Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 348 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Bohumił Hrabal - " Obsługiwałem angielskiego króla "

środa, 14 marca 2012 15:23
;-);-);-)
Olga Tarasiuk
Z Hrabalem, jak to z Hrabalem. Można go lubić, można za nim nie przepadać - znać wypada, ba, nieznajomość owego Czecha jest straszliwym nietaktem i olbrzymią gafą. Z panem Bohumilem zaznajomiłam się, czytając "Pociągi pod specjalnym nadzorem". Dzieło kultowe, na wskroś wybitne i szaleńczo rubaszne. Książka o niezwykle frapującym tytule, "Obsługiwałem angielskiego króla", była drugą przygodą z tym autorem. Kolejnym niezwykłym posiedzeniem mej duszy na literackim Olimpie. "Obsługiwałem..." jest prywatnym dziennikiem czeskiego pikolaka, który w jakiś magiczny sposób stał się hotelarzem. Dziennikiem różnobarwnym, przesiąkniętym nutą egzotyki, pojawiającą się doprawdy, sama nie wiem skąd. Ów pikolak raz jest pociesznym, młodym mężczyzną, który dojrzewa, marzy, uczy się kochać, innym z kolei razem jest już statecznym człowiekiem, w sile wieku, usiłującym podsumować swoją dotychczasową egzystencję. Nie należy zapominać, że jest także hotelarzem, co się zowie, wszak obsługiwał "abisyńskiego cesarza". Refleksje głębokie i poważne przecinają momenty mniej poważne, nieco sardoniczne, miejscami absurdalne. Tej książce humoru nie brakuje, owego złocistego humoru, tak charakterystycznego dla Hrabala. Sięgając po powieść tak wybitną, nie musimy obawiać się rozczarowania, choćby najmniejszego. Nie żal i czasu, jaki przyjdzie poświęcić nam owej książeczce. Rzeczywistość Hrabala wciąga. Bawi. Daje do myślenia. Zachwyca urodą i niewymuszonym wdziękiem kobiet, wzrusza delikatnością młodzieńców i czystością ich serc. Plastyczne opisy pobudzają wyobraźnię, która nie nadąża z produkcją kolejnych różnobarwnych obrazów. Mięśnie brzucha, z kolei, po lekturze czują się bardzo zużyte, gdyż czytający wybuchają raz po raz zdrowym, donośnym śmiechem, jakiego nie sposób pohamować. "Obsługiwałem..." rodzi w nas apetyt na więcej. Smakuje krówkami - ciągnącymi się, zalepiającymi całą buzię od środka. I jeszcze długo potem czujemy ten smak.
http://www.youtube.com/watch?v=8sjbl3xOHto&feature=related
Bohumil Hrabal Jak pisałem Obsługiwałem angielskiego króla
W tej książce zgromadziłem ludzkie rozmowy. To coś, co zawsze mnie fascynowało i fascynuje do dnia dzisiejszego. Można powiedzieć, że mój sposób mówienia i pisania jest ściśle związany z gospodami. Kelnerzy byli moimi przyjaciółmi
od zawsze i są nimi do dziś. Moją żonę, nazywali ją wtedy Pipsi, poznałem, kiedy pracowała jako kasjerka w hotelu Paříž. Przychodziłem do niej, a ona siedziała w tej kuchni i wszystko, co stamtąd wychodziło, przepływało przez jej ręce. Pobraliśmy się, żyliśmy razem dwadzieścia pięć lat, ona zmieniła pracę - sprzedawała kurczaki
na rogu ulicy Jindřišskej i Panskej, w restauracji przy hotelu Palace. A ja dzięki
temu zawsze miałem kontakt z tym klimatem, ze świadomością, która jest rozpięta między zwyczajną gospodą a restauracją. Myślę, że prawdopodobnie tam, niezależnie od mojej woli, "umazałem? się wszystkim, co się tam opowiadało. Właściwie od najmłodszych lat chodziłem do tych nymburskich gospód i do knajp na Libni. Potem za sprawą mojej żony poznałem restauracje, a potem również praskie gospody - Tygra, Kocura, Pinkasów i wiele innych. W ciągu tych wszystkich lat
poznałem tyle historii, tyle wydarzeń, tyle szczególików. Pewnego razu poszedłem na piwo do Sadský, to jest takie miasteczko, do hoteliku Błękitna Gwiazda. Kierownik restauracji miał zwyczaj gawędzić ze swymi klientami
i zaczął opowiadać o tym, jak zaczynał swoją restauracyjną karierę jako młody
pikolak, sprzedający parówki na dworcu w Čáslavi. Przyjechałem w nocy do domu, a na drugi dzień ta rozmowa - drobne wydarzenie ? nagle do mnie wróciła. To było jak stuknięcie w chińską wazę, pęknięcie obiega całą wazę i ta w końcu się rozpada. Zatem to "stuknięcie? w Błękitnej Gwieździe sprawiło, że na drugi dzień usiadłem
do maszyny, włożyłem papier, zacząłem pisać i pisałem, dopóki nie skończyłem. Te pierwsze dziesięć stron przywoływało wciąż nowe skojarzenia. Musiała mnie pchać do pisania jakaś zuchwałość i upodobanie do mistyfikacji. Pisałem długo,
nikt mnie wtedy nie odwiedzał, więc pisałem przez osiemnaście dni. I już, książka
była już skończona. Wystarczyło tylko wziąć nożyczki, porozcinać i połączyć. Wiedziałem, jak łatwo i lekko pisze się scenariusz filmowy i właśnie w ten sposób napisałem Angielskiego króla. To bardzo prosta recepta - trzeba po prostu mieć
olbrzymią ilość historyjek, a potem połączyć je i sprowadzić do wspólnego mianownika dzięki fikcji. Okazuje się, że niedorzeczności, które ludzie wygadują
w knajpach mają sens i mogą stworzyć coś, co nazywamy literaturą.
Bohumil Hrabal, 1989

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Kate Morton - "Dom w Riverton "

wtorek, 13 marca 2012 20:15

 

 

 

 

- doskonały kryminał z fascynującą historią miłosną w tle

- Grace, kobieta mająca szczęście przeżyć cały XX wiek, u progu śmierci postanawia wyjawić swemu wnukowi sekret, który nosiła przez całe życie

- dekadenckie lata dwudzieste i przemiany społeczne w Anglii po I wojnie światowej

 

Lato 1924. W wieczór hucznego przyjęcia z udziałem brytyjskiej śmietanki towarzyskiej, nad brzegiem jeziora sąsiadującego z ogromną wiejską rezydencją, pewien młody poeta odbiera sobie życie. Siostry Hannah i Emmeline Hartford, które jako jedyne są świadkami tego wydarzenia, nigdy więcej się nie zobaczą. Zima 1999. Dziewięćdziesięcioośmioletnią Grace Bradley, która w młodości pracowała jako służąca w rezydencji Riverton, odwiedza młoda reżyserka filmu o samobójstwie poety. Obudzone duchy przeszłości i wspomnienia zepchnięte w najdalsze zakamarki umysłu Grace ponownie wypływają na powierzchnię. Istnieje niebezpieczeństwo, że wyjdzie na jaw wstrząsająca tajemnica: wydarzenia zapomniane przez historię, których Grace nigdy nie zdołała wymazać z pamięci.

 

 

 

 

AGA

 

Dom w Riverton. 300 letnia rezydencja, od pokoleń zamieszkiwana przez lordów Ashbury. Mamy początek XX wieku, Riverton przeżywa właśnie lata swojej świetności. Co chwila urządzane są okazałe przyjęcia dla arystokracji. Dom odwiedzają najznakomitsze osobistości. Ogromna posiadłość jest otoczona rozległymi ogrodami, z przodu stoi piękna fontanna przedstawiająca Amora i Psyche, z tyłu druga, z Ikarem po którego ręce wyciągają syreny. Za domem rozpościera się jezioro. To właśnie w tym miejscu rozegrają się wydarzenia, które pozostaną tajemnicą na kolejne kilkadziesiąt lat. Tragedia, która zniszczyła życie nie jednej osobie. Miłość, która została przerwana w tak straszny sposób. Sekret służącej i jej pani, który doprowadził do tej tragicznej pomyłki, z początku wydawał się tak mało istotny...

Historię Domu z Riverton opowiada 98 letnia staruszka, która w wieku 14 lat została przyjęta tam jako służąca. Z tego powodu opowieść strasznie skojarzyła mi się z filmem "Titanic". Podobny czas, ta sama magiczna atmosfera, a do tego jeszcze tragiczna historia miłosna, która choć zupełnie inna, też w jakiś sposób przypominała tą z Titanica.

Młoda dziewczyna Grace zostaje przyjęta do służby w niesamowicie wytwornym Riverton. W tych czasach najlepsi służący mieli być cieniami w domu państwa, wykonywać swoją pracę po cichu, z oddaniem. Do Riverton przyjeżdżają wnukowie Asburych: Hannah, Emmeline i David. Służąca, choć sama ledwie zauważana, w dziwny sposób czuje się związana z rodzeństwem, uwielbia ich obserwować, cieszy się ich szczęściem, kocha dzieci, a szczególnie najstarszą z dziewczynek, która jest w tym samym wieku co ona. W niedalekiej przyszłości Grace zostaje osobistą służąca panienki Hannah dla której gotowa jest zrobić wszystko, nawet wyrzec się własnego szczęścia.
Choć opowieść jest z punktu widzenia Grace i oprócz spraw Riverton omawiane są także szczególnie losy służącej, to jednak historia toczy się wokół sióstr Hardfort – Emmeline i szczególnie Hannah. Młoda dziewczyna pochodząca z bogatego domu powinna robić wszystko, aby zachować jak najlepszą reputację, by potem móc dobrze wyjść za mąż. Emmeline to romantyczna dziewczynka której taki los odpowiada. Hannah jest jednak bardzo niezależną osobą. Marzy o własnym życiu, które nie będzie zależeć od żadnego mężczyzny, chce podróżować, zwiedzić świat, jest bardzo mądra, dowcipna, pełna życia. Jednak czasy w których żyje nie zaspokajają pragnień dziewczyny. Hannah nieustannie pragnie wyrwać się z niewoli reguł które obowiązują młodą kobietę czasów sprzed l wojny światowej. Rodzinie nie podoba się jej zachowanie, dlatego podstępnie przekonana przez krewnych, Hannah w wieku 18 lat w końcu godzi się i wychodzi za bogatego lorda Luxtona.
Decyzja ta zaważyła na losach Hannah. Jej życie nie zmieniło się nawet na trochę lepsze, jak podejrzewała. Hannah z nudów i braku swobody zaczęła powoli duchowo umierać. Nieszczęście dziewczyny trwa do czasu aż po latach spotyka przyjaciela z dzieciństwa jej brata Davida – Robbiego Huntera. Od tej chwili jej życie zmienia się diametralnie, ale czy na lepsze? Przecież od początku książki wiemy ze Robert Hunter w niewyjaśnionych okolicznościach popełnia samobójstwo nad brzegiem jeziora. Tylko dlaczego? To pytanie dręczy czytelnika przez całą książkę. Choć z początku nie jest to tak uwydatnione, to potem to właśnie ten sekret chcemy tak bardzo poznać. Znamy już koniec, znamy konsekwencje, ale co doprowadziło do tragedii? Ta tajemnica nie daje spokoju, jednak jej wyjaśnienie jest jeszcze straszniejsze. Wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego! Żadna zmoich teorii w końcu się nie sprawdziła. Od samego początku książki mogłam oswajać się ze śmiercią Roberta, przez wszystkie kilkaset stron nie mogłam o tym zapomnieć bo wciąż jest to wspominane. Jednak gdy doszłam do końca wszystko się zawaliło. Dawno nie doświadczyłam tylu emocji przy czytaniu zakończenia książki. Te straszne pytania „Dlaczego?!” , „Jak to się stało, że tak pewny szczęśliwy koniec mógł zmienić się w taką tragedię?” , „Z takiego powodu!”, „No jak?!!” dręczyły mnie na długo po zakończeniu.
I jeszcze ten list na samym końcu. List napisany przez Hannah zaraz przed głównymi wydarzeniami. Przecież zakończenie tego listu, te ostanie dwa zdania książki mało co nie doprowadziły mnie do obłędu!

„Do widzenia, Grace. Życzę ci długiego życia pełnego przygód i miłości. Życz mi tego samego …
Wiem, jak dobrze potrafisz strzec tajemnic.”

Polecam tą książkę z całego serca. Ja na pewno na długo jej nie zapomnę. Za „Zapomniany ogród” pokochałam autorkę. Teraz mogę się w tym uczuciu tylko umacniać.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

George R.R. Martin -

poniedziałek, 12 marca 2012 22:56

Żelazny Tom jednoczył Zachodnie Królestwa aż do śmierci króla Roberta. Wdowa jednak zdradziła królewskie ideały, bracia wszczęli wojnę, a Sansa została narzeczoną mordercy ojca, który teraz okrzyknął się królem. Zresztą, w każdym z królestw, od Smoczej Wyspy po Koniec Burzy, dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami. Pewnego dnia z Cytadeli przylatuje biały kruk, przynosząc zapowiedź końca lata - najdłuższego lata, jakie pamiętali żyjący ludzie. Najgroźniejszym wrogiem będzie jednak zima...

 

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=JzHYzpln_3A&feature=related

 

 

 

 

 

Autor: Daniel Zy...

Dłużej nie potrafił opierać się kuszącemu grzbietowi drugiego tomu „Pieśni Lodu i Ognia”. Świadomy tego, czego mógł się spodziewać po prozie Martina, pewnego wieczoru sięgnął po książkę o proporcjach cegły i jeszcze przed snem przeczytał ponad dwieście z jej dziewięciuset stron. Bynajmniej nie zaskoczyło go dobre tempo, bo pomimo kilku rzeczy, które przy odrobinie złej woli mógłby zarzucić stylowi autora, musiał przyznać, że obłędnie dobrze się to czyta i przyswaja. Tak było w tomie pierwszym i trudno było oczekiwać diametralnych zmian w kontynuacji. Ochoczo powrócił więc do Siedmiu Królestw, skąd beztroska odeszła wraz z pokojem, pakując wcześniej walizki i głośno trzaskając drzwiami. Ich miejsce zajęły zdrada, intryga i wojna – elementy darzone przez społeczeństwo ździebko mniejszą sympatią, ale znacznie bardziej twórcze emocjonalnie, zapewniające każdemu czytelnikowi skuteczną obronę przed nudą i rutyną. Zachwyciło go to, w jaki sposób Martinowi udało się uniknąć jakichkolwiek przestojów w akcji. Rzecz łatwa do osiągnięcia w zwięzłej nowelce, ale w tak obszernej epopei już niekoniecznie, więc tym bardziej należy się autorowi odznaka z ziemniaka i garść miedziaków. A bezkompromisowość, z jaką Martin podchodzi do misternie kreowanych przez setki stron bohaterów, rozwija przed czytelnikiem pełen wachlarz emocji – od złości i konsternacji, poprzez smutek i rozgoryczenie, aż po zachwyt i poklask dla odwagi pisarza. W „Starciu królów” nie brakuje impulsów do wywołania różnorodnych reakcji.

Początkowo zastanawiał się, czego zwiastunem jest czerwona kometa, która pojawiła się na niebie. W toku opowieści uznał jednak, że każda z przedstawionych teorii jest w jakimś sensie prawdziwa, choćby tylko dla jej głosiciela. Potem przyszły istotniejsze problemy i wzajemne badanie się rywali, wszak w Siedmiu Królestwach nastał sezon na królów samozwańców i jak nie było żadnego, tak teraz jest ich pięciu (i szóstą królową, która nieco ugrzęzła w ciemnej dupie za Wąskim Morzem, ale wcale nie jest z tego powodu mniej groźna). Podchody oraz zalążki intryg muszą się jednak kiedyś skończyć i przychodzi pora, by przejść od słów do czynów, a gdy tak się stało, sytuacja zaogniła się na tyle, że lektura pochłonęła go całkowicie i kolejne kartki przewracał z zadziwiającą dynamiką, zupełnie jakby kartkował gazetkę z ofertą Tesco. Pewni bohaterowie, dotychczas stanowiący tło, nagle nabrali znaczenia, a niektórzy dostali nawet swoje rozdziały (narracja nadal opiera się na ich podziale między postacie). I choć miał wrażenie, że brakuje tutaj nieco perspektywy Robba czy kogoś z obozu Lannisterów (poza fenomenalnym jak zwykle Tyrionem), z czasem uznał, że nowi bohaterowie rozdziałów, choć w skromnej liczbie, nadają pewną świeżość treści dotychczas zdominowanej przez ród Starków.

Dziękował Martinowi za nieustępliwość w rozwoju bohaterów i wydarzeń. Za odejście od patetycznej formuły, w której kisi się większość reprezentantów gatunku. Za symboliczną ilość magii, w „Starciu królów” nieco gęściej zasianą, ale wciąż stanowiącą raczej ukłon w stronę czytelnika, niż znaczący element. Za zrównanie rycerza ze zwykłym rzezimieszkiem, pozbawienie go etosu oraz honoru. Za znikomą ilość miejsca poświęconą nieco oderwanej od całości Daenerys, dzięki czemu zachowana została pewna ciągłość i dynamika wojennej sceny Westeros. Za to, jak podczas lektury zmieniały się jego uczucia, którymi darzył bohaterów – jak Ogar zyskiwał jego sympatię, Joffrey wywoływał chęć, by zacisnąć palce na jego gardle, a Theon budził kolejno rozczarowanie, litość i współczucie. Za niepowtarzalnego Tyriona i za to, jak udało się w takim małym ciele pomieścić tyle kapitalnych cech charakteru (ach, ten cynizm!). Za pobudzające wyobraźnię otoczenie Jona Snowa – ten przejmujący chłód, deszcz, śnieg i mroźne powietrze wysokich gór oraz pustkowia. Za te wszystkie zalety był w stanie wybaczyć Martinowi drobne potknięcia w postaci kolejnych powtórzeń (do końca życia będzie pamiętał, że Tyrion podczas chodu kołysał się jak kaczka, a Melisandre miała na szyi czerwony rubin, który jakby pochłaniał promienie słońca i w ogóle połyskiwał jak rozżarzony węgielek).

Tęsknota po lekturze „Gry o tron” przywiodła go do „Starcia królów”. Po przewróceniu ostatniej strony drugiego tomu jeszcze mocniej zapragnął chwycić w dłonie kolejny – trzeci tom. Już po paru godzinach stęsknił się za bohaterami i absolutnie pochłaniającej go treści. Wyśmienicie zdawał sobie sprawę, że to nie najwyższych artystycznie lotów literatura (choć niektórzy zapewne by się kłócili i być może przyznałby im rację), ale równie dobrze wiedział, że nie w tym tkwi jej potęga. Zarówno on, jak i miliony czytelników na całym świecie są wdzięczni za przejrzysty i łatwo przyswajalny styl, charakterystyczny dla bestsellerów. „Starcie królów” zawiera wszystko, co powinna mieć książka zarażająca chęcią do czytania praktycznie każdego, kto po nią sięgnie. Przy jej lekturze wydawało mu się, że każdy inny sposób zagospodarowania wolnego czasu byłby jego stratą.

UpiornyGroszek

 

„Gra o Tron” George’a R. R. Martina mnie autentycznie zachwyciła, ale miałam pewne opory przed sięgnięciem po następnym tom Sagi Pieśni Lodu i Ognia. Nierzadko zdarza się, że kolejne części serii nie dorównują genialnej pierwszej, a przyznaję, że w przypadku „Starcia królów” poprzeczkę ustawiłam wyjątkowo wysoko. Czy drugi tom dorównuje pierwszemu? Czy Martin trzyma poziom? Wreszcie- czy historia nadal jest tak samo interesująca? Spieszę z zapewnieniem- tak, tak, tak.

Jeśli ktoś nie zna treści „Gry o Tron” (nie czytał książki/nie oglądał serialu) a ma taki zamiar- proszę o ominięcie poniższego akapitu. Nie chcę być odpowiedzialna za popsucie komuś zabawy :)
Wojna, która wybuchła po śmierci króla Roberta toczy się nadal. Do gry o tron przystępują kolejni lordowie żądni korony. Intryga się zagęszcza, królowie mnożą się jak grzyby na deszczu, a na scenę wstępują nowe postacie- Stannis Baratheon, Tyrellowie z Wysogrodu czy ród Greyjoyów z Żelaznych Wysp. Jakby tego było mało także Nocna Straż nie może liczyć na słodycz bezczynności- za Murem Mance Ryder zbiera armię. A Matka Smoków wędruje z khalasarem po ziemiach za morzem…

Świat wykreowany przez Martina ujmuje złożonością- wobec ogromu postaci niezwykle łatwo się pogubić. Pod tym względem „Starcie królów” czytało mi się o wiele lepiej niż „Grę o Tron”- część bohaterów już znałam i nie musiałam tracić czasu na zastanawianie się kim jest dany lord. A same postacie urzekają nadal- realizmem, różnorodnością, charyzmą. Duet Joffrey i Cersei dalej niepomiernie wku… irytuje, Tyrion błyska inteligencją, wątek Dany nabiera tempa.

Lektura „Starcia królów” zagwarantowała mi cały wachlarz emocji- od śmiechu, poprzez łzy, aż do zaskoczenia pomieszanego ze zdenerwowaniem. Czytając niektóre strony doświadczyłam prawdziwego „opadu szczęki”, autor zdecydowanie wie jak zaskoczyć czytelnika. I chociaż nie przepadam za opisami wojen w przypadku prozy Martina zgłębiam je z nieskrywaną przyjemnością.

Myślałam, że język autora jest dosyć nijaki- przyzwoity, ale niewyróżniający się niczym szczególnym. Przyznaję, myliłam się- styl Martina to połączenie lekkości i płynności, gwarantujące niezwykle plastyczne opisy. W tym przypadku nawet najlichsza wyobraźnia da radę- sceny z książki same stają przed oczami, jak odtwarzany w głowie film.

Saga Pieśni Lodu i Ognia to chyba pierwsza seria, która wciągnęła mnie do tego stopnia od czasów dziecięcej fascynacji Potterem. Książek Martina nie da się odłożyć bez doczytania do końca, po skończeniu lektury natychmiast ma się ochotę na więcej, a losy bohaterów nieustannie zaprzątają myśli (nie)szczęśliwca, który raz zatopił się w świecie Westeros. Wciąga i nie puszcza, dopóki nie dobrniesz do ostatniej strony. A tam czeka zakończenie, którego nie potrafię określić innym przymiotnikiem niż „epicki”. Zarówno „Gra o Tron” jak i „Starcie królów” mogą szczycić się fenomenalnym finałem, który pozostawia ochotę na natychmiastową lekturę kolejnej części.

Polecam. Bardzo. Świetny przykład, kiedy niemal 900-stronicowa książka okazuje się za krótka, o wiele za krótka.

 

 

Scarlett

 
 
 Ta książka to kolejne cudo wyciągnięte spod pióra pana Martina! Bohaterowie stają się jeszcze lepsi lub jeszcze gorsi, a akcja pedzi i nie ustaje nawet na moment. Na koniec oczywiście poczułam ogromny niedosyt i nie moge się doczekac momentu, w którym zdobędę następną częśc. Niektórych bohaterów pokochałam tak bardzo, że nie mogłam spac dziś w nocy, tylko się o nich martwiłam. Czytałam opinie przed przeczytanie książki i miałam pewne obawy, czy ta książka będzie równie wspaniała co poprzednia, na szczęście wszystko było tak, jak trzeba.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

NOC W BIBLIOTECE

wtorek, 06 marca 2012 11:24


Czas: 10 marca (sobota), godzina 18
Miejsce: 107 Amiens Street, Dublin 1

Polska biblioteka BIBLARY zaprasza na wieczór z okazji 5. rocznicy powstania
W programie:
- spotkanie z pisarzem polonijmym - Piotrem Czerwińskim, autorem książek "Przebiegum życiae” i “Międzynaród” "
koncert Łukasza Klicha
DJ
Dodatkowe atrakcje:
loteria fantowa (wśród nagród m.in. książki z autografami autorów, zestaw kosmetyków Oriflame, prezent związany z Euro 2012 w Polsce, kosz z polską żywnością, vouchery na usługi fryzjerskie (zwycięzcy będą mogli wybrać nagrodę)
stoisko Oriflame (specjalne promocje tego wieczoru oraz porady kosmetyczne i bezpłatne testery)

Darmowe, pyszne przekąski oraz wyśmienite desery
wino



Wstęp: dowolny datek na bibliotekę

Dla uczestników kalendarze ścienne na 2012 rok gratis (do wyczerpania zapasów)

Cały dochód z imprezy przeznaczony będzie na działalność biblioteki


Sponsorzy: Grupa Konsultantow Oriflame Irlandia www.oriflameireland.com, Dublin Sweets, Monika's Catering
Sponsorem “Biblary” jest Medicus Medical Centre


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 24 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  71 678  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 71678

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl