Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 348 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Corinne Hofmann - " Historia Białej Masajki "

poniedziałek, 28 kwietnia 2014 17:07

 

Wielki bestseller. Opowiedziana w trzech częściach, autobiograficzna historia miłości Szwajcarki i Masaja z Kenii. Para spędziła niezwykłe cztery lata w buszu, wychowując córeczkę. Wiodąca archaiczne życie Corinne z córką uciekła od zazdrosnego męża i osiadła w Europie, próbując znów zaadaptować się w dawnych warunkach. Po latach powróciła do Kenii i swej afrykańskiej rodziny, by spotkać się z byłym mężem i asystować przy kręceniu filmu, opowiadającym o jej losach.

 

Historia białej masajki 9788377998144.jpg

 

Frenchie

 

 

Historia białej Masajki, opisana przez Corinne Hofmann, wydarzyła się naprawdę. Autorka relacjonuje 4 lata życia na twardej, afrykańskiej ziemi, dokąd sprowadziła się z powodu miłości. Można pukać się w czoło i mówić, że babie rozum odjęło, ale trudno oderwać się od tej zajmującej lektury.
 

Ale od początku...

Rzecz dzieje się po koniec lat 80. XX wieku. Mieszkająca na co dzień w Szwajcarii, 27-letnia Corinne Hofmann, kobieta, która osiągnęła pewien poziom stabilizacji życiowej i zawodowej, wybiera się na wakacje do Kenii. Tam spotyka masajskiego wojownika, który wydaje jej się nad wyraz piękny i fascynujący. W oka mgnieniu wszystko inne przestaje się liczyć: obecny narzeczony, praca, rodzina, wygody i przyzwyczajenia związane z europejską cywilizacją. Corinne postanawia, że wróci do Kenii i będzie żyła ze swoim Masajem długo i szczęśliwie. Ów człowiek o imieniu Lketinga jest zdumiony ogromem entuzjazmu Europejki, ale zanadto się nie opiera.

W krótkim czasie Corinne pozbywa się swojego dotychczasowego życia: narzeczonego, interesu i innych rzeczy, które wydawały się dotąd nieodzowne. Wraca do Afryki, aby odnaleźć swojego wojownika i odtąd dzielić z nim swoje życie.

Jakie to romantyczne!

A co na to Lketinga, człowiek z buszu, niepiśmienny, o nieuregulowanym trybie życia, braku stałego dochodu i niesprecyzowanych planach na przyszłość, któremu narzuca się atrakcyjna mzungu (biała)?

Oczywiście, w obliczu ogromu miłości, jakim obdarza go kobieta, jej przedsiębiorczości i całkowitego oddania wybranek okazuje zainteresowanie. Corinne w swojej opowieści, a znamy tylko jej wersję zdarzeń, wychodzi z założenia, że jej uczucie jest odwzajemniane z taką samą mocą i przedstawia łączącą ich więź jako "naszą wielka miłość".

Jak wygląda ich życie?

Corinne zaakceptowała fakt, iż po masajsku żyje się "skromniej". Ich dom to prymitywna chata, po wodę chodzi się szmat drogi, toaleta jest za krzaczkiem, pożywienie – rzecz niepewna. Malaria i inne lokalne przypadłości – normalne zjawisko. Ale miłość uskrzydla. Dlatego słabe możliwości komunikacyjne (oboje znają ledwie kilka słów po angielsku) nie są istotne, problemy administracyjne (niejasne przepisy, galopująca korupcja) to nic takiego, a że mąż lubi żuć miraa (roślina o właściwościach odurzających), golnąć sobie kilka piwek i jest trochę zazdrosny, co z czasem tylko się pogłębia, to kwestie drugorzędne, które nie burzą przekonania Corinne, że bardzo się kochają i jest przed nimi długa przyszłość. Niestety, próby podwyższenia ich standardu życia są niweczone przez lekkomyślność męża i beztroskie podejście do biznesu jego rodaków. Szwajcarskie oszczędności szybko topnieją, zdrówko nieustannie szwankuje, a kiedy w końcu przychodzi na świat ich dziecko, nic nie staje się prostsze. Tak to jest, kiedy podejmuje się życiowe decyzje, gdy rozum spłynął do gaci.

Przyznaję, że historia Białej Masajki bardzo mnie wciągnęła. Z niedowierzaniem czytałam, jak kobieta walczy o stworzenie i podtrzymanie sprzyjającego kontekstu dla swojego marzenia, które nie miało prawa się ziścić. Jednak nawet bardzo silna determinacja i siła napędowa, którą ona nazywa miłością, okazały się niewystarczające.

Ciśnie się też na usta pytanie: dlaczego? Bo się "zakochała"? Bywa. Ale jak i w kim? Z jaką znajomością tamtejszych realiów – społeczno - kulturowo - przyrodniczych? Z jakimi perspektywami? I jakim kosztem? A może dobrobyt Szwajcarii był mało stymulujący, więc bohaterka musiała dostarczyć sobie silniejszych wrażeń?

Nie twierdzę, że związki międzykulturowe nie mają szans powodzenia – jednak zwykle napotykają na więcej barier niż związki z jednego kręgu kulturowego. A trudno przecież zignorować ogromną przepaść cywilizacyjną między Szwajcarią a Kenią i to jeszcze z końca lat 80.

A właśnie wybranek Corinne jest przedstawicielem tej Kenii tradycyjnej i co tu dużo mówić, zacofanej. Jego ogromne przywiązanie do rytuałów i przesądów plemiennych oraz narzuconej kobietom i mężczyznom roli, budzące frustrację obyczaje seksualne, brak wykształcenia (i pogarda dla takowego), zupełne oderwanie od administracyjno - prawnego aspektu życia w społeczeństwie, byłyby czynnikami dyskwalifikującymi w kraju europejskim. A w Afryce nie. A czy tak naprawdę są istotne w życiu codziennym?

"Biała Masajka", po raz pierwszy opublikowana w 1998 roku w Niemczech, została przetłumaczona na 30 języków i sprzedana w 8 milionach egzemplarzy. Doczekała się też ekranizacji. Powieść z pewnością nie jest przykładem wielkiej literatury, ale raczej rodzajem wspomnień i odpowiedzią na potrzebę wyrzucenia z siebie przygniatającej historii. W mojej ocenie ta książka jest przede wszystkim świadectwem wielkiego szaleństwa i jego owocem. Nie można jednak zapominać, że to szaleństwo miało ogromny wpływ na życie wielu osób.

Drogie Panie, mamy wakacje. "Biała Masajka" może okazać się wyśmienitym towarzystwem na plażę, długi spacer czy choćby samotny wieczór. A jeśli marzycie o gorącym, egzotycznym kochanku, ta historia, mimo że sprzed 25 lat, z pewnością pomoże nieco ochłodzić zmysły.

 

Blancaa

 

Książka wzbudziła we mnie wiele emocji. Nie mogłam się wręcz nadziwić, pracowitości, odwadze, zaangażowaniu i przede wszystkim oddaniu tej kobiety. Jak wielka musiał być jej miłość do tego wojownika tak "odległego" od niej. Przecież to zderzenie dwóch różnych światów, dwóch kultur i temperamentów, obyczajów, to dla mnie wszystko jest nieprawdopodobne. Nie potrafię pojąć zachowania tej kobiety, ja osobiście mówię z całym przekonaniem, że nigdy przenigdy bym się na coś takiego nie porwała. Jakoś nic pociągającego w wojownikach Samburu nie widzę :)Powieść pod względem retorycznym może nie jest arcydziełem, ale nie wymagałam tego od autorki, dlaczego ? Bo, otworzyła przed nami swój mały wielki świat podzieliła się z nimi swoim życie jakże fascynującym co widać po sukcesie książki. 

Pozdrawiam wszystkich fanów Corinne Hofmann.
Polecam wszystkim tę pozycję !

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wojciech Kuczok - " Senność "

piątek, 25 kwietnia 2014 17:21

 

Senność, nowa powieść Wojciecha Kuczoka to książka filmowa. Jej pierwszym szkicem był scenariusz pod tym samym tytułem, napisany na zamówienie reżyserki Magdaleny Piekorz. Adam jest młodym lekarzem naznaczonym piętnem tradycyjnego, prowincjonalnego wychowania. Rodzice lokują w nim wszystkie ambicje, jednak on, skrywający swój homoseksualizm i dręczony poczuciem winy, wie, że nigdy ich nie zadowoli. Robert to rozgoryczony autor jednej wybitnej książki. Pozostając pod dozorem żony i jej koszmarnej rodziny, od lat nie napisał ani słowa. Jego pracownia coraz bardziej staje się dla niego więzieniem. Róża była niegdyś wspaniałą i sławną aktorką teatralną, ale odkąd została żoną despotycznego karierowicza a aPana mężaa, cierpi na narkolepsję i całe dnie spędza w domowej samotni. zbieg okoliczności sprawia, że drogi bohaterów Senności, udręczonych własna niemocą, przecinają się. Czy te spotkania zmienią coś w ich życiua Czy uda im się przebudzić z długiego snua Przejmująca i brawurowo napisana powieść.

"Wojciech Kuczok obdarzony jest słuchem absolutnym do polszczyzny. Jego niezwykła inwencja językowa ma soczystość śląskiej gwary i swing wielkiej polskiej literatury.Czytanie Senności niesie radość obcowania ze słowem pisanym."

Kazimierz Kutz

 

senność 352x500.jpg

 

 

Joanna

 

„Senność” jest opowieścią o dosyć często występującej przypadłości w społeczeństwie. O stanie przesypiania życia, o tkwieniu w marazmie, nieuświadomieniu swoich najważniejszych potrzeb .Fabuła książki opowiada o trzech bohaterach cierpiących na stan senności – Adamie, Robercie i Róży, których okoliczności życia nie pozwoliły przez pewien czas na wyzwolenie się swoistego katalizatora, który uruchomiłby proces realizacji swoich marzeń, życia w pełni. 
Adam –młody wiejski lekarz po ukończeniu studiów ma małe szanse na samodzielność, zamieszkanie z dala od rodziny. Nadal kontrolowany jest przez swoją tradycyjną rodzinę. Jego życie jest zaplanowane przez apodyktycznego ojca. Dopiero odkrycie w sobie odmiennej orientacji seksualnej, związek z Pięknisiem wyzwala w nim siłę do zaakceptowania swej inności , pozbycia się kompleksów i ujawnienia w społeczeństwie.
Robert – to pisarz cierpiący na niemoc twórczą. Traktowany jako „artystyczny” dodatek do rodziny żony odczuwa frustrację, od lat nie jest w stanie napisać nowej książki. Dopiero śmiertelna choroba wyzwala w nim siłę do zakończenia małżeństwa bez miłości. 
Róża – wyśmienita niegdyś aktorka, kobieta – ikona piękności, o której wizerunek i twarz walczyły wielkie koncerny kosmetyczne po wyjściu za mąż za dyrektora banku, karierowicza – wycofuje się z zawodu, odczuwa zmęczenie, znużenie a w końcu popada z narkolepsję. Dopiero odkrycie zdrady męża powoduje przebudzenie do życia. 
Powieść bardzo poruszająca, traktująca o społecznym marazmie, depresji o roli uczuć w związkach, które czasem potrafią wyzwolić stan senności w partnerach. Pocieszające, że czasem wystarczy mały bodziec, aby powrócić do przebudzenia i realizacji swoich marzeń. 
Książka bardzo spodobała mi się nie tylko ze względu na poruszane problemy, ale również przepiękny styl poetycko- literacki . 

 

damian_gajda 

 

W wywiadzie dla portalu Gazeta.pl przeprowadzonym przez Marcina Prońkę, Kuczok zwierza się, że pół roku temu przeżył kryzys twórczy. Zastanawiał się czy jest prawdziwym pisarzem, czy też umiejętność tę można uznać za chwilową. Wówczas zwrócił się do Magdaleny Piekorz, zaprzyjaźnionej scenarzystki, która również zmagała się z przesileniem i rozłamem w jej działalności artystycznej. Wspólnie postanowili stworzyć coś wyjątkowego i bardzo synkretycznego, nie zamykającego się w jednej dziedzinie – tak zrodziła się „Senność", najnowsza powieść, a zarazem scenariusz filmowy. Na książkę składają się trzy historie rozpatrujące życiowe dylematy danego bohatera.

 

Wszystkie opowieści są w pewnym stopniu połączone klamrą kompozycyjną, którą jest tytułowa senność. Wszechogarniająca stagnacja i nieumiejętność znalezienia właściwej drogi prowadzącej do wyjścia z życiowego labiryntu to stałe motywy przewijające się przez fabularną tkankę powieści. Kuczok w introdukcji „Senności” pisze o jednej trzech postaci.

 

Adam, bo tak nazwany został pierwszy bohater otrzymuje dyplom ukończenia Akademii Medycznej. Wydarzenie to stanowi swoisty przełom w jego życiu, ponieważ młody lekarz jest przekonany, że utoruje mu to drogę do kariery zawodowej w większym mieście. Definitywne odcięcie się od wiejskich korzeni oraz wyrwanie się spod kurateli Ojca – despoty to główne zadania początkującego ortopedy. Praktyka lekarska w państwowym szpitalu umożliwia mu spotkanie Pięknisia – czarującego młodzieńca o urodzie cherubinka, który zmieni jego dotychczasowe życie. Czy wywodzącemu się z zapadłej polskiej wsi, wrażliwemu gejowi uda się uporządkować swoją chaotyczną egzystencję? Czy kraj, w którym żyje i rodzina, z której się wywodzi pozwolą mu być naprawdę sobą? Drugim bohaterem „Senności” jest Robert – jeszcze nie tak dawno wzięty pisarz, aktualnie podnoszący się z kryzysu twórczego pracownik państwowej firmy. Zdobyta dzięki protekcji Teścia posada, nie wymaga od niego w zasadzie żadnych pokładów siły. Mieszczące się w suterenie archiwum to doskonałe miejsce do kontemplowania rzeczywistości, oceny ludzi na podstawie fragmentów ich nóg, a także do tłamszenia swoich nieznajdujących zrozumienia wśród innych wizji świata. Róża to gasnąca gwiazda polskiej sceny teatralnej, która ratuje domowy budżet udziałem w reklamach. Kobieta cierpi na nieczęsto spotykaną przypadłość, jaką jest narkolepsja. Silna potrzeba snu dopada bohaterkę na najbardziej niespodziewanych miejscach. Ot tak, po prostu, zamyka oczy i popada w letarg. Związek z Panem Mężem – człowiekiem sukcesu, który zajmuje się analizami finansowymi i prawie całe swoje życie prywatne podporządkowuje pracy, oparty jest na kłamstwie. Budowanie wzajemnej relacji oparte jest przede wszystkim na kłamstwach i niedopowiedzeniach. Pan Mąż to blagier wysokiej próby, który bardzo długo będzie tkał sieć fałszerstw, konfabulacji i zręcznie omijał moment, w którym będzie zmuszony rozliczyć się ze swych występków.

 

Rzecz popełniona przez Kuczoka jest z całą pewnością nową kartą w jego twórczości. Rozpoznawalny dla uważnego miłośnika literatury stylistyczny rezon, znany nam z jego poprzednich powieści, wzbogacony zostaje tym razem o zauważalną literacką dojrzałość. Przejawia się ona głównie w śmiałym formułowaniu sądów na temat tego co dla człowieka ważne. Ubierając swoich bohaterów w fabularne kostiumiki, laureat literackiej nagrody Nike, pokazuje nam wielorakość rozwiązań jednej, z pozoru bardzo zagmatwanej życiowej historii. To czy podane przez Kuczoka wyjścia okażą się słuszne dla bohaterów, należy poddać subiektywnej ocenie.

 

Tytułowa senność, to nic innego jak marazm, stagnacja, brak postępowości. Najbanalniej można powiedzieć, że jest to swoista choroba dotykająca ludzi, którzy uważają, że nie są w stanie niczego zmienić. Co może ich przebudzić ? Imperatywem przemian będzie jakaś sytuacja, która dla każdego z bohaterów jest bardzo znacząca. Dla niektórych – obnażenie prawdy o samym sobie, dla drugich dostrzeżenie pozytywnych aspektów szarej codzienności.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Gilles Plazy - " Prawdziwa Marlena Dietrich "

środa, 23 kwietnia 2014 20:57

 

Biografia słynnej aktorki, legendy kina fakty i mity, kulisy Hollywoodu, romanse ze sławnymi ludźmi portret niezwykłej osobowości i szeroka panorama kultury XX wieku Marlena Dietrich (1901-92) niemal od początku kariery ubarwiała i przeinaczała swą biografię "zdradzając upodobanie do fantazyjnych scenariuszy". Co zmyśliła, a co jest prawdą? Autor stara się oddzielić fakty od mitów, opowiadając o bogatym życiu artystki w przedwojennych Niemczech, Hollywood i Paryżu, gdzie zamieszkała na starość.

 

Marlena Dietrich 352x500 (1).jpg

 

 

Łukasz Maciejewski

 

Kocham tylko siebie. Opowieść o Marlenie Dietrich

 

Kiedy śpiewała, rtęć rozsadzała termometr. Mruczała: „Ja jestem tylko po to, by mnie kochać”. Naprawdę nie było innego wyjścia.
 
Marlena to mit. Ale mit stworzony, wymyślony i dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Na fotografiach z młodości wcale nie wygląda jak wamp. Jest otyła, piersiasta i macierzyńska. Kilka lat później będzie gwiazdą bez wieku. 
 
Dobrze znamy jej idealny portret. Jeżeli nie z filmów, to z fotografii. Gigantyczna, nienaturalna, w boskiej etoli, oszczędnie dawkująca gesty i wyznania, z uwodzicielskim spojrzeniem, ironicznym uśmieszkiem. Albo zupełnie inaczej: w męskiej marynarce, w długich, czarnych kozakach, z papierosem. Mityczna Marlena mówiła: wystarczy, że kiwnę palcem i już, natychmiast, stoicie w kolejce do mojego buduaru; wystarczy, że na was gwizdnę, zaraz będziecie na mojej służbie. Mityczna Marlena uwodziła i wyrzucała kochanków na bruk niepamięci. Marlena rzeczywista prasowała, robiła przepierki i gotowała gulasz. Taki niemiecki, z kością.
 
Uśmiech Sfinksa
Znowu gra dziwkę. W Maroku (1930), pierwszym amerykańskim filmie Dietrich, ubrana w smoking bohaterka najpierw śpiewa, następnie schodzi ze sceny i całuje prosto w usta siedzącą przy stoliku kobietę. Tak wyglądała pierwsza lesbijska scena w historii Hollywood. 
 
Lubiła szokować: wszystkich i każdego. W nosie miała szafot, który fundowali jej moraliści. Podczas gdy w polskim raju nasza ukochana Jadziunia Smosarska uparcie wyczekiwała zmitrężonego podróżą żołnierza‑powstańca, pichcąc w kuchni polski rosół, wyzywająca Marlena w filmach Sternberga waliła w tyłki tancereczek jak w bęben. Miała z tego przyjemność. Wszyscy mieliśmy.
 
Była odważna. Te wszystkie cygara, smokingi, garnitury i cylindry były pomysłem jej filmowego mentora, Josepha von Sternberga, ale na niewinną nie trafiło. Bo Marlena, nie przejmując się konserwatywną amerykańską opinią publiczną, odważnie mówiła: „Jestem biseksualna. Jestem niestała. Kocham tylko siebie”. 
 
Nie była debiutantką, kiedy po raz pierwszy pokazała światu swoje smukłe nogi w Błękitnym aniele (1930) – miała wtedy już 29 lat i wiele kiepskich ról filmowych i teatralnych na koncie, oraz gigantyczne ambicje. W końcu się udało, dynamit wypalił. O angażu do Błękitnego anioła dowiedziała się, siedząc w berlińskim lokalu dla transwestytów. Maria Magdalena von Losch, bo takie było prawdziwe nazwisko Dietrich, z radości wykupiła w tym dniu prawie cały alkohol z baru. Inteligentna Marlena wyczuła pismo nosem: opiła pierwszy i, jak się miało okazać, najważniejszy filmowy sukces. 
 
Po gigantycznym sukcesie Błękitnego anioła, w towarzystwie nieodłącznego von Sternberga, znalazła się w Hollywood. Marzyła o sukcesie. Sternberg miał talent, pomysły i szeroki gest: zatrudnił armię kostiumologów, wizażystów, fotografów. I udało się. Mordercza tortura ciała Marleny (w erze przed chirurgią plastyczną) dała zachwycające rezultaty. Cielęca blondyna stała się wręcz chorobliwie szczupła, na rozlanej dotąd twarzy aktorki ujawniły się charakterystyczne, ostre kości policzkowe, zniknął uśmiech bawarskiej praczki – w jego miejscu pojawił się grymas sfinksa. Narodziła się nowa gwiazda. Tajemnicza, seksualna i zboczona. Nie tylko Hollywood zaniemówiło z wrażenia. 
 
W Stanach nakręciła siedem filmów z von Sternbergiem. Wycisnęła z niego wszystko, co się dało. On torturował ją na planie, oduczył seplenić, kazał trzymać się prosto i przez cały czas pilnował odpowiedniej tonacji głosu; ona katowała Josefa prywatnie. Musiała być najlepsza. I była: dzięki jego rozkochanym oczom i kamerze. Ale w momencie, kiedy uznała, że to już absolutny kres, że powtarzający własne pomysły Sternberg cofa się, zamiast rozwijać, rzuciła go dla innych reżyserów. Była gwiazdorska, była bezwzględna. A Sternberg? To będzie już finał jego historii. Pigmalion Dietrich zajął się odtąd malarstwem. Ale nigdy nie powiedział publicznie złego słowa o Marlenie. On także do końca kochał mit, który stworzył. 
 
A jednak von Sternberga nikt nie zastąpił. Wielokrotnie zdarzało się Marlenie od tej pory występować w kompletnych szmirach, u nieudolnych reżyserów (może z wyjątkiem Świadka oskarżenia Billy’ego Wildera z 1958 roku), cynicznie żerujących na jej emploi. Ostatnią rolę zagrała w 1979 roku, w filmie Just a Gigolo, ale na szczęście już wiele lat wcześniej zaczęła karierę piosenkarską. To również musiała być skończona kreacja. Stary, berliński repertuar kabaretowy wzbogaciła o nowe szlagiery. Znowu triumfowała. Każdy recital zaczynała od klasyka – I Can’t Give You Anything But Love, potem był song Loli z Błękitnego anioła, oczywiście Lili Marlene, a pomiędzy kolejnymi numerami Dietrich z humorem opowiadała o swoim burzliwym życiu i niepokornych sukcesach. Brawa, owacje, bisy.
 
Gdzie są chłopcy z tamtych lat?
Nigdy się nie spotkały. „Marlena Dietrich? Kto to jest Marlena Dietrich?” – pytała wściekła Greta Garbo. Dobrze znała odpowiedź. Dietrich była dla Garbo jedyną konkurencją w dziedzinie seksualnej ambiwalencji, tajemnicy i charyzmy. Nienawidziły się – czyli trochę także kochały. Garbo chciała wiedzieć wszystko o sukcesach Dietrich, Marlena marzyła o talencie Grety. Na razie przejmowała jej kolejne miłości. Kiedy Greta rozstała się z Mercedes de Acosta, Dietrich z radością przyjęła ją w swoim buduarze. Podobna historia powtórzyła się z fotografem Garbo, Cecilem Beatonem. 
 
W 1964 roku po raz pierwszy zaśpiewała w Polsce. Miała wtedy 63 lata. Do dzisiaj przetrwały liczne zdjęcia z jej dwóch tras koncertowych. Marlena w ciemnych okularach albo Dietrich na scenie: w fenomenalnej, cielistej sukni, w której wygląda jak naga bogini. Kobieta bez wieku w kostiumie bez materiału. Podobno kosztował tysiące dolarów, podobno każda perła na fakturze materiału musiała być przyszyta dokładnie w tym miejscu, w którym zażyczyła sobie gwiazda. Podobno to wszystko prawda.
 
Na koncercie w Polsce śpiewała między innymi Where Have All the Flowers Gone. Wszyscy płakali. Wspaniale przetłumaczony przez Wandę Sieradzką tekst tej piosenki – zatytułowany Gdzie są chłopcy z tamtych lat – wkrótce stał się jednym z evergreenów polskiej rozrywki. 
 
W trakcie pierwszej wizyty w naszym kraju poznała Czesława Niemena i zachwyciła się śpiewaną przez niego piosenką Czy mnie jeszcze pamiętasz, którą następnie włączyła do swojego repertuaru. Niemen śpiewał piosenkę zaadresowaną do jednej z dawnych miłości, Dietrich zrobiła z niej przejmujący song o odrzuconej miłości swojego kraju. Mutter, hast du mir vergeben – matko, czy mi przebaczyłaś? 
 
Dwa lata później, podczas kolejnej trasy w Polsce z wzajemnością zadurzyła się w Zbyszku Cybulskim. „Jednym z moich największych przeżyć filmowych ostatnich lat był bez wątpienia film Popiół i diament” – mówiła w rozmowie z pismem „Ekran”. I dodawała: „Cybulski: co to za wspaniały aktor!”. Chwilę ze sobą korespondowali, potem Cybulski przyjechał do niej do Paryża. Bardzo chciał się spotkać, nie wychodził z hotelu – czekając na telefon. Nie zadzwoniła. 
 
Dietrich: „Prawie każda kobieta byłaby chętnie wierna, problemem jednak jest to, aby znaleźć mężczyznę, któremu można dochować wierności”.
 
Lili Marlene
Pracowita, dokładna i punktualna. Tak długo testowała swoje różne ustawienia, aż zrozumiała, że jej ciało prezentuje się najlepiej, kiedy jest oświetlane z góry i en face. Nie pozwoliła już na żaden wyłom od tej reguły. Musiała być piękna, to był jej zawód. Mówiła: „Niektórzy oglądają efektowne kobiety, jakby śledzili mecz tenisa, tyle że poruszają głowę nie z lewej do prawej strony, tylko patrzą z dołu do góry”. Od Marleny, zwłaszcza w jej szczytowym okresie, trudno było oderwać wzrok. 
 
W Hollywood przezywali ją „Kapusta”, bo jak nikt inny potrafiła przyrządzić kapustę na co najmniej sto sposobów. Ta sama aktorka, która chyba jako jedyna z wielkich gwiazd Hollywoodu zawsze ochoczo grała bohaterki zepsute, negatywne albo ambiwalentne, czyli role, które w purytańskiej Ameryce mogły zniszczyć jej karierę, w czasie wojny częstowała swoją kapustą Żydów, gejów i artystów. A kiedy, jako żołnierz, przez dwa lata śpiewała swój hymn Lili Marlene, spała wśród szczurów, trupów i przepoconych męskich skarpet. 
 
Podczas wojny w Berlinie mieszkała jej matka, w tym czasie Marlena – w mundurze amerykańskiej armii, w stopniu majora – walczyła przeciwko Niemcom. W słusznej sprawie. Wcale nie musiała tego robić, mogła jak inni – milczeć i robić swoje w Los Angeles, mogła także wybierać: Hitler widział w Dietrich idealny magnes propagandowy. Marlena wybrała bunt. Przez wiele miesięcy odwiedzała żołnierzy oddziałów frontowych, śpiewała z nimi i dla nich. Piosenka Lili Marlene, sentymentalna opowieść o tytułowej dziewczynie oczekującej na powrót swojego chłopca, stała się największym przebojem wojsk sprzymierzonych. Uwielbiana przez aliantów, znienawidzona przez Niemców: jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku niemiecka prasa pisała: „Walczyła nie tylko przeciwko nazistom. Walczyła przeciwko narodowi niemieckiemu. Dietrich to aspołeczny pasożyt i powinna zostać przykładnie przez nas ukarana”. 
 
„Zachowała się podczas wojny w sposób niezwykły, z pełną świadomością, że jej nazwisko i pozycja są jak sztandar, i była w tym krańcowo konsekwentna. Uważam, że jej postępowanie to jeden z ważniejszych gestów stulecia” – pisała Krystyna Janda, która zagrała Dietrich w spektaklu Marlene Pam Gems w reżyserii Magdy Umer (premiera 1999). 
 
Matka Marleny przeżyła wojnę w Berlinie. Jej siostra, Liesel, w czasie wojny prowadziła stołówkę i centrum rozrywki dla faszystowskich żołnierzy. Od tej pory Dietrich mówiła w wywiadach: „Jestem jedynaczką”.
 
Dwie Marleny
Tak naprawdę były dwie Marleny. Pierwsza: osoba publiczna i gwiazda, która w amoku zrywała paskudne tapety z pokojów hotelowych, druga – Marlena prywatna – samodzielnie malowała ściany w czteropiętrowym, nowojorskim domu swojej córki. Pierwsza Marlena malowała paznokcie i zamawiała eliksiry młodości – na przykład specjalną szwajcarską wódkę; w tym czasie druga malowała jajka wielkanocne, gotowała wnukom kapustę i prała całej rodzinie majtki. 
 
Z czasem, co nieuniknione, druga twarz Marleny zastąpiła pierwszą. Zapewne, co potwierdzają jej listy i wspomnienia, w tych ostatnich, mocno zgorzkniałych latach, Marlena wspominała dzieciństwo, dekadencką młodość, miłosne sukcesy… Pochodziła z dobrej, niemieckiej rodziny. Jej ojciec był oficerem, córka miała zostać skrzypaczką. Coś jednak zagrało nie tak, smyczek wypadł ze ślicznej rączki, a dłoń Marleny podryfowała w stronę innych melodii. Zaczęło się od reklamy butów, potem były kabarety i teatr, w końcu lesbijskie lokaliki i zbiorowy seks w upodlonym Berlinie lat 20. XX wieku, który z taką niepokojącą swadą odtworzył Fassbinder w wydanym niedawno u nas na DVD serialu Berlin Alexanderplatz. Marlena paradowała po ulicach z pejczem, całowała w usta mężczyzn przebranych w kobiece fatałaszki, przeklinała bezrobotnych, wyśmiewała żebraków: Dietrich była wtedy prawdziwą jędzą. A i tak prawie każdy chciał być jej „poddanym”. Niektórym się udawało. To ciekawa drużyna: Gabin, Cooper, Remarque, Chevalier, Kennedy, Sinatra. Szczęśliwcy. 
 
W ostatnich latach życia nie wychodziła z domu. Bała się, że zostanie sfotografowana, wyszydzona. Spała, oglądała telewizję, telefonowała. Nie udzielała wywiadów. Poruszające są opisy jej paryskiego mieszkania przy Avenue Montaigne 12, w którym spędziła szesnaście milczących lat. Wszystko musiało być poukładane. Z drobnomieszczańską przesadą na kanapie leżała folia – żeby niczego nie pobrudzić, w szafach gigantyczna dokumentacja: kostiumy, rekwizyty, listy; obok regały pełne książek, na ścianach oprawione zdjęcia z jej ofiarami, kochankami, fascynacjami, miłościami. Ciemne zasłony maskowały dzienne światło, bo stara Marlena nie lubiła już reflektorów: wszystko jedno, sztucznych czy naturalnych. Stara Marlena nie znosiła swojej starości. 
 
W 1993 roku kolekcja Marleny znalazła się w Berlinie. Zawiera 80 kufrów, 70 kostiumów, 300 000 zapisanych kartek, 150 par rękawiczek, 400 kapeluszy, 430 par butów, 16 500 zdjęć. Cena: pięć milionów dolarów. Tyle kosztuje legenda.
 
***
Urodziła się dojrzała, potem przestała się starzeć, w końcu przestała kochać. Wtedy na amen zamknęła się w swoim paryskim mieszkaniu. Jeszcze chwilę pożyła, wszystko sobie posprzątała, poukładała szpargały. No i umarła. To taka historia.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Larsson Stieg - " Millenium "

poniedziałek, 21 kwietnia 2014 18:10

 

Bestsellerowe powieści kryminalne, wywodzące się z najlepszej szwedzkiej tradycji fikcji i literatury kryminalnej: świetnie napisane, z trzymającą w napięciu fabułą i fascynującymi postaciami. Wyjątkowe zjawisko na światowym rynku literackim!

Te książki można czytać na wielu płaszczyznach: jak kryminały pełne mrocznych i nierzadko politycznych tajemnic, jak doskonałe, wielowątkowe powieści współczesne, pełne prawdziwych zdarzeń i osób, i w końcu jak thriller psychologiczny.

Wciągające i jedyne w swoim rodzaju.

 

" Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet " 

 

Pewnego wrześniowego dnia w 1966 roku szesnastoletnia Harriet Vanger znika bez śladu. Prawie czterdzieści lat później Mikael Blomkvist - dziennikarz i wydawca magazynu "Millennium" otrzymuje nietypowe zlecenie od Henrika Vangera - magnata przemysłowego, stojącego na czele wielkiego koncernu. Ten prosi znajdującego się na zakręcie życiowym dziennikarza o napisanie kroniki rodzinnej Vangerów. Okazuje się, że spisywanie dziejów to tylko pretekst do próby rozwiązania skomplikowanej zagadki. Mikael Blomkvist, skazany za zniesławienie, rezygnuje z obowiązków zawodowych i podejmuje się niezwykłego zlecenia. Po pewnym czasie dołącza do niego Lisbeth Salander - młoda, intrygująca outsiderka i genialna researcherka. Wspólnie szybko wpadają na trop mrocznej i krwawej historii rodzinnej.

 

mężczyżni którzy nienawidzą kobiet 52x500 (2).jpg

 

 

foolosophy

 

O tak ! I jeszcze raz tak! To jest mój żywioł, z którego nigdy nie wyrosnę. Kryminały to mój konik, więc każda powieść, każde morderstwo nie dość, że jest czytane z zapartym tchem, to jeszcze sama je rozwiązuje. Tak więc szczególnie nie lubię gdy sama mogę dojść do sedna sprawy. Gdy już w środku książki mogę wytypować morderce, a po tylu przeczytanych kryminałach nie łatwo mnie zaskoczyć. Tak więc panie Larsson, gratuluję, udało się panu mnie zaskoczyć. Udało się panu stworzyć historię, którą czyta się z zapartym tchem. Którą chcemy nosić w torbach, mimo, że to okropnie ciężka cegła. Mimo, że zajmuję tyle miejsca.

“Cały ten szum jest w pełni uzasadniony(…). W książce świetne jest wszystko – bohater, fabuła, atmosfera The Times"

Nie czytałam ani recenzji, ani opinii, nawet do końca nie wgłębiałam się w historię, by nie zepsuć sobie przyjemności,. By nie stwierdzić, nawet nie przeczytawszy, że to świetna książka lub totalny gniot. I cieszę się, że udało mi się wytrwać do tej pory, do zakupienia książki i delektowaniu się każdą stroną.

Nie powiem początek by dość zaskakujący, o co chodzi? Ale gdy zaczynamy zlecenie, gdy zaczyna się śledztwo, czytelnik wpada jak śliwka w kompot(czy inny tam owoc) i wychodzi dopiero na sam koniec. Nie powiem, jak dla mnie końcówka była dość zbędna, jednak odegrała jakby większą rolę. Jeśli jest to była potrzeba i koniec. Tak musiało być.

Gratka dla wielbicieli napięcia i oczekiwania, dla wielbicieli kryminału i mrocznych tajemnicy, dla niezbyt wrażliwego czytelnika. Czasem o mocnych nerwach. Dla tych co lubią znikać w książce oraz tych, którzy czekają na jaką przygodę.

 

" Dziewczyna, która igrała z ogniem "

 

W kolejnej, po "Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet", części trylogii Millennium główną bohaterką jest Lisbeth Salander. Seria dramatycznych wypadków wywołuje u Lisbeth wspomnienia mrocznej przeszłości, z którą raz na zawsze postanawia się rozprawić.

Dwoje dziennikarzy, Dag i Mia, docierają do niezwykłych informacji na temat rozległej siatki przemycającej z Europy Wschodniej do Szwecji ludzi wykorzystywanych w branży seksualnej. Wiele zamieszanych w to osób piastuje odpowiedzialne funkcje w społeczeństwie.

 

dziewczyna która igrała z ogniem 352x500 (1).jpg

 

 

fiszunia

 

Nieczęsto się zdarza, aby druga część trylogii była lepsza niż pierwsza, ale w przypadku Millenium z całą mocą mogę powiedzieć, że tak właśnie jest.

Książka trzyma w napięciu od początku do końca, snując intrygę pełną zaskakujących wątków, dynamicznych zwrotów akcji oraz skrywanej tajemnicy. "Dziewczyna, która igrała z ogniem" nie pozwoli czytelnikowi się nudzić, a napięcie budowane z każdym kolejnym rozdziałem nie pozwoli się oderwać od tego tomiska. 

Stosowane przez Larssona precyzyjne opisy miejsc, bohaterów, otoczenia itp., które w pierwszej części momentami aż irytowały, w drugim tomie doskonale pozwalają czytelnikowi wczuć się w rolę obserwatora wydarzeń, a zarazem dość dokładnie poznać każdego z bohaterów. A jest kogo poznawać, bo tworzą oni naprawdę mieszankę wybuchową z tajemniczą Lisbeth Salander na czele.

Gorąco polecam i już nie mogę się doczekać kolejnej części.

 

 

 " Zamek z piasku, który runął " 

 

Dwie ciężko ranne osoby zostają przywiezione do izby przyjęć szpitala Sahlgrenska w Goeteborgu. Jedną z nich jest Lisbeth Salander, poszukiwana listem gończym i podejrzana o podwójne morderstwo. Jest w ciężkim stanie, ma ranę postrzałową głowy, musi natychmiast być operowana. Druga osoba to Alexander Zalachenko, starszy mężczyzna, któremu Salander zadała cios siekierą.

Trzecia i ostatnia część trylogii milenijnej zaczyna się w miejscu, w którym skończyła się „Dziewczyna, która igrała z ogniem”. Lisbeth Salander przeżyła pogrzebanie żywcem, ale jej problemy wcale się jeszcze nie kończą. Zalachenko jest dawnym profesjonalnym zabójcą na usługach sowieckich służb specjalnych. Ponadto jest ojcem Salander, a jego syn próbuje teraz zabić dziewczynę. Potężne siły chcą uciszyć Lisbeth Salander raz na zawsze.

Równocześnie Mikael Blomkvist szpera w ukrytej przeszłości Lisbeth Salander i wkrótce trafia na ślad prawdy. Pisze demaskatorski reportaż, który ma oczyścić Lisbeth Salander i wstrząsnąć w posadach rządem, Säpo i całym krajem. Nareszcie Lisbeth Salander otrzymuje szansę, by rozprawić się ze swą przeszłością. Jest to także szansa, by sprawiedliwość – ta prawdziwa – mogła w końcu zwyciężyć.

 

zamek z piasku 352x500.jpg

 

Evita

 

Mam za sobą trzecią,a zarazem ostatnią część "Millenium",czyli "Zamek z piasku,który runął".Razem ponad 2000 stron bestsellerowej trylogii Stiega Larssona.Cóż mogę powiedzieć?Chcę jeszcze!
Żałuję,że trzeci tom jest ostatnim.Kończy całą sagę,a niespodziewana śmierć Larssona(media doszukują się winy w nadmiernie spożywanych ilościach kawy oraz tytoniowym nałogu)przerwała tę rewelacyjną kryminalną trylogię.O ile pierwszą część można czytać jako zamknietą opowieść, i nie sięgać po kolejne,ostatnią trzeba czytać,mając za sobą dwa pierwsze tomy cyklu,bowiem znajduje się w nim wiele nawiązań do wcześniejszych wydarzeń.Trójka to kontynuacja dwójki,czyli rozwiązanie spraw Lisbeth i Zalachenki.

Lisbeth Salander,po tym jak powstała z grobu,dosłownie wygrzebała się z ziemi,w ciężkim stanie przebywa w szpitalu.Jej sala sąsiaduje z pokojem Zalachenki,jej odwiecznego wroga,byłego sowieckiego agenta.Tajne służby państwowe nie mogą dopuścić do wycieku informacji,w których posiadaniu jest Lisbeth.Po wyjściu ze szpitala,dziewczyna ma zostać natychmiast aresztowana,i w jak najszybszym czasie stanąć przed sądem.
Mikael Blomkvist,dziennikarz i przyjaciel Lisbeth,przygotowuje w tym czasie artykuł,który ma oczyścić nazwisko Salander i pomóc jej pogodzić się z własną przeszłością.Mikael ma w zanadrzu "bombę dziennikarską",która wywoła prawdziwe trzęsienie ziemi w rządzie i służbach bezpieczeństwa.Mikael nie walczy już z grupą kryminalistów,ale z najwyższymi władzami państwa.

"Zamek z piasku,który runął" jest kryminałem i jednocześnie znakomitym thrillerem politycznym ukazującym mechanizm działania szwedzkich służb państwowych.Jest to również ostateczne wyjaśnienie tego,w jak poważnych kłopotach znalazła się Lisbeth Salander.Jak agencje rządowe,źli agenci potrafią niewinnym obywatelom kraju zniszczyć życie.Larsson ukazuje powiązania bandytów ze szwedzkim rządem.
Mimo tego,że ostatni tom jest zarazem najbardziej opasłą knigą,czyta się dość szybko.Nie dawajcie jednak wiary w to,że( jak przeczytałam czyjąś wypowiedź w internecie),tę książkę da się przeczytać w jeden wieczór.Nie da się!Troszkę wolno rozwijają się wypadki na pierwszych dwustu stronach(miejscami pojawiają się dłużyzny w postaci szczegółowych opisów tajnych służb bezpieczeństwa),przez co chwilami napięcie spada,ale tylko chwilami.

Larsson ma(miał) niesamowity talent do panowania nad skomplikowaną,wielowątkową fabułą.Postać Lisbeth,którą stworzył i powołał do życia na kartach swoich książek,jest dla mnie postacią pełnokrwistą i prawdziwą.Swego czasu przez Szwecję przetoczyła się gorąca dyskusja,czy pierwowzorem dla tej postaci,mogła być siostrzenica autora-Therese.Często się odwiedzali,pisali e-maile.Therese cierpiała na anoreksję,eksponowała swoje tatuaże i doskonale znała sie na komputerach.Ojciec Larssona uciął te spekulacje twierdząc,że postać Salander to mieszanka różnych ludzi.

Pisarz niestety nie doczekał sukcesu swoich powieści.Zmarł przed wydaniem pierwszej książki.Miał pięć dziesiąt lat i ukończoną trylogię.Stworzył świat i bohaterów do których się przywiązałam i o których prędko nie zapomnę.Świat, w którym kobiety są silne i wytrwałe,mają "jaja",że się tak wyrażę.Była policjantka Susann Lindern,redaktor naczelna Erica Berger,inspektor Monika Figuerola i oczywiście Lisbeth Salander,potrafią skopać tyłek(w przenośni i dosłownie) niejednemu facetowi który na to zasługuje.

Na koniec przytoczę słowa Mikaela Blomkvista,które padają w czasie rozmowy z siostrą a które według mnie najlepiej oddają charakter całej trylogii:

"Kiedy się dobrze przyjrzeć,to w całej tej historii nie chodzi o szpiegów i służby państwowe,ale przede wszystkim o zwyczajną przemoc wobec kobiet i o mężczyzn,którzy się jej dopuszczają"

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Maria Ulatowska - " Przypadki pani Eustaszyny "

sobota, 19 kwietnia 2014 13:28

 

Książka trochę niepoważna, a miejscami owszem. 

Główna bohaterka – pani Eustaszyna, mająca tak naprawdę na imię Jadwiga – przedwojenna „ahystokhatka”, jest postacią niesamowitą. Walka ze służbą zdrowia, rewolucje domowe, organizowanie życia męża, loty samolotem, obrót nieruchomościami czy napisanie książki? Wszystko to drobiazgi dla naszej bohaterki. Głównym jej zadaniem jest odgrywanie wiodącej roli w życiu wszystkich znanych jej osób ze szczególnym uwzględnieniem bratanicy męża i jej mężczyzn, czyli jednego nieco safandułowatego inżyniera i jednego bardzo przystojnego lekarza kardiologa. Którego z nich wybierze bratanica? A właściwie – którego z nich wybierze dla niej jej ciocia? Jak pani Eustaszyna przemebluje świat, co zarządzi i czym zaskoczy znanych i nieznanych jej ludzi? 

Opisywane tu sytuacje mogły się zdarzyć, albo i nie... Ale czytać o nich trzeba z przymrużeniem oka. Bo po to zostały opisane – żeby rozbawić i nieco rozświetlić szare dni... 


Przypadki Pani Eustaszyny 352x500 (1).jpg

 

 

Muminka

 

Ach te urocze pełnokrwiste bohaterki książek pani Ulatowskiej! Ledwo co pożegnałam się z przemiłymi właścicielkami pensjonatu 'Sosnówka' i mieszkankami Towian, a tutaj nastąpił kataklizm w damskim wydaniu czyli przebojowa pani Eustaszyna. Drugiej takiej sprytnej i żywiołowej staruszki ze świecą szukać w polskiej literaturze. Na manipulacji ludźmi zna się jak mało kto, a ulubiony sposób działania to udawanie wątłej, zmęczonej i nic nie wiedzącej emerytki.
Nie ma dla niej rzeczy niemożliwych- poruszy niebo i ziemię, by mężowi znaleźć dobrego kardiologa, a przy okazji upolować absztyfikanta dla ukochanej siostrzenicy męża. Nawet pani mi...chalska nie oprze się jej zakusom. 
Eustaszyna, uważając partnera Marcji za safandułę, snuje plany wyswatania jej z dr Antonowiczem, człowiekiem z pozycją i perspektywami. Marcja ulega wdziękowi Cezarego, co owocuje komplikacjami uczuciowymi. Okazuje się, że ten lekkoduch za bardzo jest niestały w swoich uczuciach i nie nadaje się na statecznego małżonka. Dobrze, że Eustaszyna potrafi przyznać się do błędu i nagle Jerzy jawi jej się jako najlepszy partner dla Marcji. Dzięki jej machinacjom prawdziwa miłość triumfuje i wydaje owoce. Inne wątki tyczą emigracji do Stanów, romantycznych gestów ze strony Jerzego, siły kobiecej przyjaźni, wicia gniazdka i innych damsko-męskich spraw. Czytając o perypetiach nieustraszonej Eustaszyny niejednokrotnie uśmiałam się do łez, wzruszyłam do łez i zachwyciłam bohaterami. Gorąco polecam dla spragnionych zastrzyku dobrej energii.

 

Katarzyna Marondel

 

 

Starsze panie nie są nudne!

 

Uwaga! To książka o kobiecie przebojowej, zdecydowanej, pewnej siebie i świadomej swojego wdzięku, doskonale radzącej sobie z płcią przeciwną i w dodatku sławnej – zdecydowanie nie dla mężczyzn o słabych nerwach. Drobiazg, że owa kobieta ma jakieś osiemdziesiąt lat (tak dokładnie nie wiadomo ile, bo przecież „kobiet o wiek się nie pyta”)...

Maria Ulatowska, która zadebiutowała kilka lat temu pogodnymi książkami o mieszkańcach Pensjonatu Sosnówka, zaskoczyła swoich czytelników (bo wierzę, że nie tylko czytelniczki), kreując postać pani Eustaszyny, wykraczającą zdecydowanie poza literackie schematy. Jednocześnie zawarła w najnowszej książce tak potężną dawkę humoru i pozytywnych wydarzeń, że zdaje się ona być lekiem na wszelkie smutki i każdą chandrę. Jak sama napisała na wstępie publikacji, nie trzeba wszystkiego brać na poważnie, właśnie o to pozytywne przesłanie chodzi. Jeśli tak – ja to „kupuję”. W innej sytuacji mogłabym „Przypadkom pani Eustaszyny” zarzucić nieżyciowość i zbytnią cukierkowość. Ale przecież właśnie takie miały być...

Pani Eustaszyna, czyli Jadwiga Krzewicz-Zagórska, żona Eustachego, jest kobietą pod każdym względem wyjątkową. Mimo zaawansowanego wieku, to nadal ona kieruje rodziną i podejmuje decyzje w każdej materii – od kupna lodówki, po wybór małżonka dla swojej siostrzenicy Marcelinki, która właściwie jest bratanicą męża (co za różnica). Kiedy potrzebuje kardiologa dla Eustachego, nie przyjmuje do wiadomości informacji o kolejkach, zapisach i ograniczeniach państwowej służby zdrowia. O nie, ona po prostu jedzie do pani minister i domaga się załatwienia sprawy. Natychmiast, oczywiście. Potem przeprowadza generalny remont, aranżuje małżeństwo i... pisze książkę, która czyni ją sławną. Ot, drobiazgi...

W powieści spotykamy też bohaterów poprzednich książek autorki, głównie mieszkańców Pensjonatu Sosnówka, jednak nie jest to kontynuacja serii, a jedynie luźne nawiązanie. „Przypadki pani Eustaszyny” można czytać oddzielnie, nie znając dotychczasowej twórczości pisarki. Trudno się też oprzeć wrażeniu, że Maria Ulatowska pisała w pewnym stopniu o sobie, obdarzając bohaterkę charyzmą i pozwalając jej odkryć talent pisarski „na emeryturze”.

Owszem, fabule można zarzucić nierealność, zbyt prostą budowę, nawet infantylność… To książka lekka, łatwa i przyjemna, a przy tym szalenie zabawna. I dokładnie taka miała być, nie będę więc piętnować tych „wad”. Zdecydowanie nie jest to pozycja dla czytelnika wymagającego, szukającego piękna literackiego języka, solidnej podbudowy historycznej, zawiłych intryg, wielowątkowości czy tajemniczości. Wszystko jest nieskomplikowane i dość przewidywalne – i chyba dlatego znajduje miłośników, bo wielu z nas marzy czasem o takim życiu, w którym wszystkie problemy się rozwiązują, a każdą sprawę czeka happy end. 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 674  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71674

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl