Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 349 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Mariusz Urbanek - " Tuwim. Wylękniony bluźnierca "

sobota, 25 kwietnia 2015 18:57

 

Nazywano go księciem poetów, debiut porównywano do debiutu Adama Mickiewicza, a dzieło jego życia "Kwiaty polskie" zestawiano z "Panem Tadeuszem". Napisał wiele wierszy i piosenek, które przeszły do legendy: "Miłość ci wszystko wybaczy" śpiewaną przez Hankę Ordonównę, "Grande Valse Brillante" w wykonaniu Ewy Demarczyk, Wspomnienie z muzyką Czesława Niemena. Jego Ptasie radio i Lokomotywa do dziś nie mają sobie równych w polskiej literaturze dziecięcej, Bal w Operze wciąż na nowo i z tą samą precyzją opisuje rzeczywistość Polski. A muzycy punkowi odkryli Tuwima anarchistę i alterglobalistę.
Książka Mariusza Urbanka opisuje meandry losu i kulisy twórczości Juliana Tuwima - poety, tekściarza kabaretowego, tłumacza, bibliofila, kolekcjonera, badacza i popularyzatora dziejów kultury.

 

tuwim 181271-352x500.jpg

 

 

Ela

 

W mojej szkole podstawowej (jak pewnie w większości podstawówek w tamtych czasach) korytarze obwieszone były dużymi zdjęciami polskich literatów. Tak wyglądał mój pierwszy kontakt z Julianem Tuwimem. I przez wiele lat poeta był dla mnie starszym panem ze szkolnego korytarza. Później stał się autorem cudownych wierszy dla dzieci, których większość jeszcze dziś umiem wyrecytować z pamięci. Im lepiej poznawałam twórczość Tuwima, tym bardziej umacniałam się w przekonaniu, iż „wielkim poetą był”. I tym mocniej chciałam się dowiedzieć, jakim był człowiekiem. 

Książka „Tuwim. Wylękniony bluźnierca” udzieliła wyczerpującej odpowiedzi na moje pytanie. To obszerna biografia poety, wzbogacona licznymi fragmentami jego utworów zdjęciami oraz wywiadem z przybraną córką Ewą. Autor przedstawia nam Tuwima jako genialnego twórcę, ale raczej słabego człowieka, uwikłanego w czasy, w jakich przyszło mu żyć. Człowieka hojnego, gotowego zawsze nieść pomoc, a jednocześnie małostkowego i zawistnego o twórczość innych. Człowieka bardzo ludzkiego…

Podczas lektury odczuwałam przede wszystkim głębokie współczucie do poety. Zafascynowała mnie jego pomysłowość, pracowitość, wszechstronność zainteresowań. Umiejętność posługiwania się słowami wybudziła szczery zachwyt. Jednak przede wszystkim było mi go żal. Poeta miał ogromnego pecha. Bo był Żydem, a czuł się Polakiem. Bo dla Polaków był zawsze „tylko Żydem”, a dla Żydów - zdrajcą swoich. Bo wierzył w wolną, sprawiedliwą Polskę, za taką Polską tęsknił, a stał się marionetką manipulowaną przez władze komunistyczne. Bo całe życie walczył ze swoimi demonami. Nawet umarł w najgorszym momencie...

Gorąco polecam przeczytanie tej książki. Z pewnością pomoże lepiej zrozumieć nie tylko twórczość Tuwima, ale i jego samego.

 

Ola

 

Zjawisko Tuwim

Dobry pisarz potrafi uwieść czytelnika pierwszym zdaniem. Mariusz Urbanek dał na przynętę soczystą anegdotę, przykuł do fotela pierwszą frazą, oczarował wstępem, obiecał, że od lektury nie będziemy w stanie się oderwać i obietnicy dotrzymał. Stworzył tętniącą życiem biografię Tuwima, pełną szczegółów i wydarzeń. Przedstawił fakty, za które możemy poetę podziwiać oraz materiały po latach nadal szokujące i bulwersujące. Udało mu się sportretować postać nietuzinkową, legendarną, wywołującą skrajnie ambiwalentne emocje. Tuwim na kartach książki to postać trójwymiarowa, wiarygodna, targana emocjami i lękami. Biografowi udało się oddać wszelkie niuanse składające się na osobowość człowieka naznaczonego piętnem poezji (raczej należałoby powiedzieć: człowieka, który BYŁ POEZJĄ, gdyż wszystko, czego dotknął piórem, zmieniało się w złoto), a jednocześnie postać obdarowaną wyjątkową umiejętnością zrażania do siebie ludzi, dokonywania złych wyborów i absolutnym brakiem dyplomacji.


Książka „Tuwim – wylękniony bluźnierca” nie stanowi zwykłej biografii. Jest kopalnią wiedzy o okresie XX-lecia międzywojennego, przedstawia realia epoki i życie kulturalne wyższych sfer. Autor wiedzie czytelnika szlakiem modnych lokali i kabaretów i przedstawia najważniejsze wydarzenia z życia kulturalnego. Tworzy kronikę czasów, która w swoim klimacie przypomina pełne błyskotliwych obserwacji i darzone przeze mnie sentymentem szkice Boya-Żeleńskiego. Czytelnik przeniesiony zostanie do przedwojennej „geszefciarskiej” Łodzi (w scenerię jak z „Ziemi obiecanej” Reymonta), do artystycznej i kabaretowej Warszawy, uda się z pisarzami na emigrację, wreszcie będzie świadkiem zaprzęgania literatury i kultury w służbę ideologii w powojennej Polsce.


Tuwim przyszedł na świat w rodzinie zasymilowanych Żydów i kwestia jego pochodzenia położyła się cieniem na jego stosunki z prasą i krytyką literacką. Prawdą jest, że inni twórcy (Lechoń czy Słonimski), którzy także byli Żydami, nie spotkali się z taką nienawiścią i ostracyzmem. Prawdą też jest, że wobec wszystkich Żydów sypały się cierpkie słowa, ale to Tuwim nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. W swoich wierszach zadawał ciosy traktowane przez narodowców jak antypolskie policzki, których nie mogli zostawić bez odpowiedzi. W ten sposób wokół Tuwima narastała atmosfera antysemickiej nagonki.

Tuwim to nie tylko jego poezja. To człowiek niespokojny duchem, którego rozpierała potrzeba tworzenia. Zbierał rozmaite ciekawostki i ratował je od zapomnienia. Wymyślał setki projektów, najbardziej przedziwnych, wręcz kuriozalnych, często ich nie kończył. Pisał i kolekcjonował księgi o czarach, demonach i o szczurach. Fascynował się językiem, przez całe życie zbierał lingwistyczne ciekawostki, słowa i frazy zachwycające egzotycznym pięknem lub charakterem onomatopeicznym. W sposób niedościgniony tłumaczył rosyjskich twórców: Puszkina i Gogola. Związał się z teatrami, a zwłaszcza z kabaretami. Pisał scenki, skecze, piosenki, spektakle, monologi, parodie, melorecytacje. Jego spektakle przyciągały tłumy, jego piosenki, powiedzonka, aforyzmy – lotem błyskawicy obiegały Warszawę, przechodziły do potocznych rozmów i legend. Przez to zarzucano poecie, że rozmienia talent na drobne. A Tuwima – urodzonego kawalarza, człowieka o nieprzeciętnym poczuciu humoru – rozsadzała energia. Dowcip, który w nim buzował, potrzebował ujścia…

Do historii poezji polskiej wszedł z hukiem. W roku 1918 opublikował wiersz „Wiosna”, którym wprawił w osłupienie czytelników i który został uznany za „ściek pornograficznych wyrażeń”. Chwilę później ogłoszono, że dokonał rewolucji i zachłyśnięto się jego poezją, która „zeszła z pomników”. To, co jednych zniesmaczało, wprawiało w zachwyt innych. Tuwim potrafił szokować, pisać wiersze, pamflety ośmieszające osoby, którym były dedykowane. Z drugiej strony – spod jego pióra wychodziły strofy zachwycające, „cacka artyzmu i dowcipu”, „literackie cudeńka”, które dostarczały poetyckich doznań i wzruszeń w najczystszej postaci. Niepokorny Tuwim nie pozostawał nikomu obojętny, rzucał na kolana, wzbudzał zazdrość bądź nienawiść i mimo nieustającej wrzawy wokół własnej osoby na długie lata (wraz z klubem „Pod Pikadorem” i Skamandrytami) objął władzę nad polską poezją.

Stwierdzenie, że był artystą „płodnym”, nie oddaje istoty zjawiska: Tuwim. W jego przypadku raczej trzeba mówić o eksplozji twórczości. Wydawał tomiki poezji, organizował wieczorki autorskie, współpracował z kabaretami, z operetką, tłumaczył rosyjskie dzieła, pisał wiersze dla dzieci. Bawił się i szalał, ale też otaczał opieką młodych poetów, ułatwiał im debiuty. Był WSZECHOBECNY. A gdy w prasie pojawiała jakaś zaczepka lub cień krytyki, nigdy nie darował, dawał odpór z niezwykłą zaciekłością.

W roku 1926 był już na tyle uznany, że dopisano jego utwory do kanonu lektur szkolnych. W 1933 zajął wysokie miejsce w plebiscycie liczących się literatów. Jednak narosłe wokół jego postaci kontrowersje zamknęły mu możliwość wejścia do Polskiej Akademii Literatury. Na emigracji napisał swój najważniejszy poemat „Kwiaty polskie”, ale też kolejny raz zszokował Polaków, kiedy na wieść o masowej zagładzie Żydów, wydał oświadczenie, że jest jednym z nich… Kiedy zbliżył się do środowiska rosyjskich twórców na emigracji, został uznany za zdrajcę, a gdy powrócił do Polski – potępili go najbliżsi przyjaciele. Po co wrócił? By podjąć żałosne próby powrotu do przedwojennego trybu życia? By oddać talent w służbę złej sprawie? Z pewnością zapłacił wysoką cenę za swoją decyzję. Spotkał go ostracyzm towarzyski, a władze polskie go lekceważyły. Poeta porównywany do Mickiewicza i Puszkina poznał smak rozczarowania i upokorzenia, gdy odmawiano drukowania jego dzieł.

„Książę poetów”, „polski Puszkin”, „barman czarodziejskich eliksirów”, „poeta, jakiego dotąd nie było”, hulaka i nałogowy kawalarz, obrazoburca, łamistrajk, Żyd, zdrajca – jakże skrajnie różne opinie składają się na fenomen Tuwima… Kończę książkę i niechętnie odstawiam ją na półkę. Myślę sobie, że mimo wszystko poecie się udało. Spoglądam przez okno na opadające liście. Włączam radio, słucham popularnego utworu i uśmiecham się do swoich myśli. Który to już raz „mimozami jesień się zaczyna”…?

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Henning Mankell - " O krok "

piątek, 24 kwietnia 2015 12:41

 

W noc św. Jana troje nastolatków przebranych w osiemnastowieczne stroje spotyka się w lesie, żeby odegrać maskaradę. Nie wiedzą, że są śledzeni. Wkrótce cała trójka zostaje zabita. Niedługo potem komisarz Wallander dowiaduje się, że jego kolega, który miał mu pomóc w poprowadzeniu sprawy, też nie żyje. Czy coś łączy te morderstwa? Jedynym śladem jest fotografia nikomu nieznanej młodej kobiety. Wallander, borykający się z poważnymi problemami zdrowotnymi, po raz pierwszy staje przed tak trudnym zadaniem. 

Co przyniesie śledztwo dotyczące prywatnego życia kolegi? Inspektor zmierzy się z tajemnicą, której być może wcale nie chce poznać...

 

Mankell 352x500.jpg

 

 

korcia 

 

Jest wigilia nocy świętojańskiej. Trójka ludzi spotyka się w rezerwacie. Przebierają się w stroje z epoki Bellmana, zakładają na głowy peruki, zasiadają na rozłożonym obrusie, raczą się winem i różnymi przysmakami, słuchają "Listów Fredmana" i dobrze się bawią. Są przekonani, że nikt nie wie o ich spotkaniu, w końcu to tajemnica, której pilnie strzegą. Nie wiedzą, że nieopodal czai się mężczyzna, który ich obserwuje i czeka... Dziesięć po trzeciej wkracza na scenę, podchodzi do leżących ludzi i po kolei do nich strzela.

Kort Wallander zasypia za kierownicą i tylko cudem unika wypadku. Ostatnio nieustannie jest zmęczony. Nie wie, jaka może być tego przyczyna, ale zdaje sobie sprawę z tego, że nie może dłużej lekceważyć problemu, musi iść w końcu do lekarza.

Mięły dwa lata od śmierci ojca. Właśnie jedzie do jego domu, gdzie jest umówiony z pośrednikiem. Gertruda mieszkała tam nadal po śmierci męża, ale czuła się coraz bardziej samotna. Dlatego zdecydowała, że musi się wyprowadzić. Mają oboje z Kurtem uporządkować pozostałe rzeczy i wystawić dom na sprzedaż. Gertruda przeprowadza się do swojej siostry.

Astrid Hillström po raz kolejny zjawia się na komendzie. Mówi, że otrzymała pocztówkę nadaną w Wiedniu, rzekomo podpisaną przez jej córkę. Kobieta jednak twierdzi, że to nie jej córka ją napisała, chce, by policja w końcu zaczęła szukać jej i dwójki jej przyjaciół. Rodzice pozostałych młodych ludzi nie niepokoją się, uważają, że ich dzieci wyjechały w podróż po Europie i niebawem wrócą. Astrid twierdzi inaczej. Chociaż nic oprócz przeczuć kobiety nie wskazuje na to, by ta trójka zaginęła, policja postanawia przyjrzeć się sprawie.

Tym razem Kurtowi Wallenderowi trafiają się wybitnie trudne morderstwa. Zabójca jest sprytny, ostrożny, pewny siebie. Wodzi funkcjonariuszy policji za nos, cały czas jest krok przed nimi. Nie będzie łatwo rozwikłać tę sprawę. Do tego problemy zdrowotne komisarza z pewnością mu w tym nie pomogą. Nie da się ukryć, że Wallander się starzeje. Skarży się na kilka dolegliwości, ale też kilkakrotnie zapomina zabrać ze sobą komórkę czy pistolet. Muszę przyznać, że jego zapominalstwo trochę mnie denerwowało. Na szczęście intuicja nadal zazwyczaj komisarza nie zawodzi.

Kurt jest rozwodnikiem. Mona, jego była żona, zostawiła go już dawno temu. Nie była w stanie znieść jego trudnego charakteru i tego, że jest policjantem. Mają razem córkę, Lindę, która jest już dorosłą dziewczyną. Mimo upływu lat, Wallander nie pogodził się z tym, że żona go zostawiła. Próbował później jeszcze raz ułożyć sobie życie z Bajbą, mieli już wspólne plany, zamierzali niebawem zamieszkać razem, gdy kobieta się rozmyśliła. Stwierdziła, że nie wyobraża sobie życia w Szwecji i wróciła do Rygi. To był koniec. Teraz Wallander żyje samotnie, sporo czasu spędza w pracy, w wolnych chwilach z przyjacielem słucha muzyki operowej. W przeszłości miewał problemy z alkoholem, na szczęście wydaje się, że należą one już do przeszłości. Jednak nadal prowadzi niezbyt zdrowy tryb życia. Je w biegu i zwykle byle co, do tego ma bardzo mało ruchu. Czasami bywa też mrukliwy, ma problemy z powściągnięciem swojego charakteru, ale nie ma wątpliwości, że jest dobrym policjantem.

Lubię Wallandera. Przez te wszystkie części bardzo się do niego przywiązałam. Dzięki swoim słabościom jest bardziej realną postacią. O jego współpracownikach wiemy zdecydowanie mniej. Za to autor od początku pokazuje nam migawki z życia mordercy, ujawnia jego plany, motywy postępowania. Jednak nie ujawnia do końca kim jest. Nie zabiera to czytelnikowi frajdy z czytania, nie przeszkadza w przyglądaniu się śledztwu. Myślę, że autor chce nam w ten sposób pokazać jego oblicze, to jaki jest.

"O krok" to kolejny bardzo dobry kryminał autora, gdzie napięcie na przemian rośnie i nieco opada, sprawiając, że lektura jest prawdziwą przyjemnością, od której ciężko się oderwać. Śledztwo prowadzone jest bardzo wolno. Składa się na nie wiele godzin ciężkiej pracy, sporo nieprzespanych nocy, impasów, z których trudno wybrnąć.

Mam chyba tylko jedno zastrzeżenie. Wallander często postępuje irracjonalnie. Samowolnie podejmuje bardzo ryzykowne decyzje, które w moim odczuciu nie są do końca zgodne z prawem. Nie znam się za bardzo na szwedzkich przepisach, ale żyłam zawsze w przeświadczeniu, że uchybienia w trakcie prowadzenia śledztwa mogą się skończyć tym, że przestępca zostanie uniewinniony. Czyżbym naczytała się za dużo amerykańskich kryminałów?

Nie zmienia to jednak faktu, że bawiłam się w trakcie tej lektury przednio i gorąco Wam ją polecam.

 

Marek Remiszewski

 

Uparty glina z Ystad

 

 

Latem 1996 roku w Ystad ginie miejscowy policjant. Śledztwo wykazuje, że prowadził własne dochodzenie, w tajemnicy przed kolegami z komendy. W tym samym czasie w miejscowym rezerwacie przyrody zostają odnalezione ciała trójki młodych ludzi, których zaginięcie rodziny zgłaszały dwa miesiące wcześniej. Grupą dochodzeniową kieruje blisko pięćdziesięcioletni rozwodnik z nadwagą i początkami cukrzycy. Wątki obu spraw splatają się.

 

W tym krótkim streszczeniu znajdziemy wiele charakterystycznych cech pisarstwa Mankella. Ystad – miasteczko portowe na południu Szwecji, w pobliżu Malmö. Dla tubylców idealny przykład prowincji, dla Polaków – w latach 90. ubiegłego stulecia, niedługo po zrzuceniu jarzma komunistycznej opresji – drzwi na wymarzony, bogaty Zachód (tam kursowały, i kursują nadal, promy ze Świnoujścia). W świecie powieści tą senną mieściną co kilka lat wstrząsają zbrodnie, które nie mogą się pomieścić nie tylko w głowach jej mieszkańców, ale również tutejszych stróżów prawa. Komisarz Kurt Wallander, as miejscowej policji kryminalnej i główny bohater powieści, jest człowiekiem do bólu zwyczajnym, co widzimy obserwując go zarówno podczas pracy, jak i prywatnie.

 

W czym tkwi siła tej książki?

 

Po pierwsze, „O krok” to znakomity kryminał, jego intryga jest zawikłana, zbrodnie makabryczne. Powieść dzieli się na dwie części. W pierwszej z nich pojawiają się zagadki, gdyż śledztwo mnoży pytania. Przestępca myli tropy, zaciera ślady, a jednocześnie podejmuje z policją swoistą grę: wystawia się na niebezpieczeństwo, powraca na miejsca zbrodni. Szuka potwierdzenia faktu, że jest od swych przeciwników lepszy, zręczniejszy, że może wodzić ich za nos, wyprzedzać ich działania. Policja czuje się bezradna, śledztwo tkwi w martwym punkcie, zapuszcza się w ślepe uliczki. W części drugiej następuje przełom i od tego momentu akcja stale przyspiesza aż do karkołomnego finału. Jak na mój gust – nieco zbyt karkołomnego (to chyba jedyne zastrzeżenie wobec powieści).
Często spotykam się z pretensjami do autorów kryminałów, że nie dość dokładnie ukryli przed czytelnikiem rozwiązanie. Są one wyrazem starego i, wydawałoby się, przebrzmiałego już sporu zwolenników zaskoczenia z wyznawcami suspensu. Stoję zdecydowanie po stronie tych drugich, gdyż to suspens mocniej angażuje inteligencję czytelnika, co jest, według mnie, jedną z miar wartości utworu literackiego. Mankell w swych powieściach dozuje wskazówki i rozmieszcza je skrupulatnie w tekście. Jedni czytelnicy je dostrzegą, inni nie. Mogą jednak śledzić proces myślowy komisarza Wallandera i próbować z nim razem kojarzyć fakty i zbierać poszlaki.
Drugim, a może najważniejszym atutem powieści jest jej bohater. Kurt Wallander stał się już – w Polsce chyba także – jedną z lepiej rozpoznawalnych postaci współczesnej literatury. To starzejący się, samotny mężczyzna po przejściach. Co tu kryć – życie prywatne Wallandera jest katastrofą. W pustym, nigdy niesprzątanym mieszkaniu rozbrzmiewa jednak muzyka operowa, której komisarz jest znawcą i smakoszem. Poza tym ma typowe problemy mężczyzny pod pięćdziesiątkę. Znaczna nadwaga i zdiagnozowana właśnie cukrzyca nie ułatwiają ani życia prywatnego, ani zawodowego. Nie wylewa też za kołnierz, zwłaszcza w okresach wzrastającego napięcia nerwowego. Krótko mówiąc – facet z sąsiedztwa.
Przy tym wszystkim jest jednak Wallander świetnym gliną. Inteligentny, spostrzegawczy, o analitycznym umyśle, uparty. A w dodatku wyposażony w intuicję, która czyni z niego rasowego tropiciela. W powieści Wallander często czuje, że coś z tego, co właśnie usłyszał lub zobaczył, ma ogromne znaczenie dla śledztwa, lecz podświadomość trzyma go w niepewności aż do momentu, gdy odpowiedni fragment układanki, na skutek trafnego skojarzenia, wskoczy na swoje miejsce. Wtedy wszystko staje się jasne. Pisarz daje w ten sposób czytelnikowi czas na wykazanie się własną inteligencją i wyprzedzenie bohatera w sztuce dedukcji.
Funkcja strażnika prawa nie oznacza jednak, że Wallander jest aniołem w ludzkiej skórze. Zdarza mu się przekraczać przepisy i uprawnienia. Potrafi na przykład włamać się do mieszkania podejrzanej osoby i przeprowadzić w nim rewizję bez prokuratorskiego zezwolenia. Nie jest jednak typem samotnego mściciela, umie organizować pracę podwładnych i współpracować z nimi. Robocze narady zespołu Wallandera są istotnym elementem fabuły powieści. Niełatwy i może nie dla wszystkich atrakcyjny proces kojarzenia faktów i odrzucania kolejnych hipotez, dochodzenie w niemałym trudzie do ostatecznej prawdy mają jednak swój urok (pamiętacie serial o poruczniku Columbo?). A pięści i pistolety – tak czy owak – będą w użyciu. Bez tego ani rusz.
Prywatnie i zawodowo jest Wallander zwolennikiem tradycyjnych, odchodzących w przeszłość wartości społecznych i kulturowych. W znaczącym stopniu taki światopogląd pomógł mu ukształtować starszy kolega i mistrz w policyjnym fachu, który pojawiał się w poprzednich powieściach cyklu. Może dlatego Wallander ostrzej niż inni widzi wady socjalnego modelu państwa szwedzkiego i zagrożenia, jakie ze sobą niesie.
Bo właśnie tym, co decyduje o oryginalności książek Mankella, jest wyłaniający się z nich obraz współczesnej Szwecji. Kraj ten kojarzy się z demokracją, dobrobytem i socjalnym rajem, tylko nieliczni pamiętają ciemniejsze strony szwedzkiej demokracji: zabójstwa premiera Olofa Palmego (1986) i minister Anny Lindh (2003). Te właśnie wstydliwe aspekty rzeczywistości odkrywa komisarz Wallander w prowadzonych dochodzeniach. Z poprzednich powieści mogliśmy dowiedzieć się na przykład o szwedzkiej ksenofobii, upadku obyczajów, korupcji wśród polityków najwyższego nawet szczebla. Jednym z największych problemów, z jakimi boryka się współczesna Szwecja, jest wzrastająca przestępczość, niejednokrotnie mająca cechy mafijne.
W powieści „O krok” policja cierpi na niedofinansowanie, znacznie utrudniające jej skuteczną walkę z przestępcami. Żyjący w poczuciu zagrożenia ludzie zaczynają formować oddziały gwardii obywatelskiej, której działalność budzi wśród policjantów obawy o wzrastające w społeczeństwie przyzwolenie dla samosądów. Mnożą się sekty religijne rozbijające strukturę społeczną u samych jej podstaw, zanika komunikacja międzyludzka. Wallander obserwuje to na przykładzie własnym i swoich kolegów z pracy. Ludzie coraz mniej o sobie wiedzą i wciąż tracą zainteresowanie sprawami innych. Blokuje to przepływ informacji, co znowu utrudnia pracę policji. Koło się zamyka. Szwedzi stają się społeczeństwem sfrustrowanych samotników.
Na tej właśnie obserwacji zbudowana jest w znacznej mierze fabuła powieści. Od tego zaczyna się cała intryga kryminalna. Wokół nieuczciwie zdobytych informacji, wykorzystując osłabione więzi społeczne, snuje swe mordercze plany główny czarny charakter powieści. Atmosfera bezsilności i osaczenia narasta i nie do końca zaciera ją zakończenie śledztwa. Wallanderowi przybywa siwych włosów i wrzodów żołądka, a i czytelnik nie może spokojnie zasnąć.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 715  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71715

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl