Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 349 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jacek Dehnel - " Lala"

piątek, 31 maja 2013 16:11

 

Jest rok 1919. W Kielcach przychodzi na świat dziewczynka. Roztargniona rodzina przez pięć lat nie może się zebrać, aby nadać jej imię. Mówią o niej „Lalka”, „Laleczka”, „Lalunia”. W końcu rodzice wywiązują się ze swojego obowiązku, jednak dziewczynka na zawsze już pozostaje Lalą. W powieści Jacka Dehnela imię bohaterki nabiera jednak dodatkowych znaczeń. z jednej strony jest wyrazem czułości, jaką przez całe życie otaczana była przez bliskich, z drugiej zaś metaforą jej starczego bezwładu i zdziecinnienia, powolnego zapadania w letarg, którego jesteśmy świadkami w ostatniej części utworu.

Rozpięta pomiędzy tradycją rodzinnej sagi, biografii, powieści o dojrzewaniu i wywiadu-rzeki, „Lala” jest historią kobiety, która wbrew temu, co nieustannie powtarzała, zawsze miała więcej rozumu niż szczęścia. Dzięki temu udało jej się dokonać rzadkiej sztuki – przeżyła bezpiecznie i względnie pogodnie najokrutniejsze chyba stulecie w historii Europy. Perspektywa wkraczającego w dorosłość wnuka, z której śledzimy dawne i obecne losy bohaterki, dodaje książce specyficznego uroku.

 

 

 

Dariusz Nowacki

 

 

Ta książka wyjaśnia, jak doszło do tego, że Jacek Dehnel stał się przybyszem z innej epoki - klasycyzującym poetą, malarzem i znawcą sztuki, odzianym w surdut, z laseczką w dłoni i cylindrem na głowie

 

 

 

Jacek Dehnel (ur. 1980) debiutował jako nastolatek skromnym zbiorkiem opowiadań, po którym ślad zaginął. Na dobre pojawił się na scenie literackiej przed dwoma laty, silnie zaznaczając swoją odrębność. Nie tylko stał się jednym z najlepiej rozpoznawalnych i najwyżej cenionych (ubiegłoroczna Nagroda Kościelskich) poetów młodego pokolenia, ale i kimś, o kogo uwielbiają spierać się krytycy poezji. Spór ten nie dotyczy rangi artystycznej młodzieńczego dzieła Dehnela; nikt nie kwestionuje jego talentu czy sprawności warsztatowej. Przedmiotem polemiki jest forma poetycka - ostentacyjnie staroświecka, parnasistowska, przeestetyzowana, na granicy manieryczności, lecz zarazem porywająca, pełna zadziwiającej wirtuozerii, a nade wszystko wyrazista. Czy to genialna symulacja archaicznego repertuaru, czy też czysty głos wysokiej poezji? 

Trudno przewidzieć, czy o pierwszą powieść Jacka Dehnela również pokłócą się krytycy. O wyjściowy konsensus można być spokojnym: "Lala" to dzieło nietuzinkowe. Taką dojrzałością stylu, świadomością formy i kulturą literacką nie może się popisać żaden dwudziestolatek (autor pisał tę powieść w latach 2000-02), ponieważ tak oczytani i inteligentni młodzieńcy nie występują w przyrodzie. Dehnel jest wyjątkiem potwierdzającym tę regułę.

Tytułowa Lala to babcia pisarza, urodzona w 1919 roku w Kielcach. On sam wszedł w rolę nadrzędnego narratora i - co ważne - w powieści pojawia się pod swoim imieniem. Opowiada nam historię tej wspaniałej kobiety splecioną z losami jej przyjaciół oraz dalszych i bliższych krewnych. Tę rozgałęzioną, dygresyjną opowieść familijno-towarzyską zaludnioną przez dziesiątki osób można by roboczo nazwać: z dziejów ziemiaństwa polskiego. 

Mimo że podana w formie anegdotycznej saga rodzinna, której centralną figurą jest Helena Bieniecka (z powodu zachwycającej urody zwana Lalą), nie jest fabułą szczególnie porywającą. Dworki, majątki, narodziny i upadki fortun, zagraniczne podróże, międzynarodowe koneksje, rodowe srebra, arystokratyczne pretensje, ekscentryczne stryjenki, mezalianse, wujowie dziwacy lub hazardziści - wszystko to znamy z książek lub skądinąd. Nawet to, że w malownicze scenki z życia "lepszych sfer" raz po raz wdzierają się dziejowe kataklizmy, rewolucje i wojny światowe, nie zmienia charakteru Dehnelowej opowieści o minionym świecie. To powtórzenie, stereotyp, typowość. Ot, "Polskie drogi" numer któryś tam.

Ale też nie jest szczególnie istotne, co nam pisarz mówi o swoich ziemiańskich przodkach, lecz dlaczego to czyni i z jakimi trudnościami się zmaga. Obie kwestie niezmiernie intrygują, choć ta druga chyba bardziej, więc od niej zacznę.

Przede wszystkim narrator (Jacek, częściej: Jacuś) nie jest opowiadaczem naiwnym. Wielokrotnie powiadamia nas, że jego opowieść jest tylko ułomną, niespójną rekonstrukcją. Wszak osobowym źródłem informacji o ziemiańskiej Atlantydzie jest stara kobieta, która bez ładu i składu opowiada wnukowi urocze anegdotki z zamierzchłej epoki, a ten skrzętnie je notuje. Tyle że babka zapada na zdrowiu, dziecinnieje (tytułowe imię staje się mniej sympatyczne), stopniowo gaśnie. W pewnym momencie zrozpaczony narrator notuje: "Tę historię opowiem już za babcię. Coraz więcej opowiadam za babcię. Wszystko się rozsypuje, rozmywa, rozchodzi w strzępy. ( ) Z czasem zaczęły znikać całe opowieści, albo, co gorsza, jedne historie mieszały się z innymi". 

Nie chce przesadnie interweniować. Wiąże zerwane nici lub samodzielnie dopowiada wątki tylko w takim zakresie, w jakim jest to konieczne - żeby biografia Lali była w ogóle czytelna. Skąd o tym wiemy? Sam o tym mówi. Rodzinny i zarazem środowiskowy (by nie powiedzieć - klasowy) mit interesuje go w takim samym stopniu jak metody i warunki konstytuowania się opowieści. To sytuacja wyjątkowa. Starsi od Dehnela o jedno lub dwa pokolenia pisarze rozmiłowani w prozie mitograficznej przyzwyczaili nas do uniku na tym polu. Bałamutnie próbowali nas przekonać, że bez najmniejszych przeszkód komunikują się z odległą w czasie rzeczywistością.

Odpowiedź na pytanie, skąd się wzięła ta powieść, wcale nie jest prosta. Na pewno z bezgranicznej miłości do babci, z podziwu dla jej mądrości i dobroci. Dehnel napisał za nią pamiętnik nie tylko dlatego, że jego antenatka na tę księgę zasłużyła, ale również dlatego, że w ten sposób spłacił dług. Wszak to ona wprowadziła go w kulturę, w świat wartości nie tylko artystycznych. W dużej mierze dzięki niej Dehnel zbudował własną tożsamość, dowiedział się, że nie wypadł sroce spod ogona, że dysponuje imponującym kapitałem kulturowym, dziedzictwem, z którego może być dumny.

Najsmaczniejsze w "Lali" jest zderzenie konwencji - biografia babki przełamuje się w autobiografię Dehnela, bildungsroman mówiący o tym, co ukształtowało autora, wdziera się w epopeję o rodowodach polskich inteligentów. Przecież pisarz nie byłby sobą, gdyby w swojej debiutanckiej powieści nie zatroszczył się o siebie. 

Po pierwsze, "Lala" wyjaśnia, jak doszło do tego, że Jacek Dehnel stał się przybyszem z innej epoki - klasycyzującym poetą, malarzem i znawcą sztuki, młodym dżentelmenem o nienagannych manierach, odzianym w surdut, z laseczką w dłoni i cylindrem na głowie. Nigdy bym sobie nie pozwolił na komentowanie powierzchowności artysty z krwi i kości, gdyby nie to, że dzięki "Lali" dowiedzieliśmy się, iż nie jest to pretensjonalna kreacja (wybór), lecz los rozumiany deterministycznie (konieczność). Jeżeli w wieku bez mała niemowlęcym Jacuś wsłuchiwał się w mity greckie opowiadane przez babcię, a w wieku wczesnoszkolnym dyskutował z nią o Flaubercie i Stendhalu, słuchał wyłącznie muzyki klasycznej, nigdy nie wychodził na podwórko, nie miał tzw. normalnego dzieciństwa - to trudno się czemukolwiek dziwić. 

Po drugie, daje do myślenia to, iż Dehnel przedstawił wyłącznie genealogię po kądzieli (babka jest oczywiście matką matki, notabene wymownie nieobecnej matki). Linii męskiej pisarz poświęcił bodaj trzy zdania. Byłaby więc "Lala" zawoalowanym ojcobójstwem? Tego rzecz jasna nie wiem. Domyślam się natomiast, że w powieści Dehnel opisał także swoje kłopoty ze światem kobiecym. Przez długie lata pozostawał pod ogromnym wpływem starej kobiety o mocnej osobowości, której wszelako nie mógł objąć pożądaniem. Pod koniec życia Lali stał się jej pielęgniarzem, zetknął się więc z cielesnością w stanie rozpadu - znów, a właściwie zwłaszcza wtedy poza libido. 

Trzymając się myśli, że "Lala" jest między innymi powieścią o dorastaniu, nie sposób nie odnieść się do rozterki: czy to opowieść o szczęśliwym, czy nieszczęśliwym dzieciństwie? Kultura wysoka i barwna przeszłość, w której mentalnie zamieszkał młodziutki Dehnel, odcięły go od normalnego świata. Wnuk wiele zyskał, ale równie wiele stracił. Aby móc przebywać w świecie babci, musiał stać się duchowym starcem, po prostu swoim dziadkiem, a więc dziwakiem. 

Opisana tu sytuacja wcale nie musi być trwałym rozstrzygnięciem. W finale powieści pojawia się sugestia, iż to, z czym mieliśmy do czynienia, składa się na - jakkolwiek to dziwnie zabrzmi - życie prenatalne Jacka Dehnela. Ostatnie zdanie brzmi: "A potem ( ) urodził się Jacek. Czyli ja". Opowieść o dzieciństwie i wczesnej młodości oraz o najważniejszej osobie, która określiła kształt "genialnej epoki", została domknięta. Tak pięknie z pierwszym etapem życia nikt się jeszcze nie żegnał. I pożegnanie, i powieść jak ta lala!

 

 

 

ka-milla

 

Autor myśl przewodnią książki farmułuje już na pierwszych kartach pisząc:

"Powtarzanie rzeczy pięknych i mądrych jest piękne i mądre samo w sobie i należy do takich samych cnót, jak karmienie głodnych, opiekwanie się zwierzętami, podlewanie roślim i udzielanie jałmużny."

I tak faktycznie jest. Tytułowa Lala to babcia autora. Spisuje on jej niesamowite opowieści, żeby je zachować, żeby nie odeszły razem ze zbliżającą się śmiercią jego babci i żeby podzielić się nimi z innymi. W końcu nie każda babcia ma takie przeżycia za sobą i nie każda potrafi tak o nich opowiadać. Niestety nie każda babcia ma takiego słuchacza. I to jest ta myśl, które we mnie po przeczytaniu tej powieści została i drąży gdzieś głęboko moje myśli. O szacunek do starszych ludzi ostatnio w naszym kraju trudno i nie napawa to raczej radością. Dlatego ta książka jest dla mnie szczególnie ważna. Cieszę się, że ją przeczytałam i polecam innym, żeby zrobili to samo - oczywiście jeśli mają ochotę.

Cieszy mnie też, że jest to kolejna pozycja reprezentująca z polskiej współczesnej literatury, którą z czystym sercem mogę polecić. Zamierzam kontynuować poszukiwania na tej półce.


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Woody Allen - " Czysta anarchia "

sobota, 25 maja 2013 17:25

 

Czysta anarchia, najnowszy zbiór tekstów Woody'ego Allena, zawiera osiemnaście przezabawnych i inteligentnych utworów, pełnych surrealistycznego i absurdalnego humoru, gier słownych, jadowitej satyry i szaleństwa. Jest wśród nich m.in. opowieść o sobowtórze mylnie uznanym za słynnego aktora i porwanym przez bandytów, o pretensjonalnym pisarzu zmuszonym do stworzenia scenariusza o gwiazdach amerykańskiej burleski filmowej, o niani, która potajemnie pisze książkę o swoich chlebodawcach, o oszustach sprzedających modlitwy przez Internet i Myszce Miki występującej jako świadek w sprawie nadużyć w Walt Disney Company. Ta książka nie tylko odpowiada na najważniejsze pytania ludzkiej egzystencji, ale także dzięki swym rozmiarom idealnie nadaje się do podkładania pod nogę rozchybotanego stolika.

 

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=WNiHRbEDh-8

 

 

Darek Barczewski

 

Woody Allen to jedna z ciekawszych postaci wiszących sobie szczęśliwie na gwiazdorskim nieboskłonie. Określany mianem "pięknego brzydala" czy też enfant terrible kina amerykańskiego - z czym oczywiście można się zgodzić lub nie - jest osobą świetnie znaną i rozpoznawaną pod każdą szerokością geograficzną, a przynajmniej w tych krajach, w których panuje moda na oglądanie telewizji. A przecież Woody Allen to nie tylko kino. Ten obdarzony niezwykłym, nieco absurdalnym poczuciem humoru Amerykanin próbował także swoich sił z piórem, czego efektem, oprócz wielu scenariuszy filmowych, są liczne książki. Najnowszą, "Czystą anarchię", miałem przyjemność otrzymać w swoje niegodne ręce. 

"Czysta anarchia" to zbiór, a raczej zbiorek osiemnastu zgrabnych, szczupłych i intelektualnie wysublimowanych opowiastek. Ich zakres tematyczny wydaje się dość... ograniczony. Bohaterami opowiadań autor uczynił twórców - aktorów, pisarzy, scenarzystów... A zatem grono bliskie sercu i okularom Woody'ego Allena. Problemy, z jakimi spotykają się kowale sztuki, nie są jednak wcale typowe. W gęstej mgle absurdu, lekko jedynie rozświetlanej przez promienie ironii, rodzą się przypadki i wypadki wprost nie z tej ziemi. Zainspirowany rzeczywistymi wydarzeniami, o których donosił cytowany na czele każdego rozdziału New York Times, Allen popuścił wodze fantazji i stworzył teksty dosłownie "odjechane", a przy tym zabawne i niekiedy zmuszające do zastanowienia się. Nie da się ukryć, że Allen ma zadatki na filozofa, przy czym w kręgu jego zainteresowań pozostaje bez wątpienia filozofia humoru. Zdania wychodzące spod jego pióra posiadają zarówno dowcipną lekkość skeczów kabaretowych, jak i głębię rozpraw metafizycznych. Słowem - w "Czystej anarchii" spotkać możemy się z takim Woodym Allenem, jakiego dobrze znamy i kojarzymy, jedynym w swoim rodzaju.

Istnieją opowiadania i opowiadania, przy czym, jak powszechnie wiadomo, Allen tworzy te drugie. Próżno w tej książce szukać powiastek "made by Stephen King", choć obu autorów, prócz obywatelstwa i sporego konta w banku, łączy umiejętność spostrzegania horyzontów potencjalnej niezwykłości w zwyczajnych, powszechnych i nudnych zjawiskach oraz czynnościach. Przy czym dla Kinga pomysły te stają się kanwą do budowy opowiadań fantastycznych, Allen zaś bawi się językiem, słowem, kontekstem. Przede wszystkim się bawi. A my wraz z nim.

Trudno mi, skromnemu recenzentowi, oceniać warsztat pisarski Allena. I nie powstrzymuje mnie przed tym bynajmniej elementarna skromność, której zasoby u mnie wcale nie takie wielkie, ale brak odpowiednich umiejętności. Allen posługuje się bowiem szerokim zapasem słów, dodatkowo jeszcze wzbogaconym przez taktykę przewrotnego mieszania i łączenia w związki tak niezwykłe, że na ich widok trząść się powinno serce każdego literata. Jakże można oceniać kogoś, kto tak daleko zabrnął we własny, unikalny styl, że bez odpowiednich studiów nie sposób go rozwikłać?

To mi przypomina o obowiązku cokolwiek mniej przyjemnym, ale jakże satysfakcjonującym. Czyli pora nadeszła na krytykę... Nie zamierzam - zgodnie z powyższymi ustaleniami - oceniać warsztatu i techniki Allena, ale pozwolę sobie zauważyć, że w moim skromnym, bardzo subiektywnym mniemaniu, książeczka nie prezentuje równego poziomu. Obok tekstów znakomitych i przezabawnych, znalazły się w niej i takie, które określiłbym mianem "docenionych na siłę". Być może pojawiły się ze względów ekonomicznych. Wszak aby wydać zbiór opowiadań, trzeba ten zbiór wykrzesać... Gwoli ścisłości, jak świat światem, nie zdarzyło się jeszcze by wydano zbiorek idealny, co pewnie wynika z chropowatości naszych gustów. Jeden woli rodzynki, a drugi arbuzy... Pewnym utrudnieniem w lekturze, okazała się dla mnie także maniera Allena sypania nazwami, nazwiskami, lokalizacjami itp. Pewnie nie byłoby to takie złe, gdyby nie fakt, że większość z nich nic mi - biednemu mieszkańcowi Europy Środkowej - nie mówi. Tutaj jednak pomocny może się okazać słowniczek umieszczony na ostatnich kartach książki, za który uniżenie dziękuję pomysłodawcy, szkoda tylko że nie odnalazłem go przed lekturą. Ufam jednak, że Wy, drodzy Czytelnicy, nauczeni moim przykładem, skorzystacie z tego doświadczenia i łatwiej Wam będzie przedzierać się przez poszczególne opowiadania.

Pytanie, czy warto sięgnąć po książkę Allena byłoby zasadne, gdyby nie fakt, że nawet średnio uważny czytelnik dostrzegłby przebijający z tekstu niniejszej recenzji zachwyt nad badanym dziełem. Zachwyt ten jest, jak sądzę, uzasadniony, gdyż "Czysta anarchia" to pozycja unikatowa. Mało, a przynajmniej za mało znajdziemy takich wariacji, mało literackich karabinów nabitych absurdem i ironią... Czas poświęcony najnowszemu dziecku Allena nie będzie czasem straconym. Dobrze też wiedzieć, że po romansie z tematami zdecydowanie poważniejszymi (vide "Sen Kassandry"), Woody Allen ponownie rozpycha się w świecie humoru z górnej półki. Humoru inteligentnego, a przy tym nadal zabawnego. Polecam.

 

foolosophy

 

Rozmawiając dzisiaj z koleżanką, właśnie na temat Wood’ego Allena, stwierdziłyśmy obie, że to taki stary, mały, chamski i ironiczny człowiek, a jego fenomen bierze się z tego, że ludzie kochają takich ludzi. Nie wiedzieć czemu, ale takich kochają. Patrząc wczoraj na jego wypowiedzi(cytaty) stwierdzam, że naprawdę podoba mi się ten człowiek. Jak nikt inny wie, co w trawie piszy. Nie boi się powiedzieć swojego słowa, nie ważne jakiego tematu dotyczy.
Surrealistyczne wypaczenie świata na potrzeby przedstawienia określonego problemu czy grupy ludzi. W sposób surrealistyczny opisuje życie, nasze najgłupsze pomysły i pytania, będące niezbyt wysoką elokwencją naszego myślenia.Nie które opowiadania są tak prawdziwe, tak wybrzuszone, aż śmieszy, że ktoś mógł wpaść na taki pomysł. Pod pazuchą dziwacznych nowelek kryję się głębsza myśl, którą trzeba umieć wykryć. Być wyczutym na styl wypowiadania się Allena, bo naprawdę czasami ciężko go zrozumieć. Ma bardzo filozoficzny, naukowo-urzędowy styl poprzeplatany środkami stylistycznymi i epitetami, w którym można nie raz się zagubić. I to bardzo mi się podobało, sposób w jaki elokwentnie i mądrze wypowiada swe myśli.
Według mnie jednym z najlepszych opowiadań jest z Myszką Miki (“Disneygate – przełom”), przedstawiam fragment:

"[...]Adwokat: I co się w końcu stało?
Świadek: Z Kaczorem Duffym przestałem się widywać, od kiedy został scjentologiem.[...]
[...] A: Czy to prawda, że Goofy miał problem z narkotykami?
Ś: Był uzależniony od Percodanu.
A: Jak długo to trwało?
Ś: Goofy przeszedł na środki znieczujące po wypadku w filmie rysunkowym. Na parasolu zeskoczył z Empire State Building i stłukł sobie plecy. [...]" (Widać, że bohaterowie kreskówek nie mają łatwo.)


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dorota Terakowska " Ono "

poniedziałek, 20 maja 2013 14:18

 

Niejasne, wzięte z filmów wyobrażenia dziewczyny zderzają się z brutalną rzeczywistością. Staje przed wyborem. Szuka wskazówki na przyszłość, podpowiedzi, co dalej. Zaczyna patrzeć na wszystko, co ją otacza, oczami dziecka, które ma przyjść na świat. Próbuje mu ten świat objaśnić, a zarazem usprawiedliwić. I Ewa, i Ono muszą podjąć decyzję, czy wart jest wysiłku narodzin. Ewa ma dziewiętnaście lat. Mieszka z rodziną, czuje się jednak samotna. Marzy o lepszym życiu, o wyrwaniu się z ubogiego miasteczka gdzieś na południe Polski, o miłości, która odmieni jej los. 

 

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=As5pN5qaQFA

 

 

Kwaterek

 

"ONO" Doroty Terakowskiej - opowieść też o mnie. Dotkliwie prawdziwa.

"Ono" Doroty Terakowskiej to powieść o naszym świecie i naszej mentalności. O rezygnacjach, pogoniach, o poznawaniu, wspominaniu i tęsknieniu,o płynięciu z nurtem i pod prąd, o przemianie, jaka dokonuje się w człowieku, o pszczołach, białych obrusach, marzeniach i pasjach złamanych w nadgarstku w trakcie tańca w rytmie rock and roll. A może to nie był taniec, a tylko rozpaczliwa próba dorównania oczekiwaniom i przemieniania się w księcia z bajki na białym koniu, przemienienia się w kogoś, kim się nie jest? A tak w ogóle, może nie powinnam teraz o to pytać, ale czym jest zwycięstwo? To pytanie też jest postawione w powieści. Właściwie nie bezpośrednio - nasuwa się samo, bardzo wyraźnie, gdy Jan odbiera telefon z audiotele. Czy on wtedy wygrał, czy przegrał? Dobrze, już wracam ze świata moich pokręconych i zagmatwanych "skrótów" myślowych. 

Jan to ojciec rodziny. Jest jeszcze matka - Teresa, oboje ok. czterdziestki. Dzieci to Ewa, lat 19, i Złotko - ośmioletnia dziewczynka do której nikt nie mówi po imieniu. Imię ma po babci - Maria. Babcia Maria to babcia chusteczkowa, babcia Irena - kapeluszowa. Maria ze strony mamy, Irena to matka ojca. I to byliby już wszyscy ważniejsi bohaterowie, oczywiście poza Ono, które jest osobą tylko dla Ewy - matki dziecka i może dla czytelnika... może tak, może nie - zależy kto jest czytelnikiem. 

Ewa nie jest "matką oczekującą potomstwa", ona raczej przyzwyczaja się do czegoś, co się w niej zalęgło. Oswaja się z myślą, że Ono jest żywe i stara się dać mu coś, czego sama nigdy nie dostała. No właśnie, dlaczego się stara?

Gdy Ewa postanowiła pokazać Onemu świat, zaczęła się przemieniać. Wydarzenie, którym był gwałt, bo dziecko zostało poczęte podczas gwałtu, przemienia Ewę z ryby płynącej z prądem - tak płynęły jej myśli, z prądem wszystkiego co wkoło, w rybę, która płynie tam, gdzie spodziewa się lepszych wód.

Ewa nie chciała pokazywać dziecku świata takiego, jaki znała, wyruszyła więc na poszukiwanie dobrych ludzi, którym warto i można zaufać, którym można pokazać delikatny środek własnego serca - środek ukryty jak białe wnętrze kasztana - pod brązową skórką i zieloną, kłującą łupiną. Ewa wyruszyła, miała odwagę zaryzykować najważniejszą rzeczą jaka w niej była - własnym wyobrażeniem o szczęściu. Przyjęła je od swojej matki i zaryzykowała utratę.

Matka - Teresa (narratorka jest z każdym po imieniu - podoba mi się to). Teresa żyje w pogoni i w złudzeniach. Żyje marzeniem wygrania w totka, bycia bogatą, podziwianą przez ludzi (przynajmniej przez sąsiadów, ale inni też mile widziani). Wydaje się jej, że osoby, które mieszkają w wielkim mieście (a nie w małym, jak ona) i mają pieniądze (a nie jak ona), i pracę ważną (a nie jak mąż), pensję dużą (nie taką, jak Jan), sławę (a przecież Jan miał być sławny!) - są szczęśliwi. Ewa ocenia Teresę bardzo krytycznie, ale wierzę, że jest w tej ocenie również wyrozumiałość.

Złotko. Jej brak imienia, to że nie jest ono używane, daje nam wrażenie, że dziecko jeszcze nie należy do opisywanego świata, że jeszcze nie zdecydowała czy będzie taka, jak mama zawsze była (i babcia Maria), czy też taka, jaki był ojciec zanim złamał pasję w nadgarstku. A jaka będzie? Czytelnik może się domyślać. 

Jan i jego pasja. Był artystą. Pianistą. Wypowiada się na temat Sokratesa, słucha Bacha, ale nie Czajkowskiego (a lubił kiedyś i Czajkowskiego), czyta, czyta i czyta. Teresa, Ewa i Złotko mówią, że wie wszystko. Od kilku lat siedzi w swoim pokoju, którego ściany stanowią muzyka i cichość Jana. Jest facetem, który szura kapciami po domu, ale do niego nie należy. Ten dom jest dla niego obcy, on go nie rozumie i nie jest rozumiany. To człowiek, który tęskni, tęskni za swoim fortepianem czarnym, koncertowym, za Krakowem z niezmienną (czy na pewno?) wieżą Mariacką i Wawelem, za lasem i wsią (Teresa chciała być "miastowa" i żałuje, że u nich nie ma tramwajów, a on wolał wieś - tak mi się zdaje, nie wiem czy na pewno). Ten człowiek całe życie z czegoś rezygnował, coś oddawał, gdzieś ustępował. Przypomina trochę Dulskiego tak, jak Teresa p. Dulską, tylko, że koniec powieści jest inny niż zakończenie "Moralności...". W "Ono" nie ma śmiechu Hesi ani rozpaczliwego wołania Meli:"Hesia, nie śmiej się... tu stało się coś bardzo złego. Jakby kogoś zabili... Hesia! Ona się jeszcze utopi!"  No i... no właśnie - utopi się czy się nie utopi? O rodzeniu czy o śmierci będziemy czytać na ostatnich stronach?

Myślę, że u Terakowskiej, ktoś się jednak rodzi. Nam nadzieję, że urodziła się Ewa raz jeszcze, że również Teresa i Jan. Może "rodzi", a może słuszniej jest napisać "odradza"? Pytanie co ze Złotkiem? Co z Ono? W końcu to dzięki Onemu to całe zamieszanie. Dzięki niemu i kasztanowi za oknem, i temu, że była zima.

Ech, fajna książka!  Że to te fajne to się zawsze szybko kończą...

 

Maleństwo

 

Kiedy byłam w ciąży ze Starszą przeczytałam książkę Doroty Terakowskiej pt. "Poczwarka". Podobała mi się bardzo, jednak przyrzekłam sobie, że w trakcie ciąży książek tej autorki będę unikać. Książka pt. Ono czekała na półeczce dość długo (Młodszy był już nie tylko planem ale też widocznym zaokrągleniem mojej osoby :-)) Jakaż jest moja radość że wstrzymałam się z tą lekturą aż do teraz!
Książka w swojej treści jest... aż za bardzo zwyczajna. Podkreślam, że zwyczajna w tym przypadku nie jest zwykłym określeniem "zwyczajności". Raczej chodzi mi o nasze zwyczajne życie, codzienność - niestety często szarą i burą.
Młoda dziewczyna Ewa zachodzi w ciążę, która jest wynikiem gwałtu. W pierwszym odruchu chce usunąć niechcianą istotkę, (ogromnie przeżyłam stosunek matki Ewy do usunięcia ciąży) jednak w ostatniej chwili decyduje się urodzić. Od tego momentu spojrzenie Ewy na świat zmienia się diametralnie. Nagle zauważa nie tylko szarą rzeczywistość, która ją otacza, ale też piękno codziennych okruchów życia. Opowiada o nich swojemu Maleństwu przekonując je, że warto przyjść na świat. Poraziło mnie zestawienie codziennego szarego życia (ten ciągle ryczący telewizor..., brak gotówki, ciągle zgorzkniała matka, nieszczęśliwy ojciec ze swoimi niespełnionymi marzeniami i siostra, która coraz bardziej "płynie z prądem" zamiast próbować coś zmienić), z postawą Ewy, która wyłania się z tej szarości i uświadamia sobie, że życie to nie tylko wegetacja od dnia do dnia ale i małe szkiełka codziennej radości. Ewa z mozołem je składa i uczy zarówno siebie jak i Ono, że - co tu dużo mówić - życie jest piękne.
A teraz zakończenie. Oczywiście nie opiszę go - bo i po co - ale muszę stwierdzić że mnie rozczarowało. Wiem, że oczekiwanie na jasne zakończenie w takiej książce było z mojej strony naiwne, jednak miałam nadzieję, że zamknę książkę z poczuciem zakończenia tej historii (pomijam czy szczęśliwego, czy też nie). A tymczasem rozstałam się z powieścią w poczuciu niedosytu. Może tak własnie miało być?
Książka poraziła mnie trafną analizą rzeczywistości. Obdziera do bólu codzienność przeciętnego Polaka. Razi w oczy, przeszkadza, mierzi a jednocześnie powoduje poczucie smutku, że często tak własnie wygląda życie. A do tego jeszcze marzenia, które w zderzeniu z realiami przestają być marzeniami a stają się szare i brudne.
Dobrze, że jak już mi było za smutno, to mogłam odłożyć książkę z przeświadczeniem że Starsza i Młodszy doskonale wiedzą jak wygonić z Mamy poczucie nostalgii :-)))


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Janes Clavell - " Król Szczurów "

sobota, 18 maja 2013 20:12

 

W 1941 roku, 17-letni James Clavell, został wysłany na wojnę do Malezji. Przez wiele miesięcy ukrywał się w tropikalnej dżungli, żył w malezyjskiej wiosce.

Schwytany jednak przez Japończyków trafił do obozu jenieckiego Changi w pobliżu Singapuru. Ze 150 tysięcy więźniów, którzy tu trafili, przeżyło zaledwie 10 tysięcy. Pozostałych wykończyły głód i tropikalne choroby. Clavell przeżył. I właśnie to obozowe doświadczenie stało się kanwą jego debiutanckiej powieści - Króla szczurów. To książka o zachowaniu człowieka w sytuacji ekstremalnej. Ale nawet w piekle można być człowiekiem wolnym i zachować resztki godności - jak dwuznaczny moralnie amerykański kapral, nazywany przez współwięźniów Królem, albo jak kapitan Marlowe, literackie alter ego pisarza, zaznaczmy jednego z najpopularniejszych amerykańskich pisarzy, zwanego MR. Bestseller. Jego ksiązki sprzedały się w łącznym nakładzie kilkudziesięciu milionów egzemplarzy na całym świecie!!! 

 

 

Fragment: 

 

"W opisywanych tu czasach, w roku 1945, Japończycy wiedzieli już, że najlepiej jest pozostawić kontrlę nad obozem w rekach jeńców. Sami wydawali rozkazy, a za ich wykonanie odpowiedzialny byli jeńcy-oficerowie. Jeśli obóz nie przysparzał kłopotów, sam ich także nie miał. Za złe miano jeńcom prośby o jedzenie. Za złe prośby o lekarstwa. za złe prośby o cokolwiek. Za złe to, że w ogóle żyli.

 

Changi było dla swoich mieszkańców więcej niż więzieniem.  Changi było dla nich Genesis, miejscem, gdzie wszystko zaczyna się od nowa.

 

A rządził Adam, bo był królem. Aż do dnia, kiedy wola, żeby być Królem opuściła go. Wówczas padł, służąc za pokarm silniejszym. Bo królem jest zawsze najsilniejszy, nie tylko dzięki samej sile, ale dzięki sile, sprytowi i szczęściu. Królem wśród szczurów."

 

 

 

 

Isadora

 

 

Książka ta jest wyjątkowa.Nie tylko dlatego,że jest oparta na faktach z życia autora,który sam był więźniem w obozie jenieckim Changi w Singapurze - fakt ten przydaje jej realizmu i wiarygodności ; także dlatego,że jest to doskonałe studium postaci postawionych w sytuacjach granicznych,studium ich charakterów,moralności,światopoglądu.
To mistrzowski wręcz obraz psychiki ludzi,których egzystencja została zredukowana do prymitywnej i bezpardonowej walki o przetrwanie,błyskotliwa analiza tego wszystkiego,co dzieje się w duszy zmaltretowanych psychicznie (i fizycznie) jeńców.

Głównym wątkiem powieści jest historia znajomości dwóch mężczyzn reprezentujących odmienne postawy życiowe : Amerykanin o pseudonimie Król oraz Anglik Marlowe.Ten pierwszy dzięki cynizmowi,brakowi skrupułów i umiejętności dopasowania się do każdej sytuacji praktycznie rządzi w obozie - prowadzi czarnorynkowy handel i ma się o niebo lepiej,niż jakikolwiek inny więzień ; w tym obozie,gdzie brakuje WSZYSTKIEGO,posiada on nawet własną kurę i waży trzydzieści kilo więcej,niż każdy z jeńców.Dzięki pieniądzom,jakie miał z pośredniczenia między więźniami a strażnikami,był podziwianą,a jednocześnie najbardziej znienawidzoną postacią w Changi.
Marlowe jest typowym angielskim dżentelmenem wychowanym w dobrej rodzinie z tradycjami wojskowymi ; wpojone zasady i poczucie moralności bardzo cierpią w starciu z obozową rzeczywistością.

Autor bardzo dokładnie pokazuje,do czego zdolny jest człowiek,by zapewnić sobie przetrwanie - kreśli sylwetki bohaterów w sposób niejednoznaczny,tak że te same postaci budzą w nas mieszane uczucia.
Tytułowy Król budzi w nas obrzydzenie, sympatię, niechęć, to znów podziw. I tak jest ze wszystkimi. Nie ma jednoznaczności, nie ma wskazywania palcem "dobry - zły". To my sami możemy ocenić bohaterów powieści. Ciągle jesteśmy zaskakiwani. Homoseksualistę, którym w skrytości ducha gardzi pół obozu, poznajemy jako doskonałego pielęgniarza przynoszącego ulgę umierającym. Natomiast jeden z brytyjskich oficerów, dżentelmen, okazuje się złodziejem.
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że nie jest to wcale powieść wojenna, lecz genialna wręcz książka psychologiczna.
Pokazuje,że człowiek jest zdolny do przeróżnych rzeczy,których w normalnych okolicznościach sam by się po sobie nie spodziewał ; i jest to szeroki wachlarz zachowań i postaw moralnych - nie tylko bezwzględność będąca skutkiem zezwierzęcenia,które z kolei jest wynikiem permanentnego głodu i obawy o byt,ale także poświęcenie i bezinteresowność graniczące nieraz z brawurą (np.przechowywanie radia w obozie,za co grozi śmierć).
Gorąco polecam,bo naprawdę warto!!

 

Miedzystronami

 

Król szczurów porusza tematykę obozową. Ale jest to zupełnie inne przedstawienie tematu obozu i jego jeńców niż to miało miejsce u Herlinga – Grudzińskiego, Borowskiego, Sołżenicyna, bo Clavell ukazuje życie obozowe nie od strony cierpienia i bólu, do czego byliśmy przyzwyczajeni, ale od strony życia codziennego. 
Jest to powieść niezwykle realistyczna niezwykle oddaje atmosferę obozu jenieckiego. Może temat wojny i obozów wydaje się już oklepany ale ta powieść jest dowodem na to, że jednak nie. Ze wciąż można o tym pisać oryginalnie, z innej perspektywy.

Jest rok 1945. Koło Singapuru, w japońskim więzieniu Changi przebywa 10 tysięcy jeńców alianckich. Bohaterami jest kilkunastu spośród nich. 

Amerykański kapral nazwany Królem wyróżnia się na tle pozostałych. Pozostaje nieugięty i nie akceptuje obozowych regulaminów, realiów. Chce żyć jak człowiek wolny i niezależny. Dlatego nie brakuje mi niczego. Z pomocą sprytu, odwagi i inteligencji potrafi zdobyć wszystko, jedzenie, lekarstwa i jeszcze mieć z tego zysk. Jest bogaty, ma to, czego innym brakuje, tzn. ubranie i pożywienie. Inni szanują go poprzez swoją interesowność i chęć odniesienia korzyści. 

Żołnierze żyją tu każdym dniem, każdym jajkiem i miską ryżu. Nie wiedzą, co dzieje się poza obozem (bezwzględny zakaz posiadania radia), chorują na tropikalne choroby, tracą nadzieję. Wola przetrwania na zmianę w nich umiera i rodzi się kiedy mogą coś w szarości tego świata „ugrać” dla siebie. Cały ten świat jest światem uporządkowanym i zhierarchizowanym. Często rządzi ludźmi wola przetrwania, instynkt samozachowawczy bez względu na skutki i konsekwencje, jakie musieliby ponieść inni. Cynizm, żerowanie na innych to staje się powszedniością. 

Cały ten świat i jego życie codziennie przypomina mi jednak Sołżenicyna w jego Jednym dniu Iwana Denisowicza. Bo przecież jeśli uda się przeżyć dzień, zdobyć coś dla siebie, uniknąć kary, umknąć oficerowi to jest dobry dzień. Wszystko jest wszak kwestią przystosowania. Tak jak szczury ludzie potrafią dostosować się do wszystkiego, do każdych warunków, wszędzie odnajdą swoje miejsce i nauczą się nawet czerpać korzyści wynikające z ich położenia. 

Jednak można w tym świecie odnaleźć marzenia, męską prawdziwą przyjaźń… Autor poświęca też trochę miejsca psychologii swoich bohaterów, to wbrew pozorom złożone charaktery. Autor ukazuje zmiany w nich zachodzące, ukazuje wpływ przyjaźni na człowieka, ale też żądzy i chciwości. 

A sam Król? Jest postacią niejednoznaczną i każdemu czytelnikowi pozostaje jego ocena. Ale myślę, od samego początku, miałam wrażenie, że jest postacią tragiczną. Pozorny szacunek i chciwość jakie okazują w stosunku do niego współwięźniowie nie są dobrym sposobem do zbudowania silniejszych więzi. 
Wyjątkiem jest Marlowe. 

Król Szczurów naprawdę warty jest poświęconego mu czasu. A jeśli kogoś zniechęca poważna tematyka obozowa niech nie da się zmylić. Czyta się dobrze, dość lekko. Można się wręcz wczuć w tę atmosferę i przez chwilę poczuć jak więzień Changi, obserwujący z boku, wszystko, co się dzieje. 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Grażyna Plebanek - " Dziewczyny z Portofino "

wtorek, 14 maja 2013 17:31

 

Przyjaźnie i zdrady, doświadczenia erotyczne i wyprawy na zakazane tereny, bunt i dążenie do niezależności, życiowe wybory i dramaty - powieść Grażyny Plebanek Dziewczyny z Portofino to rozpoczynająca się w latach 60. i obejmująca trzydzieści lat historia Agnieszki, Hanki, Beaty i Mani, dziewcząt z jednego podwórka, a potem kobiet, których życiowe przełomy zbiegły się z przełomami politycznymi. To także - w tle - obraz losów ich matek i babek, których decyzji nie będą chciały powtarzać, poszukując w życiu własnej drogi. 
Czwórkę dziewczyn różnią doświadczenia rodzinne: jedna jest córką zamożnego lekarza, inna dzieckiem alkoholików. Różnią się poglądy polityczne ich rodziców i wyznawane przez nich wartości, ale przyjaciółki razem chodzą do szkoły i wspólnie uczą się życia, szybko odkrywając, jak bardzo fałszywa jest „jedynie słuszna" rzeczywistość i narzucane przez dorosłych reguły. Kiedy dorosną, każda będzie musiała sama zadecydować o sobie i przejść samotnie przez kolejne doświadczenia: nieudany związek, utratę dziecka, emigrację.
Podwórkowa przyjaźń, wymagająca i trudna, okaże się w dorosłym życiu źródłem siły i wsparcia, którego bohaterki nie otrzymały ani od rodziców, ani od swoich partnerów. 
Dziewczyny z Portofino to ważna i bardzo udana próba odtworzenia „dziewczyńskiej" mitologii, świadectwo tego, że ukazane realistycznie kobiece doświadczenie nie mieści się w gorsecie romansu czy sentymentalnej powieści dla dziewcząt. To także obraz PRL z kobiecej perspektywy: kolejki w sklepach, sadzenie drzewek w czynie społecznym, pełna indoktrynacji szkoła. Grażyna Plebanek ukazuje transformację ustrojową jako przełom nie tylko polityczny, ale zmianę codziennego doświadczenia i myślenia o własnym życiu: perspektywach, możliwościach, celach.


Dziewczyny z Portofino to przykład kobiecego realizmu. To opowieść o dorastaniu i współczesności, osadzona w polskich realiach, przedstawiona przy pomocy naszkicowanych mocną kreską postaci.
Jarosław Lipszyc, „Życie Warszawy"

Wreszcie powieść zapisująca doświadczenia kobiet, które znam, dziewczyn z mojego podwórka. Urzekająca życiowym i emocjonalnym konkretem, wciągająca, wzruszająca, zabawna. 
Agnieszka Graff

Rozbudzając zapomniane emocje i tęsknoty, ta książka nie zostawia czytelnika obojętnym, i to jest piękne. Ona zostawia go bezradnym, bo nie wiadomo, co dalej robić z przypomnianymi na nowo uczuciami.
Joanna Krawczyk, „Lampa"

 

 

 

Którejś nocy matka wtoczyła się do pokoju dzieciaków i stanęła nad łóżkiem Mani. 
– Moja lalunia! – wybełkotała. – Ciebie jedną teraz mam, księżniczkę! Co ty byś mała, chciała, co? Powiedz no tylko mamuni, a wszystko ci dam, wszystko! 

W mroku pokoju wyglądała trochę tak jak dawniej, na zdjęciu, które Mania nosiła w tornistrze. Matka była na nim szczupła, uczesana w wysoki kok, a za rękę trzymała chudego kilkulatka. Obok niej ojciec z zaczesanymi do tyłu włosami huśtał na wyciągniętych w górę rękach gołą dziewczynkę w chustce z zawiązanymi rogami. Za nimi błyszczała Wisła. 
– No, co ty byś chciała, córa, co? Może kieckę jaką albo cukierków?



Mania zastanowiła się. Lalek nie lubiła, a cukierki mogła zdobyć sama. Znów sprzedawała butelki, chociaż kobieta w punkcie skupu wydziwiała, że poda tych alkoholików, jej rodziców, na milicję, to odbiorą im wreszcie prawa rodzicielskie, a ona będzie miała wikt i opierunek w porządnym domu dziecka. Dopiero kiedy Mania nakłamała, że zbiera butelki z całej klatki, przestała się czepiać. 

– Mów mamuni, póki pyta!... Co byś ty, lala, chciała?! – Matka chwiejnie zbliżyła do niej twarz. 
Z bliska widać było wyraźnie, że jest duża i opuchnięta. Jakby kobieta ze zdjęcia była jej siostrą, w dodatku niezbyt podobną. Jak z innego ojca albo matki. 
– Komunię – pisnęła Mania. 
– Że co? – chuchnęła nieprzetrawioną wódką. 
– Komunię. Komunię bym chciała... mamuniu. 

 

kolejka po lepsze


„Dziewczyny z Portofino” … i widzę moje podwórko. Widzę te same obdrapane place zabaw, te same imitujące rozrywkę elementy osiedla, niedokończone place nie wiadomo do czego z wylanym, gorącym, roztapiającym się asfaltem albo te trzepaki, na których wisząc świat wydawał się ciekawszy. Ba ja widzę nawet z bramy mojego podwórka dom partyjny, a na święto pracy, wykrzywione w nienaturalnych uśmiechach twarze towarzyszy powiększone do koszmarnie wielkich rozmiarów. Ale to co widzę ja i moje „dziewczyny z Portofino” to już schyłek czasów, dla nas zaczęły się już kolory na placach zabaw i betonowe, czyste place, zamiast fantastycznie ciągnących się asfaltów, kolejki po zeszyty ustawiające się przed byłym domem partii. Ale czytając „Dziewczyny … „ Grażyny Plebanek, poczułam sentyment, chociaż wiem, że to nie były dobre czasy, że ojciec Beaty został zesłany, że matka Hani musiała pogodzić się z „polityką” swojego męża, że Mania godziła szkołę i wystawanie w kolejkach żeby „utrzymać” rodzinę, a ojciec Agnieszki wolał „uśmiercić” żonę niż przyznać się do chorej, że to wszystko było trudne do zrozumienia dla takich dziewcząt jak Hania, Beata, Mania czy Agnieszka… i ja. Po przeczytaniu „Dziewczyn z Portofino” przypomniały mi się te czasy, jak ciężko musiało być w tych czasach rodzicom tych dziewcząt, naszym rodzicom. Cały ciężar utrzymania tego świata wokół nas w jako takiej normalności spoczął na nich. Czasem, jak rodzice Hani, mieli inną wizję przyszłości dla swojej córki, krytykując jej wybór studiów i ciesząc się z porażki. Czy jak ojciec Agnieszki, obawiając się ustroju i utraty pozycji i zawodu lekarza zdecydował o jej życiu nie pozwalając przystąpić do pierwszej komunii świętej. Plebanek pokazała całą prawdę o czasach PRLu z ich „podstawą” do egzystencji, szarością i prostotą, to było jak prezent w szarym pudełku, bez pięknego kolorowego papieru, bez zwieńczenia wstążką. To co się należy i już … wystarczy! Po co trochę koloru w życiu, po co planować przyszłość, po co studia, wykształcenie? U Plebanek dziewczyny, a właściwie dziewczynki z blokowiska są zdane same na siebie. Same kolorują sobie to życie i starają jakoś je ułożyć, zaplanować przyszłość. Same żyją z własnymi problemami bo rodzice mają swoje partie, podbite oczy i delirki. A one? One się starały i to jak im wyszło, jak się skończyło może nie zawsze odpowiadało ich wizjom ale było dobre. Tylko ten bagaż dzieciństwa pozostał. Bo Beata, Hania, Mania czy Aga wydaja się być doroślejsze od dzisiejszych dziewczyn w ich wieku, bogatsze w doświadczenia, „mądre i silne kobiety”.

 

Kanarek

 

Po "Dziewczęta z Portofino" sięgnęłam po raz drugi.
Pierwszy raz czytałam kilka lat temu i już wtedy ta książka mnie zauroczyła.
Teraz przeczytałam ją kolejny raz przy okazji pisania pracy magisterskiej i nadal jestem twórczością Pani Grażyny Plebanek zachwycona.
Tytułowe dziewczęta to cztery przyjaciółki z warszawskiego osiedla.
Mania - córka alkoholiczki, zaniedbana, wychowuje się właściwie sama (godzinami wystaje w kolejkach po jedzenie), mająca problemy z nauką, na skutek traumatycznych przeżyć z dzieciństwa zaczyna się jąkać, zostaje fryzjerką.
Agnieszka - piękna, blond włosa, córka lekarza, wychowuje ją niania, ojciec krzywo patrzy na jej znajomość z dziewczętami, marzy o zostaniu lekarzem.
Beata - córka wywrotowca, jej dzieciństwu towarzyszą tajne spotkania w domu i aresztowania, wysoka i chuda, nie wie co chce robić w życiu, poznaje tajemnicę o matce Agnieszki i bardzo jej to ciąży.
Hanka - twardo stąpająca po ziemi, córka działacza partyjnego tzw. szychy, marzy o studiach, tymczasem rodzice chcą by jak najszybciej się usamodzielniła i wyszła za mąż.
Dziewczęta poznajemy w połowie lat 70. jako dorastające dziewczynki.
Wraz z nimi dorastamy, idziemy do pierwszej komunii, przeżywamy pierwsze miłości, pierwsze zawody i rozczarowania.
Wraz z nimi dojrzewamy i poznajemy twarde realia życia, często tak różne od naszych wyobrażeń.
Zmienia się ustrój, zmieniają się dziewczęta ale ich przyjaźń trwa nadal.
Mimo iż pochodzą z różnych środowisk, a na drodze ich przyjaźni wyrasta wiele przeszkód one wciąż odnajdują drogę do siebie i są ze sobą na dobre i złe.
"Dziewczęta z Portofino" to przede wszystkim książka o przyjaźni, o umiejętności dzielenia się i smutkiem i radościami.
To książka świetnie oddająca klimat schyłku PRL-u.
Gorąco polecam!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 717  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71717

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl