocznik 1902, po I wojnie światowej przybył ze wsi do Krakowa i oficjalnie został fryzjerem męskim, a nieoficjalnie - paserem i oszustem, który szybko doszedł do dużych pieniędzy. Ona, Urszula, dziesięć lat od niego młodsza, także przybyła do grodu wawelskiego z zapadłej prowincji. Chciała zostać inteligentką, lecz była zbyt uboga, aby studiować. Na kilka lat przed wybuchem wojny tych dwoje, w zasadzie kompletnie się nie znając, wzięło ślub. 

Akcja powieści rozwijana jest w trzech płaszczyznach. Rzecz dynamizuje to, co autorka umieściła w świecie najbliższym współczesności. Mamy połowę lat 70., Maurycy Opiłko umiera, a wdowa po nim zapowiada zemstę na nieboszczyku. Dlaczego zemstę - tego dowiemy się później. Przed nami dwie płaszczyzny retrospekcyjne. Pierwsza z nich obejmuje dzieciństwo i żywot kawalerski Maurycego oraz panieńskie lata Urszuli. Na drugiej zaś pisarka umieściła historię trwającego blisko 40 lat małżeństwa Opiłków; małżeństwa nieszczęśliwego, bez miłości, lecz jak to w świecie mieszczańskim - aż po grób. 

Nie zdradzę, co było powodem nieco absurdalnej (wszak dokonanej na nieboszczyku) zemsty Urszuli, jaki kształt przybrał ów rewanż i do jakich konkluzji doszła wdowa po spełnionym odwecie. Powiadomię za to o dwóch innych sprawach. 

Po pierwsze, zastanawia odwrócenie proporcji między tym, co należy do historii prywatnej, i tym, co składa się na historię społeczną. Maurycy przez całe dorosłe życie pisał memuary. Gdy wdowa chce zainteresować wydawcę zapiskami pozostawionymi przez męża, słyszy: "Jest niepodobieństwem, by żyjąc w tak ciekawych czasach, autor nie zetknął się z osobistościami i wydarzeniami wykraczającymi poza ramy prywatnego pamiętnika". Tak właśnie sprawy się mają w "Krakowskiej żałobie". Dramatyczna historia XX wieku jest tu czymś bardziej odległym i mniej znaczącym niż tło. Na dobrą sprawę Polski Ludowej nie ma tu wcale. Wątki dotyczące II wojny światowej pojawiają się o tyle, o ile dotyczą prywatnych, zgoła intymnych spraw bohaterów. Taki charakter ma historia nieślubnego dziecka Maurycego (z matki Żydówki), młodzieńca ocalonego z Zagłady. 

Po drugie, w tej powieści z wdziękiem udającej (w partiach retrospektywnych) ramotkę psychologiczno-obyczajową z początku ubiegłego wieku znalazło się mnóstwo nowoczesnych uwag na temat małżeństwa i uczuć damsko-męskich. Można odnieść wrażenie, że Monika Piątkowska bawi się tymi anachronizmami i zaprasza do tej zabawy czytelnika. Oczywiście takiego czytelnika, który wie, że w latach 30. krakowski rzemieślnik nie mógł popisać się taką na przykład przenikliwością: "Uważał, że za model związku nie odpowiadają ci dwoje młodzi nagle złączeni ze sobą, ale prawdziwą formę nadaje mu ciśnienie społeczne, moc odwiecznych prawd i rytuałów, obowiązujący porządek rzeczy".



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Andromeda Romano-Lax - " Hiszpański smyczek "

wtorek, 02 czerwca 2015 11:53

 


Ta porównywana z "Cieniem wiatru", napisana z niezwykłym rozmachem powieść jest poruszającym koncertem na wiolonczelę, w którym splatają się losy człowieka i pogrążonego w chaosie świata.

Pod koniec XIX wieku w miasteczku Campo Seco rodzi się chłopiec. Nikt jeszcze nie przeczuwa, że wkrótce zostanie okrzyknięty królem smyczka i największym wiolonczelistą w historii Hiszpanii. Tymczasem dwór królewski w Madrycie, pełen intryg i zepsucia, chyli się powoli ku upadkowi. Chmury gromadzą się również nad resztą Europy, zwiastując nadejście nowej, okrutnej epoki. Po dojściu do władzy faszystów życie genialnego muzyka staje się nieustającym wyborem pomiędzy osobistym szczęściem a nienawiścią do reżimu. Jego miłość do pięknej żydowskiej skrzypaczki jest zagrożona, podobnie jak stary ład na kontynencie, a ratowanie najbliższych wiąże się ze zhańbieniem własnego nazwiska...

 

hiszpanski-smyczek-b-iext3675067.jpg

 

deana

 

Feliu Delgado już w momencie swych narodzin okazał się być wyjątkowy. Choć jeszcze wtedy nikt z jego najbliższych nie spodziewał się, że pisana jest mu światowa kariera a rzeczą, która zawsze będzie mu towarzyszyć jest ofiarowany przez ojca w pośmiertnym darze smyczek wiolonczelowy. Feliu dosyć wcześnie opuszcza rodzinną wioskę po to by rozpocząć naukę najpierw u podstarzałego maestra Alberta a potem na dworze królewskim. Poznany jeszcze w dzieciństwie pianista Al-Cerraz staje się jego towarzyszem, mentorem i przyjacielem.

Dzieje Feliu rozgrywają się na tle burzliwych dziejów Hiszpanii początków XX wieku. Bohater zawsze znajduje się w takim miejscu aby można było jak najlepiej poznać i zrozumieć rozgrywające się wydarzenia. Nie zawsze jednak bierze bezpośrednio w nich udział. Wszystko to ma na niego ogromny wpływ: kształtuje go zarówno jako muzyka jak i człowieka - patriotę i antyfaszystę.

Całość powieści utrzymana jest na naprawdę wysokim poziomie. Wydarzenia same nadają rytm lekturze. Wprost chce się przewracać strony aby poznać dalsze koleje losu bohaterów, które niestety zmierzają do nieuniknionego dramatycznego finału. Fikcja literacka umiejętnie wymieszana jest z prawdą historyczną tworząc mieszankę, przy której przyjemnie spędza się czas.

 

Izabela

 

Na przeczytanie książki przeznaczyłam sobie kilka najbliższych dni, ponieważ ilość stron wydawała mi się dość pokaźna a i ich wymiar większy od standardowego. Z planów nic nie wyszło, ponieważ książka pochłonęła, mnie do tego stopnia, że czytałam ją jednym tchem, robiąc sobie jedynie krótkie przerwy na jedzenie (raz na spanie) ;)

Zacznę od tego na co ostatnimi czasy zwracam dużą uwagę, mianowicie od okładki, w 100% wg mnie oddaje klimat tej książki...

Historia zaczyna się w małej miejscowości Campo Seco, gdzie w 1892 roku przychodzi na świat Feliu Anibal Delargo Domenech. Miał mieć na imię Feliz (po hiszpański szczęśliwy) jednak wskutek pomyłki otrzymał immię inne niż mu przeznaczone. Jako dziecko objawiał swój talent do muzyki, grał na skrzypcach i fortepianie... jednak dzięki smyczkowi, który był prezentem od zmarłego ojca i koncertowi Justo Al-Cerraza, zrozumiał że jego przeznaczeniem jest wiolonczela. W końcu po latach matka zabiera go do Barcelony, gdzie zaczyna lekcje i sławnego wiolonczelisty Alberto Mendizabala. Od tej chwili jego życie nabiera rozpędu, a zbiegiem lat staje się znanym na świecie wirtuozem wiolonczeli. Zaczyna koncertować ze znanym pianistą Justo Al-Cerrazem, później poznaje żydowską skrzypaczkę Avivę , którą pokocha miłością niezwykle skomplikowaną...

Aż trudno mi uwierzyć, że cała książka stanowi fikcję literacką. Miałam wrażenie,że ludzie których spotykam na kartach książki istnieli naprawdę. Jak zaznacza na końcu autorka, postać Feliu wzorowała na sławnym wiolonczeliście Pablu Casalsie, co dodało tej powieści niezwykłej wiarygodności.
Podobało mi się bardzo to, że historia w tej książce jest tylko tłem, nie dominuje i nie przytłacza. Czasami zdarza się, że autor przesadza z opisami wojny, rebelii, bitew, przez co książka robi się ciężka w odbiorze. Tutaj autorka zachowała odpowiednie proporcje, dlatego czyta się szybko i z dużą lekkością.

Największym zaskoczeniem dla mnie było to, że na kartach tej powieści naprawdę słychać było muzykę. Podejrzewam, że to za sprawą tego, że sama autorka gra na wiolonczeli. Mnie prześladowała przez 600 stron zasłyszana kiedyś melodia grana na wiolonczeli, jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to preludium do pierwszej solowej suity Bacha, którą Feliu wykonał, gdy Justo odmówił gry na pianinie. (str. 315 ;))
Polecam "Hiszpańskiego smyczka", bo to naprawdę niezwykła historia i po prostu zasługuje na to, żeby się w niej zatracać...

 

Muminka 

 

Porywająca opowieść o Hiszpanii XX wieku. Na przełomie XIX i xx wieku przychodzi na świat utalentowany chłopczyk, w wielodzietnej rodzinie nie ma zbyt dużo szczęścia, zresztą ojciec służy w armii i rzadko bywa w domu. Jak Feliu ma kilka lat, ojciec umiera i skazuje całą rodzinę na nędzną egzystencję. Mimo tego matka zabiera chłopca do Barcelony, gdzie kształci się on pod okiem sławnego Alberta Medinzebala. Na szczęście chłopiec został przedstawiony na dworze, a młoda żona następcy tonu, Angielka, córka królowej Wiktorii, obdarza go swoją sympatią. Feliu wspomina królewski protektorat i swoją muzyczną edukację,. Niestety był zbyt wielkim indywidualistą by móc dopasować się do akompaniamentów i innych instrumentów. jako wyraz uznania dostaje smyczek z szafirem, kosztowną wiolonczelę i dlatego Feliu może oddawać się swojej pasji. Jego kariera nabiera rozpędu gdy zaczyna koncertować z pianistą Justo Al-Cerrazem. Zaprzyjaźnia się także z intrygującą " dziewczyną z przeszłością" Avivą o żydowskich korzeniach. Mimo dużej różnicy wieku to ona jest kobieta jego życia. Niestety niszczy ją obsesja na tle ukochanego synka, którego musiała oddać wkrótce po narodzinach. Nieszczęsna jako piętnastolatka została zgwałcona przez swojego nauczyciela, zhańbiona trafiła do przytułku gdzie "upadłe dziewczęta" rodziły nieślubne dzieci, które zostawały potem adoptowane.
Feliu stara się pomóc tej dzielnej kobiecie, ale to jak szukanie igły w stogu siana. 
Ich miłość zostaje wystawiona na próbę, gdyż burzliwe historyczne wydarzenia zmieniają ich cały świat. Zostaje obalona monarchia, a do władzy dochodzi generał Franco. Jest on dawnym kumplem brata Feliu, Enrique, który zginął na Wyspach Kanaryjskich. Z tego też względu Feliu cieszy się jego względami. Bardzo oględnie Andromeda Romano- Lax pisze o horrorze wojny domowej,prześladowaniach kościoła, okrucieństwie wygrywających, o tłamszeniu katalońskiego ducha skupia się na motywie jednostki uwikłanej w dramatyczną historię dwudziestego wieku. W starciu z bezwzględną polityką i ślepym losem taki muzyczny geniusz jak Feliu jest bezbronny. Wybucha druga wojna światowa, do Hiszpanii docierają okruchy informacji o działalności Hitlera i eksterminacji Żydów i Słowian. Aviva jako żydówka pomimo całego swojego talentu jest w niebezpieczeństwie. Ironia losu polega na tym, że Generał nalega, by Feliu, Justo i Aviva uświetnili swoim występem spotkanie na szczycie z Hitlerem. Jeden rzut oka Hitlera na Avivę może skazać ją na śmierć, na uwięzienie i deportację.
Czy uda im się ocalić życie? na pewno powieść wciągnie wszystkich tam jak mnie, nie pozwalając na zrobienie obiadu czy sen.
Barwny język, pięknie ukazane emocję, siła prawdziwej przyjaźni sprawiają, że ta lektura nikogo nie pozostawi obojętnym. warto też dodać, że powieść jest przesiąknięta muzyką. To także gratka dla miłośników zagadek i tropienia tajemnic, gdyż Feliu szuka rękopisu kompozycji "Don Kichot", jest jego idee fixe odnaleźć to opus magnum.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 696  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71696

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl