Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 344 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Marsha Mehran - "Woda różana i chleb na sodzie"

niedziela, 30 czerwca 2013 14:18

"Woda różana i chleb na sodzie" to kontynuacja bestsellerowej "Zupy z granatów" . Powieść o trzech siostrach, dwóch krajach – i mowie smaków.

Mimo że od wydarzeń przedstawionych w poprzedniej książce upłynęło prawie półtora roku, w Ballinacroagh, nadmorskim miasteczku w Irlandii, na siostry Aminpur nadal patrzy się z nieufnością. Trzy Iranki, które uciekły z kraju tuż przed wybuchem rewolucji, wciąż uważane są za obce, a ich orientalną restaurację niektórzy uznają za miejsce rozpusty.

W życiu sióstr przychodzi czas na zmiany. Mardżan zakochuje się w angielskim pisarzu, szesnastoletnia Lejla przeżywa okres buntu i marzy o dorosłości, a Bahar zaczyna interesować się duchowością chrześcijańską i coraz poważniej myśli o konwersji. Jakby tego było mało, pewnego dnia zaprzyjaźniona z siostrami włoska imigrantka znajduje w zatoce półżywą dziewczynę. Dziewczyna jest w szoku, nic nie mówi – i wszystko wskazuje na to, że próbowała usunąć ciążę...


Marsha Mehran doskonale oddaje atmosferę miasteczka na peryferiach i z humorem odmalowuje prowincjonalną społeczność – z nieznośnymi plotkarami, dyżurnymi dziwakami, fryzjerką-feministką i księdzem, który... zakłada rozgłośnię radiową.

 

woda rózana i chleb na sodzie 352x500 (1).jpg

 

Paula

 

Minęło półtora roku od kiedy trzy irańskie siostry Aminpur pojawiły się w irlandzkim miasteczku Ballinacroagh. Wydaje się zatem, że wszystko już się ułożyło, nic im nie zagraża a w ich życiu w końcu nastał czas spokoju. I tak chyba jest, choć nie da się ukryć, że siostrom trudno jest oderwać się od przeszłości, która ciągle ma wpływ na ich życie. 
Wracając jednak do teraźniejszości, Lejla, najmłodsza z sióstr, wydaje się być gotowa na to by podjąć ważną decyzję dotyczącą swojego związku z Malachym. Bahar zaczyna szukać nowej drogi dla siebie i niespodziewanie znajduje ją w katolicyzmie. Mardżan natomiast poznaje mężczyznę, który wydaje się być tym na którego czekała. Oczywiście żadne z tych wydarzeń nie przejdzie bez echa wśród miejscowej społeczności, która nie do końca i nie w całości pogodziła się z faktem posiadania wśród swoich członków kobiet 'z innego świata'. Oczywiście, żeby nie było za zwyczajnie i zbyt sielankowo w książce pojawia się nowa tajemnicza bohaterka, którą ledwie żywą znajduje na plaży Estelle Dolmenico, starsza przyjaciółka sióstr Aminpur. Dziewczyna i powód z którego znalazła się niemal martwa na plaży okazują się idealnym przyczynkiem do kolejnych niepochlebnych plotek na temat Iranek i innych ludzi zaangażowanych w pomoc "syrence". 

"Woda różana i chleb na sodzie" to dobre czytadło; lekkie, łatwe i przyjemne, a przy tym ciekawe, 'pachnące' i posiadające w sobie jakąś głębię. Nie da się zaprzeczyć, że książka ta jest słabsza od swojej poprzedniczki, że niektóre wątki pojawiają się w niej po to by potem nagle rozpłynąć się w powietrzu i zniknąć bez śladu, że inne kończą się banalniej niż byśmy tego oczekiwali, a jeszcze inne wyskakują nagle 'ni z gruszki ni z pietruszki' i nie wiadomo o co biega. Pomimo tego książkę tą czyta się bardzo dobrze, z przyjemnością, ciekawością i z poczuciem dobrze ulokowanego czasu. Ogólnie rzecz ujmując nie jest źle, jest dobrze.

 

Beata Stanecka Busz

 

Pamiętacie film Lasse Halströma „Czekolada”? Pewna kobieta z córką przenoszą się do małego, prowincjonalnego miasteczka gdzieś we Francji i otwierają sklep z czekoladą. Vivianne szybko zyskuje sławę mistrzyni czekoladowych wyrobów, ponadto emanuje wewnętrznym ciepłem, co przysporzy jej w miasteczku wielu sojuszników, lecz także wrogów... 

Kto z Was uwielbia takie pełne smaków i zapachów życia historie, niech koniecznie sięgnie po książkę Marshy Mehran „Woda różana i chleb na sodzie”. Jest to kontynuacja bestsellera „Zupa z granatów” (2006), którym Mehran debiutowała jako powieściopisarka. 
Autorka urodzona w Teheranie, dorastała w Buenos Aires, dokąd jej rodzice uciekli z ogarniętego rewolucją islamską Iranu. Ale prawdziwy dom pisarka znalazła w Irlandii i USA. I właśnie w maleńkim irlandzkim miasteczku Ballinacroagh toczy się akcja „Wody różanej...”. Jak u Czechowa – pojawiają się trzy siostry: najstarsza – Mardżan, średnia – Bahar i najmłodsza – szesnastoletnia Leila. Każda o innej osobowości, wszystkie mocno związane duchowo z orientalną kulturą perską. Czar i moc Orientu można w powieści Mehran niemal poczuć zmysłem smaku, bowiem siostry Aminpur prowadzą kawiarnię, w której serwowane są niezwykłe potrawy, na przykład lody różano-pistacjowe... 
Jeśli dotąd nie zaostrzyłam Wam smaku na przeczytanie powieści, to dorzucę jeszcze, że bohaterowie reprezentują istny tygiel narodowościowy. Irlandia od kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu lat stanowi cel emigracji dla wielu uchodźców, wygnańców, tułaczy, którzy z różnych przyczyn: politycznych, ekonomicznych – odnajdują na Zielonej Wyspie drugi dom. 
Oprócz głównych bohaterek - sióstr Aminpur, spotkamy przesympatyczną emigrantkę z Włoch i równie sympatycznego, zabójczo przystojnego, na wskroś angielskiego dżentelmena – właściciela pobliskich dóbr Muir Hall. Oczywiście w tym wypadku nie zabraknie wątku romansowego, którego tło stanowić będą cudowne pejzaże wiecznie zielonej, choć często deszczowej Irlandii oraz wspaniałych posiadłości rodowych sprzed kilkuset lat. Bo Irlandia to miejsce rozwoju jednej z najdawniejszych kultur europejskich – kultury celtyckiej. Dlatego oprócz pradawnych zamczysk i dworów, pojawią się przywoływane często przez autorkę celtyckie wierzenia, legendy, ceremoniały, które w niepowtarzalny sposób zrosły się z równie silnie zakorzenioną wśród znacznej części społeczeństwa irlandzkiego wiarą katolicką. 
Jak we wspomnianym we wstępie filmie Hallströma, również w powieści Mehran pojawia się odwieczny motyw walki dobra ze złem. Bo w gruncie rzeczy świat to globalna wioska a ludzie tak samo zawistni, skłonni do plotkowania i doszukiwania się zepsucia u innych (najchętniej obcych), niż u siebie. Dlatego w „Wodzie różanej...” nie zabraknie knowań, jak zniszczyć siostry, dla niektórych mieszkańców Ballinacroagh - „obce przybłędy” pomiot szatana... Marsha Mehran na własnej skórze odczuła na czym polega strach przed obcymi - emigrantami i brnięcie w stereotypowe sądy o złu, którego są przyczyną. Wystarczy zamknąć serca i odrzucić chęć poznawania, a narodzi się plotka, pomówienie, zawiść, bezpodstawna złość. 
Jeśli szukacie książki z tajemnicą, to niewątpliwie znajdziecie ją w „Wodzie różanej...”. Pojawi się nawet syrena i krasnal, ale... szaaa! Bo tak jak nie wolno zdradzać tajników najlepszych przepisów kulinarnych, tak nie wolno opowiadać fabuły filmów i powieści. 
Niech zatem ciekawość zaprowadzi Was do księgarń. 
Dodam tylko, że odpoczęłam podczas lektury rewelacyjnie i jeśli ktoś z Was chce oderwać się od szaro-burej niby-wiosny za oknem, to niech się da uwieść i rozgrzać smakując irlandzki chleb na sodzie i wdychając orientalne aromaty z kuchni sióstr Aminpur...

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Marsha Mehran - " Zupa z granatów "

środa, 26 czerwca 2013 19:26

 

Zupa z granatów to historia trzech sióstr, które przybywają do małego irlandzkiego miasteczka po ucieczce z ogarniętego rewolucją Iranu. Kupują nieczynną od ośmiu lat piekarnię i przekształcają w irańską restaurację. Niestety, ani egzotyczna uroda sióstr, ani aromatyczne potrawy nie wzbudzają entuzjazmu ksenofobicznej społeczności. Mieszkańcy solidarnie i ostentacyjnie omijają Café Babilon. Siostry wierzą jednak w ludzką życzliwość i próbują zjednać sobie miasteczko specjałami irańskiej kuchni. Opowieść Mehran, podobnie jak Przepiórki w płatkach róży czy Czekolada, przemawia do wyobraźni czytelnika poprzez zmysł smaku. Każdy rozdział otwiera, niczym motto, przepis kulinarny, wprowadzający w nastrój kolejnych epizodów. Smak jest również bohaterem samej powieści. Dzięki potrawom następuje brzemienne w skutki zderzenie dwu różnych kultur irańskiej egzotyki i irlandzkiej swojskości. Zupa z granatów jest pierwszą powieścią Marshy Mehran.

 

C:\fakepath\Zupa z granatĂłw 352x500 (1).jpg

 

Bogusław Deptuła

 

 

LITERATURA OD KUCHNI:
Cafe Babilon

 

Czy wiele wiecie o kuchni perskiej? Pewnie nie, jak każdy kto nie był w Iranie. Łatwo można tę wiedzę uzupełnić, sięgając po książkę Marshy Mehran „Zupa z granatów”.

 

Gdy zajrzałem na strony internetowe, znalazłem takie oto kuriozalne zdanie: „Kuchnia perska składa się głównie z ryżu i kebaba w towarzystwie niesłodkiego jogurtu, popijanego dugh-em”. Po lekturze „Zupy z granatów” zdanie to okazuje się nieprawdziwe i niesprawiedliwe. Powieść Mehran wprost roi się od rozlicznych przypraw, aromatów, pięknych kulinarnych połączeń, a jej strony przesycone są cudowną wonią miłosnego gotowania. Uczucie to jest w perskim gotowaniu bohaterki Mehran Mardżan bardzo ważne. Dobre jedzenie, a tylko z takim mamy tu do czynienia, jest wyrazem miłości albo tęsknoty, swoistym miłosnym śpiewem, również za utraconą ojczyzną, której namiastką stają się rodzinne smaki i zapachy:

 

„Madżran działała swoją magią i na mężczyzn, i na kobiety w sposób bardziej praktyczny, choć nie mniej intrygujący. Dzięki swym sekretom kulinarnym potrafiła zachęcić ludzi do wyczynów, które wcześniej zdawały się im niemożliwe; wystarczył jeden kęs jej potrawy, aby większość biesiadników nie tylko dała się porwać marzeniom, ale poczuła chęćprzystąpienia do czynu”.

 

Akcja tej pogodnej i sprawnie napisanej powieści rozpoczyna się wraz z początkiem działalności Cafe Babilon, w maleńkiej irlandzkiej mieścinie. Trzy siostry, uciekinierki z ogarniętego islamską rewolucją Iranu, stają się prawdziwą sensacją  w małomiasteczkowej społeczności. Piękne i intrygujące wzbudzają skrajne emocje, od miłości do nienawiści, od zazdrości do podziwu. Jednak ich niewielka knajpka Cafe Babilon, prosta i bezpretensjonalna, serwująca wyłącznie dania kuchni perskiej, bo takiej właśnie nauczyły się w domu rodzinnym, prędko staje się miejscem ważnym i miłym, sprzyjającym ludzkim zbliżeniom.

 

Oczywiście szybkopojawia się wątek miłosny. Miłość jest jak grom i z wielką siłą spada na najmłodszą siostrę Lejlę oraz młodszego syna miejscowego barowo-żywieniowego potentata – Malachy’ego. Ich uczucie – wielkie i czyste – przypomina do złudzenia to, które połączyło najsławniejszych kochanków literackich we włoskiej Weronie. We współczesnej irlandzko-irańskiej wersji, niechęć między konkurencyjnymi rodzinami nie jest jednak aż tak wielka i zgubna. Nie doprowadzi więc do tragedii i śmierci młodych zakochanych. Wręcz przeciwnie, jak można się domyślać, w powieści, w której ważnym tematem staje się jedzenie, happy and jest nieunikniony. I chyba ujawniając ten fakt, nie zdradzę wiele. Dodam, że jego osiągnięcie okupione zostanie licznymi komplikacjami: chorobami, ucieczkami, pożarem, próbą gwałtu itp.

 

„Zupa z granatów” jest powieścią aromatyczną. Nad jej bohaterkami unoszą się cudowne, magiczne wonie. To one wywołują tak silne reakcje, choćby miłosne zauroczenie, które połączyło dwoje młodych. Gdy inny z mieszkańców miasteczka spotyka po raz pierwszy Lejlę, autorka tak opisuje jej aromat: „Niemal natychmiast poraziła go woń czarnuszki, wymieszana z właściwymi dziewczynie zapachami wody różanej i cynamonu”. Nic dziwnego, że na jej widok Malachy zemdlał. Jednak jego wygląd też nie mógł pozostawić Lejli obojętną: „Wysoki na metr osiemdziesiąt, i szczupły, o dłoniach pianisty, Malachy wyróżniał się niesforną szopą czarnych włosów i szafirowymi oczami, które lśniły niczym słońca o północy. Jego promienna uroda budziła niekłamany zachwyt. […] pasjonował się na równi astronomią i futbolem, łącząc sprawy ziemskie z niebieskimi i w obu dziedzinach odnosząc wybitne sukcesy”.

 

Dzieje średniej z sióstr, Bahar, to najciemniejsza karta powieści. Jej nieudane, tragiczne wręcz małżeństwo z islamskim fanatykiem napiętnowało jej los i stało się bezpośrednią przyczyną ucieczki trzech sióstr z Iranu. Wątek ten służy opowiedzeniu o rewolucji islamskiej i spustoszeniu, jakie poczyniła ona w ojczyźnie autorki, a zarazem powieściowych bohaterek. Dziś wiemy już sporo o tym momencie w dziejach Iranu, a to za sprawą świetnego komiksu „Persepolis” Marjane Satrapi i jego animowanej wersji. Teherańska scena małżeńskiej przemocy to najbardziej wstrząsające strony powieści Marshy Mehran, także uciekinierki i Iranki.

 

Najstarsza z trzech sióstr, Mardżan Aminpur, to cudowna, otwarta księga z perskimi przepisami. Mardżan właściwie nie ma swego życia. Całkowicie poświęcając się opiece nad siostrami, zastępuje im zmarłych rodziców. Najszczęśliwsza jest wtedy, gdy gotuje – dla rodziny i dla gościCafe Babilon. Powieść ma dwanaście rozdziałów. Każdy został poprzedzony przepisem na najbardziej typowe i znane potrawy z kuchni perskiej. Są tam przekąski, marynaty, zupy, dania główne, desery i napoje, a nawet przepis na lekarstwo na migrenę. Wszystkie przepisy są bardzo staranne i dokładnie opisują składniki oraz sposób przyrządzenia potraw. Z tego powodu mogę kompletnie zrezygnować z przytaczania tutaj któregokolwiek z nich.

 

Jednak dwa z nich zasługują na szczególną uwagę, bo ich niezbywalnym składnikiem jest sok i przecier z granatów. Pierwszy to fesendżun, rodzaj gulaszu, czy może raczej ragu, z kurczaka lub kaczki, z dodatkiem orzechów włoskich i przecieru z granatów, podawanego z ryżem, o nazwie czelow. Drugi to oczywiście tytułowa zupa z granatów, która w istocie może być prawdziwą bombą  smakową. Przyznaję, że jestem w dość dziwnej sytuacji, bo piszę o potrawach, których nigdy nie jadłem… Zarazem zdaje mi się, że warto ich spróbować. Proponowane w nich połączenia smaków zapowiadają się znakomicie.

Na zakończenie, podobnie jak w samej powieści, zajmijmy się tytułowym granatem, bo to owoc niezwykły. Najprawdopodobniej pochodzi właśnie z Persji, więc może dlatego tak ważny jest dla perskiej kuchni. Jak pisze na ostatniej stronie swej powieści Marsha Mehran: „To symbol płodności, nowych rzeczy, które mają przyjść, i minionych czasów, zachowanych w czułej pamięci”. W chrześcijańskiej symbolice było podobnie. Madonna, trzymając w dłoniach owoc granatu, eksponowała swe liczne cnoty i piękność; zarazem, ze wzglądu na liczne ziarna, granat symbolizował Kościół. Dla starożytnych Greków znaczenie owocu było zupełnie inne: związany z Persefoną granatowiec „symbolizował nieuchronny cykl gorzkiej śmierci”, jako że Persefona, porwana przez Hadesa, zjadła jego ziarna w podziemnym królestwie. Jedni mówią, że sześć, inni, że jedno, ale nawet to jedno wystarczyło, by musiała zawsze już wracać do podziemi.

 

Alina

 

Są książki, które chodzą za mną dniami, miesiącami, latami... Które wyraźnie mi mówią "Przeczytaj mnie, nie pożałujesz". I ja je doskonale wyczuwam. Oczywiście zdarzają się też takie pozycje, które mówią mi nieśmiało, żebym po nie sięgnęła, jednak wtedy nie mam takiej pewności i efekty są różne. Ale "Zupa z granatów" mnie nie okłamała. Bardzo dobrze wiedziałam, czego się spodziewać. Nabrałam ogromnej pewności, że muszę ją przeczytać. I gdy wreszcie to zrobiłam... nie mogę się doczekać drugiego tomu. A przecież "Zupa z granatów" nie była czymś wyjątkowym.

Zdarzało mi się kilkakrotnie spotkać z opinią, że ta książka jest bardzo podobna do "Czekolady". Broniłam się przed tym, jednak w trakcie czytania również nie mogłam pozbyć się tego wrażenia. Na szczęście doszłam również do wniosku, że z tych dwóch książek wybrałabym właśnie "Zupę z granatów".

Marsha Mehran napisała książkę nader smakowitą, w którejpełno jest irańskich rarytasów, na początku każdego rozdziału znajduje się zaś przepis na przedstawione w książce potrawy. A potrawy te przygotowują trzy siostry (chociaż, będąc dokładniejszą, powinnam powiedzieć, że dwie, bo trzecia woli romansować), które otworzyły Cafe Babilon w małym irlandzkim miasteczku. I tutaj powtarza się wątek z "Czekolady", gdzie nowo przybyłe zostają skazane na potępienie przez wysoko postawioną osobistość, która chce się ich za wszelką cenę pozbyć. Oczywiście miasteczko w znacznej większości przekonuje się do sióstr, po czym następuje happy end. Ale to przecież nie jest nic dziwnego, po tej książce można się było spodziewać takiego rozwiązania. Jest dość przewidywalna i z pewnością nie należy do wybitnej literatury, ale...

Zakochałam się w smakach dobiegających z niemal każdej strony. W przerysowanych czarnych charakterach i wyidealizowanych tych dobrych. I tym języku, który mnie do siebie przyciągał z każdym zdaniem coraz bardziej. I moją chęcią, by iść do sklepu i kupić wodę różaną, upiec słoniowe uszy, ugotować zupę z granatów i zamknąć się w Cafe Babilon, żeby słuchać opowieści o rewolucji w Iranie, z powodu której siostry musiały uciekać.

Książka jest niesamowita, uważam ją za lepszą od "Czekolady". Poza tym to moje pierwsze spotkanie z Serią z Miotłą. Nader udane i z całą pewnością nie ostatnie (bo muszę przeczytać drugi tom, no!). Gorąco polecam. Ale do czytania radzę wziąć sobie coś do jedzenia, bo inaczej się tej książki czytać nie da. Człowiek momentalnie głodnieje.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Henning Mankell - " Nim nadejdzie mróz "

piątek, 21 czerwca 2013 13:24

 

Misterna historia kryminalna, opowiedziana z perspektywy kobiety, groźny fanatyzm religijny, w tle informacje z Nowego Jorku po ataku na WTC... 
Mija lato 2001 roku, Linda, córka Kurta Wallandera, ukończyła szkołę policyjną i wkrótce rozpocznie pracę w komisariacie w Ystad. Po powrocie do rodzinnego miasta zatrzymuje się u swego autorytarnego ojca, traktującego ją jak nastolatkę. Linda odnawia znajomość z przyjaciółkami szkolnymi, Zebrą i Anną. Policja dostaje anonimowe zgłoszenie o płonących na jeziorze łabędziach, a kilka dni później o spalonym cielaku. Niedługo potem Birgitta Medberg, badająca stare, zapomniane ścieżki w Skanii, nie wraca do swego domu. Okazuje się, że została brutalnie zamordowana.
Anna wyznaje Lindzie, że widziała w Malmö... swojego ojca. A przecież ten zniknął z jej życia wiele lat temu! Linda, umówiona z Anną, nie zastaje jej w domu i pełna podejrzeń rozpoczyna poszukiwania. Kurt Wallander, prowadzący śledztwo w sprawie morderstwa, ani myśli słuchać jej teorii dotyczącej zniknięcia Anny.

Powieść Mankella, w której pojawiają się także bohaterowie z Powrotu nauczyciela tańca, to międzynarodowy bestseller. Został przełożony na kilkanaście języków, m.in. duński, norweski, fiński, litewski, niemiecki, rosyjski, angielski, francuski, niderlandzki, włoski, hiszpański, kataloński, turecki, japoński i chiński.

 

nim nadejdzie mróz 352x500.jpg

 

 

Malwina Sławińska

 

Zmiana warty w Ystad

„Nim nadejdzie mróz” to ostatnie spotkanie polskich czytelników z postacią Kurta Wallandera. Zaskakujące jest, że tak naprawdę ostatnia powieść z tym bohaterem, którą napisał Henning Mankell to „Niespokojny człowiek”, a ten ukazał się nakładem wydawnictwa W.A.B. już dwa lata temu. Odłóżmy jednak na bok tę zastanawiającą dla mnie politykę wydawnictwa i przejdźmy do samej książki.

W przedostatniej swojej powieści z cyklu o komisarzu policji z Ystad, szwedzki pisarz przygotowuje swoich czytelników na rozstanie z uwielbianym, charyzmatycznym bohaterem. Pierwsze skrzypce gra tu bowiem jego córka, która poszła w ślady ojca i również została policjantką. Linda pojawiała się we wcześniejszych powieściach o Wallanderze, więc wiemy już wiele o niej i jej relacjach z ojcem. A te układały się bardzo różnie. Linda jest nieodzownym dzieckiem swego ojca i odziedziczyła po nim wiele cech, z serii tych uciążliwych dla otoczenia. Rozważaniom na temat podobieństwa do przodków poświęcony jest jakby poboczny wątek książki. Linda, która ma w końcu okazję przyglądać się ojcu przy pracy, myśli o nim z sentymentem, zastanawiając się jak wiele ich łączy i jak wiele jeszcze o ojcu nie wie. Z jej rozmyślań przebija troska i niepokój o niestabilnego emocjonalnie Wallandera oraz podziw i uznanie dla jego umiejętności zawodowych. Tak, zdecydowanie można powiedzieć, że ojciec jest dla Lindy autorytetem w kwestii prowadzenia śledztwa. Podobnie jednak jak on, Linda lubi chodzić swoimi ścieżkami i działać na własną rękę, a cierpliwość i posłuszeństwo nie są jej mocną stroną.

Linda w powieści „Nim nadejdzie mróz” staje właśnie u progu rozpoczęcia pracy w zawodzie policjantki. Zostały jej do tego wydarzenia dokładnie dwa tygodnie. Czas oczekiwania bardzo się jej dłuży. Gdy znika jej przyjaciółka Anna, z którą po latach udało się Lindzie odnowić kontakt, w dziewczynie odzywa się instynkt śledczy. Zwłaszcza, że w tym samym czasie zostaje brutalnie zamordowana starsza kobieta, której nazwisko Linda znalazła w pamiętniku Anny. Niewyjaśnione zdarzenia w okolicy nawarstwiają się, a Linda odkrywa coraz więcej zaskakujących faktów z życia przyjaciółki, które ta przed nią ukrywała. Tropy prowadzą ją w kierunku fanatycznej sekty. Tym samym Linda zaczyna swoje małe, prywatne śledztwo i stara się zainteresować sprawą także policję, zaczynając od ojca. W ten sposób Mankell konstruuje ciekawą fabułę – dla Lindy współudział w prowadzeniu śledztwa, w dodatku szczególnie angażującego ją emocjonalnie, okaże się sprawdzianem jej umiejętności, tuż przed rozpoczęciem służby. Autor znalazł na ten stan bardzo trafne określenie – Linda „przywdziewa niewidzialny mundur”. Bohaterka po raz pierwszy ma okazję zweryfikować wiedzę zdobytą w szkole policyjnej i szybko przekonuje się, że praca policjantów nie wygląda w praktyce tak jak w teorii. Mankell stawia ciekawe pytanie, czy możliwe jest przygotowanie przyszłego policjanta na to, co go naprawdę czeka. Wydaje się, że odpowiedź jest oczywista – te dwa tygodnie przygotowują Lindę do zawodu bardziej niż lata nauki. Dziewczyna doświadcza wachlarza przeżyć i poznaje pracę policjantów od podszewki.

Ale oczywiście na pierwszym planie powieści znajduje się sama sprawa kryminalna, jak zwykle u Mankella dotykająca aktualnych spraw społecznych. W „Nim nadejdzie mróz” Mankell podejmuje się tematu sekt. Powieść wierna jest stylowi, do którego przyzwyczaił nas autor „Mordercy bez twarzy”. Jak to u niego bywa, poznajemy motywacje i dążenia przestępców - w tym wypadku fanatyków religijnych – szkicuje ich psychologiczne portrety, przedstawia ich tok rozumowania. Bardzo mocno zaakcentowany jest też kontrastujący z religijnym zaślepieniem, ateizm Szwedów. Mankell wzbudza u czytelników dylemat natury moralnej – czy wiara jest czymś potrzebnym, czy tylko źródłem nieszczęść. Sama intryga jak zwykle jest misternie utkana, a praca policji przedstawiona dość drobiazgowo. Linda Wallander może nie jest tak interesującą pod względem psychologii postacią jak jej ojciec, ale podobnie jak on, jest bardzo dobrą policjantką i umiejscowienie jej wreszcie na pierwszym planie wydaje się być trafionym pomysłem. Opowiadanie historii niejako z perspektywy kobiety (niejako, bo narracja nie jest pierwszoosobowa) bardzo się Mankellowi udało i powieść zupełnie nie odbiega poziomem od swoich poprzedniczek. Ciekawie wypada relacja Linda – Kurt, w której przenikają się ich dwie role – jako córki i ojca oraz jako nauczyciela i uczennicy. Mam wrażenie, że ich szczególna więź, opierająca się na wzajemnej trosce, a jednocześnie wybuchach ukierunkowanej na siebie nawzajem złości (Linda nie waha się np. przed ciśnięciem ojca w twarz porcelanową figurką), jest w tej powieści zaakcentowana mocniej niż do tej pory. A sam Kurt, jakie miejsce zajmuje w tej powieści? Wbrew licznym obawom, komisarz Wallander jest nadal silnie obecny na jej kartach. Jedyną różnicą jest to, że, mówiąc językiem filmowym, kamera nie podąża za nim, lecz za jego córką. Wszystko co mówi i robi Kurt, relacjonowane jest nam tak, jak widzi to Linda. Wallander jednak się nie zmienił – nadal jest wybuchowy, stanowczy, trochę przytłoczony życiem i pozbawiony entuzjazmu. Wydaje się, że bez wahania gotów jest ustąpić młodszemu pokoleniu adeptów sztuki policyjnej i na to właśnie tą powieścią przygotował Mankell swoich czytelników.

Mankell jest bezapelacyjnie świetnym pisarzem i rozstanie z Kurtem Wallanderem przeprowadził w sposób subtelny i bezbolesny dla czytelników. Wielbiciele twórczości szwedzkiego mistrza kryminału nie będą zawiedzeni, a dla nowych czytelników „Nim nadejdzie mróz” może być wystarczającą zachętą, by sięgnąć po wcześniejsze jego dokonania. Książka spodoba się zarówno pasjonatom rozwiązywania zagadek, jak i bardziej wymagającym czytelnikom. Mankell to dziś już marka, człowiek, którego kolejne książki można czytać w ciemno. Dlatego polecam i zachęcam do lektury.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Nicholas Evans - " Zaklinacz koni "

środa, 19 czerwca 2013 9:18

 

W spokojny, śnieżny poranek dziewczynka i jej koń dostają się pod koła czterdziestotonowej ciężarówki. Zarówno Grace, jak i Pielgrzym uchodzą z życiem, jednak wypadek ma destrukcyjny wpływ na losy osób z nimi związanych. Matka Grace, Annie, nie zgadza się na uśpienie konia, bo czuje, że wówczas w Grace również coś umrze. Przejeżdża pół Ameryki szukając człowieka, który potrafi oddziaływać na psychikę koni.

 

zaklinacz-koni-b-iext3700861.jpg

 

klaudiabla2

 

 

Książkę wypożyczyłam głównie ze względu na to, że jest o koniach. Nie wiem dlaczego, w końcu nie posiadam takiego zwierzęcia, a ciągnie mnie do nich w magiczny sposób. Gdy już miałam ją na półce okazało się też, że to love story. Ale nie byle jakie. Może teraz od początku. Grace i Pielgrzym ulegają strasznemu wypadkowi. Annie- matka Grace wie, że gdy koń zostanie uśpiony jej córka umrze. I tak postanawia odnaleźć zaklinacza, który postara się wejrzeć w psychikę konia. Ta książka jest po prostu cudowna, wspaniała i fantastyczna J Autor, o którym słyszałam kilka razy, ale jego książkę przeczytałam po raz pierwszy. Piszę on cudownie. W książce jest wiele szczegółów, np. wypadek ciągnie się przez kilka stron. Przez to wyobraziłam sobie to wszystko bardzo dokładnie. Także zachowanie konia po wypadku jest tak opisane. Opisy krajobrazu dają wspaniałe tło, przez co jeszcze bardziej zagłębiamy się w przeżycia bohaterów. Bo książka to nie tylko szczegóły i opisy. To przede wszystkim uczucia, emocje. Wypadek dotknął więcej osób niż by się mogło wydawać. Widziamy tu między innymi miłość. Małżeńską, między kochankami. Najpiękniejsze były przeżycia między Grace, a jej koniem Pielgrzymem. Nikt bezpośrednio nikogo nie obwiniał, ale czuli oni do siebie zdradę i brak zaufania. Bo jak to drugie mogło pozwolić, aby to się stało? Dziewczyna nienawidziła współczucia, tych ukradkowych spojrzeń ludzi. Zakończenie po prostu zwaliło mnie z nóg. Czegoś takiego zupełnie się nie spodziewałam. Na koniec okładka. Podobała mi się. Jest taka skromna. Zdjęcie zabawki- konika jaki stoi jeszcze gdzieś na mojej półce. Może dlatego tak kojarzy mi się z dzieciństwem.

 

agoosiaczek

 

 

Na okładce Zaklinacza koni widnieje hasło: Powieść, której nigdy nie zapomnicie. Należę do osób, w przypadku których stwierdzenie to jest jak najbardziej prawdziwe.

 

 

 

Po kilku latach książka wróciła do mnie i powraca od czasu do czasu, zastając mnie w różnych sytuacjach życiowych. Każde kolejne czytanie sprawia, że odkrywam w niej coś nowego, coś, co wcześniej przeoczyłam – bogatsza w doświadczenia życiowe, zauważam złożoność poruszonych przez pisarza dylematów.

 

 

 

Początkowo dostrzegłam wybijającą się na pierwszy plan tragiczną historię nastoletniej Grace – wypadek, śmierć, kalectwo i długą drogę ku częściowemu odzyskaniu sprawności. Dramat rozegrał się pewnego zimowego dnia, kiedy Grace wraz ze swoją koleżanką, Judith, wybrały się na konną wycieczkę. Podczas zjazdu ze stromego zbocza koń Judith potknął się i wpadł ze swoją pasażerką na Pielgrzyma, na którym jechała Grace. Splątane zwierzęta, wraz z dosiadającymi je dziewczynkami, zsunęły się ze skarpy wprost pod koła pędzącej czterdziestotonowej ciężarówki. Grace trafiła do szpitala, gdzie amputowano jej nogę, Judith nie przeżyła wypadku.

 

 

 

W miarę rozwoju akcji pojawia się więcej wątków. Tragedia burzy idealne, jak by się wydawało, życie całej rodziny. Rodzice Grace są gotowi zrobić wszystko, aby pomóc córce. Matka dziewczynki, Annie, desperacko chwyta nikłą szansę na poprawę, dostrzegając zależność między stanem Grace a życiem straszliwie okaleczonego w wypadku Pielgrzyma, którego nie chce uśpić. Zdeterminowana i gotowa walczyć do samego końca kobieta wyrusza w podróż w kierunku Montany na spotkanie z tytułowym zaklinaczem koni, wioząc dwie okaleczone istoty, z których chciałaby uzdrowić przynajmniej jedną.

 

 

 

Jesteśmy  świadkami tytanicznej wręcz pracy, jaką wykonują bohaterowie, zmagając się ze swoim kalectwem – każdy z nich bowiem na swój sposób jest okaleczony – nawet najbardziej opanowany i pogodzony z perspektywą samotnego spędzenia życia Tom Booker. W wyniku przerzucania narracji z jednego bohatera na kolejnych, możliwe jest ujrzenie rozgrywających się w książce wydarzeń z szerszej perspektywy, poznanie kilku punktów widzenia. Tkwimy niejako w głowie każdego z ważniejszych uczestników zdarzeń, Toma, Grace, Annie, nawet Pielgrzyma, i spada na nas ogrom cierpienia, które każde z nich w sobie nosi. Radują czynione przez nich postępy – poprzez kilku narratorów ze zwielokrotnioną siłą odczuwamy przeżywane przez nich emocje. Dzięki temu powieść staje się pełniejsza i głębsza.

 

 

 

Zaklinacz koni nie kończy się happy endem, ponieważ nie wszystko idzie tak, jak chcieliby bohaterowie (i my, czytelnicy, po cichu również). Pielgrzym, po wielu godzinach wspólnej pracy z Tomem oraz Grace, jest już spokojnym i pogodzonym z tragicznym doświadczeniem zwierzęciem. Na nowo przyzwyczaił się do obecności człowieka w swoim życiu, ale nigdy już nie będzie tak piękny, jak przed wypadkiem – do końca pozostanie w nim skaza. Grace w obliczu życiowego dramatu musiała wydorośleć wcześniej niż rówieśnicy, stała się kobietą, łatwiej jej przyszło zrozumieć postępowanie matki, którego początkowo nie akceptowała. Jednak na zawsze już pozostanie kaleką. Annie przekonała się natomiast, że miłość ma niejedno oblicze i stanęła przed poważnym dylematem, który rozwiązał za nią Tom.

 

 

 

Nicholas Evans napisał powieść o walce o marzenia, o zmaganiach z przeciwnościami losu, o miłości ujawniającej się pod wieloma postaciami: rodzicielskiej, tej spadającej na człowieka w najmniej odpowiedniej i niespodziewanej chwili, tej, która odchodzi cicho i niepostrzeżenie i tej, która okazuje się tylko złudzeniem, rozwiewającym się niczym wczesnojesienna mgła z nastaniem dnia. Zaklinacz koni to także powieść o bólu i pokonywaniu cierpienia. Z pewnością nie jest to wyłącznie przeciętne "czytadło” albo "romansidło”.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Mario Vargas Llosa - " Marzenie Celta "

czwartek, 13 czerwca 2013 13:56

 

Co by się stało, gdyby Roger Casement nie spotkał nigdy Josepha Conrada? 


Może nie trafiłby do więzienia, może jego własna podróż do jądra ciemności nie byłaby taka tragiczna? Słynny twórca raportu z czarnego Kongo, który uświadomił światu barbarzyństwo uprawiane przez białego człowieka w Afryce, znalazł się w niełasce. Dlaczego? Odpowiedzi jest kilka, ale ta najprawdziwsza kryje w sobie niechlubną tajemnicę.
Bohater powieści podczas śledztwa w Afryce odkrywa nie tylko bestialskie okrucieństwo ludzi, którzy w imię moralnej przewagi katują i mordują swoich podwładnych, „swoją własność”. Za tymi karygodnymi czynami kryje się coś znacznie więcej, przerażająca prawda, która będzie go już zawsze prześladować - pod powierzchnią kultury i cywilizacji ukrywa się potwór, potwór, który zagraża i jemu samemu. Kiedy sam w sobie odkryje ciemne strony homoseksualizmu, z którym długo przyjdzie mu walczyć, zmieni się cały jego świat. Oskarżony o zdradę i osadzony w więzieniu, zaczyna opowiadać swoją historię. Mówi o dzieciństwie spędzonym w Irlandii, o matce, która potajemnie go ochrzciła, o ojcu, który oszalał z rozpaczy po jej śmierci. O idealizmie, z jakim wyruszył na wyprawę do Afryki. O pięknych czarnych tragarzach, których fotografował, i o swoim seksualnym wyzwoleniu w Brazylii. To właśnie jego dzienniki z wypraw z bulwersującymi homoseksualnymi zapiskami przyczynią się do podjęcia ostatecznej decyzji rządu o karze śmierci dla Rogera Casementa. Listu w jego obronie nie podpisze nawet jego przyjaciel Joseph Conrad.
Kim był Roger Casement? Bohaterem czy zdrajcą? Idealistą czy realistą? Osobą moralną czy niemoralną?



Mario Vargas Llosa zainspirowany Jądrem ciemności Josepha Conrada, zaczął studiować życie Rogera Casementa. Dochodzenie, które przeprowadził, zaowocowało Marzeniem Celta.

 

Marzenie celta 352x500 (1).jpg

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=8RuxC0RYfOQ

 

Marzena Molenda

 

Przez Kongo i Amazonię w głąb ludzkiej duszy

Miałam pewne obawy sięgając po tę książkę. Dotyczyły one wpływu nagrody Nobla, otrzymanej przez Llosę w ubiegłym roku na "ponoblowską" twórczość autora. Nie wiedzieć czemu, szykowałam się na coś komercyjno-masowego, populistycznego, na produkt wysoce homogenizowany. Po przeczytaniu "Marzenia Celta" stwierdzam z czystym sumieniem - Llosa wielkim pisarzem jest; obronił Nobla w pięknym, mistrzowskim  stylu. Przypieczętował go powieścią mądrą, głęboką, napisaną z wielkim rozmachem, bardzo ambitną, a jednocześnie z dobrymi, poczciwymi llosowskimi akcentami.

Przyznam szczerze, nie wiem od czego zacząć tę recenzję... "Marzenie Celta" po prostu trzeba przeczytać, by w pełni docenić jego głębię i przekaz. By znaleźć się na przełomie wieków XIX i XX; by pokłuć oczy swojej duszy i wyobraźni obrazami ofiar szalejącego ówcześnie kolonializmu i jego bestialskich nadużyć; by przemierzyć z Rogerem Casementem dziewicze dżungle Amazonii i Konga; by zastanowić się raz jeszcze nad istotą człowieczeństwa i najskrytszymi sekretami ludzkiej duszy. Trzeba je przeczytać, by przekonać się na własne oczy, jak wielkiego natchnienia może dostarczyć nobel; jak wysoko stawia się potem sobie poprzeczkę i jak ambitnym zadaniom można sprostać. Trzeba je przeczytać, by móc powiedzieć, że zna się dzieło na miarę Nobla. 

Roger Casement, tytułowy Celt, to postać historyczna. Postać o tyle ciekawa, o ile kontrowersyjna; złożona ze sprzeczności, posądzana o perwersyjne skłonności, obudowana pełną niedomówień i luk skłaniających do snucia domysłów, legendą. Roger to zarazem humanista i pełen wrażliwości na innych ludzi syn rozumu i oświecenia, jak i oddany bez reszty i po grób swym marzeniom i ideom romantyk. To rzecznik humanitaryzmu, etyki i moralności; dyplomata i państwowy urzędnik, a zarazem uznany za zdrajcę i posądzany o pedofilię skazaniec. Prawda na temat jego osoby nigdy jednak nie ujrzy już światła dziennego - pokrył ją zbyt grubą warstwą historyczny kurz zapomnienia, przemilczeń i przekłamań. Cień Casementa już nigdy nie przyoblecze się w właściwy mu odcień szarości. Llosa stworzył mu więc obfitującą w możliwie najpełniejszą gamę odcieni czerni i bieli, twórczą biografię, pokusił się o własną interpretację jego czynów i motywów, które na nie wpłynęły. A wszystko to z szelmowskim uśmiechem człowieka znającego życie i ludzi, zdolnego zaakceptować ludzkie słabości i grzeszki. Noblista Casementa nie rehabilituje, nie sądzi... on po prostu wskrzesza jego legendę. 

W "Marzeniu Celta" Llosa stawia czytelnikowi filozoficzne pytanie - "unde malum?". "Skąd zło?". A w zasadzie stwierdzić można, że powtarza owo pytanie po swym mistrzu, Josephie Conradzie, którego zresztą czyni jednym z bohaterów powieści (Casement poznaje w Kongu Józefa Korzeniowskiego, trzynaście lat później czyta "Jądro ciemności" Josepha Conrada. Obaj mieli głowy pełne młodzieńczych ideałów, którymi się wymieniali podczas długich rozmów pod palącym, afrykańskim słońcem, ich obu Afryka nauczyła życia, obu pozbawiła złudzeń). Llosa uzupełnia kronikę cierpień ludzkości o wydarzenia z Amazonii podczas "epoki kauczuku", dodaje również przelaną podczas powstania wielkanocnego krew irlandzkich bojowników o niepodległość. Casement poszukuje odpowiedzi na nie w czasie swej dwudziestoletniej bytności w kolonizowanym Kongo oraz niespełna rocznego pobytu w Amazonii, gdzie pełni funkcję dyplomaty i konsula brytyjskiego. W czasie swych podróży widzi ludzkie okrucieństwo posunięte do granic wyobraźni, widzi szał zadawania bólu, rozmiłowanie w wymyślnych i wyrafinowanych torturach; ogląda zezwierzęcenie białego człowieka, który swą protekcje nad rdzennymi mieszkańcami kolonii wykorzystuje by pastwić się nad nimi. 

Zamykał oczy, a w zawrotnym wirze pojawiały się i znikały hebanowe ciała z wężykami czerwonawych blizn przecinających ich plecy, pośladki i nogi, kikuty obciętych ramion dzieci i starców, twarze wychudłe, podobne do trupich, jakby odpłynęło z nich życie, pozbawione tłuszczu i mięśni, powleczone tylko skórą, jakby pozostała im zaledwie czaszka oraz ten wyraz czy zastygły grymas wyrażający nie tyle ból, ile bezkresne zdumienie tym, co się dzieje. I stale to samo, te same fakty powtarzały się we wszystkich wioskach i wioseczkach (...).*

Kongo i Amazonia odkryły przed Casementem rąbka tajemnicy na temat zła tkwiącego w ludzkich duszach i umysłach. Dzieci kultury i cywilizacji, dzieci Europy zmieniały się w żądne krwi i zadawania cierpień bestie. Wypalanie znaku CA (skrót od nazwy firmy kauczukowego potentata), pal, dyby, spuszczanie z wysokości, miażdżenie genitaliów, powieszenie, zastrzelenie, utopienie w rzece, obcięcie kończyn czy oczu i uszu, zakuwanie w dyby, podpalenie, strzelanie do Indian jak do żywych tarcz - to tylko garść spośród rozlicznych metod uskutecznianych przez białych, aby wymusić na krajanach ślepe posłuszeństwo i zmobilizować do jeszcze cięższej pracy przy dostawach kauczuku.

Jeśli nauczyłem się czegoś w Kongu, to tego, że nie ma gorszej i bardziej krwiożerczej bestii, niż istota ludzka.**

Zamiast siać wśród  rdzennych mieszkańców chrześcijaństwo, postęp, technikę i krzewić cywilizacje, jak pierwotnie usprawiedliwiali swe kolonizacyjne działania, sami uwsteczniali się i dawali prym najdzikszym instynktom.

Choć tak odległe od siebie (...) Kongo i Amazonię łączyła pępowina. Horror powtarzał się z nieznacznymi wariacjami, wywołany żądzą zysku, grzechem pierworodnym towarzyszącym gatunkowi ludzkiemu od jego zarania, tajnym inspiratorem niezliczonych bezeceństw. A może chodziło o coś innego? Czyżby diabeł wygrał już swoją odwieczną walkę?***

Obserwując niedolę rdzennych mieszkańców Afryki czy Amazonii Casement zauważył w niej analogię do losów swojej ojczyzny, Irlandii, zniewolonej przez brytyjską potęgę. Irlandczycy również zostali skolonizowani przez Anglię, ich również Anglia wykorzystywała. Efektem owych przemyśleń była teza o konieczności zbrojnego przeciwstawienia się brytyjskiemu ciemiężcy, jako jedyna skuteczna droga ku wolności. Myśli te, zaprzątając Casementowi głowę, uczyniły zeń iście romantycznego i tragicznego bohatera, wyznawcę mesjanizmu, spiskowca i zdrajcę kraju, na łonie którego się wychował na rzecz wolnej Irlandii - jego marzenia. Marzenia Celta.

Casementa poznajemy, gdy czeka w celi na wyrok, a w zasadzie na potencjalne ułaskawienie.  Świat zdaje się wówczas zapominać o jego zacnych czynach i olbrzymich zasługach w dziedzinie respektowania praw człowieka; sir Roger jest szykanowany i zniesławiony za sprawą odnalezionych przez Scotland Yard sekretnych dzienników, w których opisywał swe perwersyjne erotyczne poczynania i śmiałe lubieżne wizje. Równolegle autor wprowadza nas, poprzez skonstruowane naprzemiennie rozdziały, pozwalające śledzić losy bohatera właściwie od jego narodzin w tajniki życia Casementa; ukazuje jego troski, marzenia, przemyślenia. Odziera go przed czytelnikiem z tajemnic, obnaża kierujące nim motywacje, wskazuje skutki, a potem powoli, słowo po słowie, rekonstruuje ich przyczyny. Konstrukcja taka prowokuje do przemyślenia, jak złożoną i nieodgadnioną istotą jest człowiek; unaocznia nam również, jak często ludzkie postępki wymykają się jednoznacznej, obiektywnej ocenie. Że nie wspomnę już o tym, jak wspaniale i pasjonująco czyta się takie "powoli odkrywane karty". 

Oprócz wnikliwej analizy ludzkiej psychiki i rozmyślań nad problematyką nieprzejrzanych otchłani ludzkiej osobowości,  Llosa porusza w swej powieści również motyw kondycji ludzkiej na świecie. Jego Casement to gorący patriota, który zanim zapragnął zawalczyć o swój kraj, był wiecznym wędrowcem, bezustannym tułaczem po morzach i lądach, niezwiązanym z jakimkolwiek miejscem na ziemi. Wszystko na świecie jest ulotne: zaszczyty, przyjaźnie, szczęście; jednego dnia Roger pławił się w pochwałach i odbierał zaszczytne tytuły, następnego natomiast oczekiwał w ciemnej celi o chlebie i wodzie na egzekucję. Nawet po jego śmierci doczesne szczątki Casementa przebyły długą drogę nim spoczęły w ziemi ojczystej. Llosa tak podsumowuje ów trop:

[Casement] Nie czuł się nigdy przywiązany do jednego miejsca, bo taka była kondycja człowieka: przechodnia, wygnańca na tym padole łez, na tym etapie drogi, którą po śmierci mężczyźni i kobiety powrócą do zagrody, do źródła, gdzie będą żyć przez całą wieczność.****

"Marzenie Celta" to dzieło wybitne, dzieło na miarę Nobla. Z mojej strony - owacje na stojąco.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  72 442  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 72442

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl