Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 347 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Arael Zurli - Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały

sobota, 11 listopada 2017 9:30

 

Lekka i wartka opowieść o Wojciechu Kossaku, malarzu bataliście, który namiętnie kochał życie, rodzinę, piękne kobiety, a najbardziej – swoją pracę. Poznajemy szczegółowo, rok po roku, jego twórczość, romanse, kłopoty z rozpieszczonymi dziećmi oraz nieustanne tarapaty finansowe. W tle dzieje Polski, sfery artystyczno-ziemiańskie, cesarskie dwory Berlina i Wiednia, amerykańska Polonia, Warszawa i Kraków.

 

408655-352x500.jpg

 

Monika

 

Lubię czytać o Kossakach. Moja fascynacja tą rodziną datuje się od pierwszej lektury "Marii i Magdaleny" Magdaleny Samozwaniec. A było to...no mniejsza z tym;)

Oczywiście jako wierna czytelniczka i wielbicielka pani Madzi ukształtowałam sobie obraz Kossaków jako słodki, lukrowany i pełen wzajemnej miłości. Dopiero późniejsze lektury wspomnień osób niespokrewnionych z Kossakami naniosły inne barwy. Ale fascynacja pozostała, tropię wszystko co o tej nieznośnej rodzinie zostało napisane.

A co mogę napisać o właśnie przeczytanej książce"Wojciech Kossak. Malarz polskiej chwały"? 
Na pewno pozycja ta odbrązawia rodzinę Kossaków, dementuje wiele mitów. Kossak ukazany jest jako malarz (do śmierci!- trzeba było przecież spłacać długi pazernej rodziny), który z jednej strony bardzo znany, tak naprawdę nie stworzył przez swe długie życie jakiegoś wybitnego dzieła. Wiele z jego obrazów jest znakomitych, ale i wiele to zwyczajne taśmowo produkowane obrazeczki (często tylko sygnowane jego nazwiskiem, a malowane na przykład przez jego syna).
Wojciech- król życia, amant (żeby nie powiedzieć erotoman), wykorzystywany ponad miarę przez swą rodzinę. Fascynujący, ale i smutny obraz malarza, człowieka, ojca, męża.
Sporo reprodukcji, ciekawa bibliografia- książkę z przekonaniem polecam.

 

0JektkpTURBXy8zZmM4MTUyOGQwNTZlMzdlMjk4NGE2NjMxM2NkMGIzOC5qcGeSlQMAAM0DIM0BwpMFzQMgzQHC.jpg

 

czytelnik

 

Odbrązawiania Kossaków ciąg dalszy? Niezupełnie. Z "Bagiennej niezapominajki" rzeczywiście wyłoniła się Maria Pawlikowska-Jasnorzewska nie jako wrażliwa i czuła poetka, ale złośliwa, niezaradna i czasami nieco wulgarna hipochondryczka. Tymczasem w przypadku Wojciecha Kossaka tak wyraźnie nie uderzono w cokół. Mam wrażenie, że Arael Zurli darzy go jakąś sympatią. Na plus w porównaniu z "Bagienną niezapominajką" można uznać większy dystans biografa w stosunku do prezentowanej postaci. W przypadku Kossaka czytelnik otrzymuje opowieść o życiu malarza, ale bez oceny czy nawet praktycznie bez sugestii, w którą stronę mogłaby pójść ta ocena (cytat z zakończenia jest pewnym wyjątkiem, ale to naprawdę niewiele jak na czterysta stron tekstu). 

Mam wrażenie, że tytuł powstał naprędce. Nijak nie pasuje mi on do książki. Wcale nie wybrzmiało to, że Kossak był "malarzem polskiej chwały". Oczywiście przewijają się co rusz wzmianki o kolejnych obrazach, ale nie powiedziałbym, że wysuwają się na pierwszy plan. Po skończonej lekturze wcale nie przychodzi mi na myśl jako pierwsze określenie użyte w tytule. Poza tytułem dziwi mnie układ treści. Arael Zurli chronologicznie przedstawia życie batalisty. Nie rozumiem, po co jednemu rokowi poświęca po kilka rozdziałów. Jeśli już każdy rok (ewentualnie kilka lat razem) wyszczególnia się osobno, to można by w takiej części zawrzeć wszystko z tego okresu, ewentualnie z zastosowaniem podpunktów. 

Powyższe uwagi adresuję do biografa. Nie są to oczywiście kwestie wpływające znacząco na mój odbiór "Wojciecha Kossaka...". Zaznaczam po prostu drobne uwagi, które nasunęły mi się podczas lektury. Zanim przejdę do samego tekstu słów jeszcze kilka o wydaniu. Niestety wydawnictwo Iskry nie popisało się tym razem. Dziwi mnie to, ponieważ mam na półce tak pięknie wydaną książkę jak "Życie polskie w dawnych wiekach". Bardzo nie lubię, gdy okładka ma inną grafikę niż obwoluta. Wiadomo, że obwoluta prędzej czy później zniszczy się (co widać na załączonym zdjęciu). I co wtedy? Zostaje nam książka, która wygląda jak stary słownik. A już kompletnie nie rozumiem takiej oszczędności jeśli chodzi o reprodukcje. Z ogromnym zniechęceniem czytałem opisy obrazów w biografii. Arael Zurli często przedstawia je naprawdę szczegółowo. Czy nie można było ich pokazać? Nie chodzi chyba o koszty? Wydaje mi się, że prawa autorskie do reprodukcji obrazów Wojciecha Kossaka już wygasły. Zamieszczono co prawda wkładkę ze zdjęciami, ale zachodzę w głowę, co kierowało grafikiem (czy tam kimś innym, kto jest za to odpowiedzialny). Czy nie można było tych obrazów wrzucić do tekstu? Rozumiem, gdy reprodukcje są na papierze kredowym. Tymczasem w tym przypadku są na zwykłym papierze! Po co więc wydzielać je z tekstu i dodawać na końcu?

Sama książka jest ciekawa, choć mnie nie porwała. Może to kwestia tego, że wiedziałem już co nieco o bohaterze i całkiem niedawno przeczytałem inną biografię poświęconą mu? Nie wiem. Na pewno "Bagienną niezapominajkę" czytało mi się lepiej. Cenię Arael Zurli za to, że nie narzuca swojego zdania. Dostajemy opowieść bez zbędnych komentarzy. Czytelnik sam może ustosunkować się do postaci batalisty. Warto też zwrócić uwagę na bogatą bibliografię i wykorzystanie wielu materiałów źródłowych.

Kossak w porównaniu do starszej córki był na pewno wyważony i kulturalny. W zapiskach nie pozostawił złośliwych komentarzy. Poza tym odznaczał się ogromną pracowitością i wytrzymałością. Mam wrażenie, że nie był zbyt skomplikowaną osobą. W kolejnych latach pojawia się jeden cel - zdobycie fortuny. Z tego powodu wyjeżdżał kilkukrotnie do Stanów Zjednoczonych, Paryża, Londynu i malował dla cesarzy. Być może czuł się zobowiązany spełnić niekończące się oczekiwania rodziny. Choć trzeba przyznać, że sam też lubił luksus. Przykre jest to, że niewątpliwie zaprzepaścił ogromny talent. Namalował ponad 2000 obrazów. Z tego większość o wartości artystycznej zdecydowanie poniżej jego możliwości. Gdyby miał czas i nie musiał pracować w "fabryczce" portretów, ile wybitnych dzieł mógłby po sobie pozostawić? Wybrał jednak inną drogę. Całe życie gonił za pieniędzmi. Wydaje się, że bardzo niesprawiedliwie oceniał teściów córki Magdaleny, nazywając ich "filistrami". O nim też mógłby tak ktoś powiedzieć na podstawie tego, co po sobie pozostawił...

(...) - cytaty na blogu :) 

Praca Arael Zurli wydaje się obecnie najbardziej rzetelną i najobszerniejszą biografią Wojciecha Kossaka. Bogata w fakty, z porządną bibliografią i indeksem osobowym. Dobrze się ją czyta, choć nie ujęła mnie tak jak "Bagienna niezapominajka". Co do samego Kossaka to warto na koniec przytoczyć zdanie pejzażysty Jana Stanisławskiego: "Mógłby być pierwszym polskim malarzem, a wszystko robi, co może, by nikt się tego nigdy nie domyślił!". 

[Opinia pochodzi z bloga: librimagistri.blogspot.com]

 

Autoportret_z_papierosem.jpg

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0
Tagi: Kossak, malarz

komentarze (0) | dodaj komentarz

Szczepan Twardoch - " Morfina "

poniedziałek, 06 lutego 2017 13:30

 

Konstanty Willemann, warszawiak, lecz syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki, niewiele robi sobie z patriotycznych haseł i tradycji uświęconej krwią bohaterskich żołnierzy. Jest cynikiem, łajdakiem i bon-vivantem. Niewiernym mężem i złym ojcem.

Konstanty niechętnie bierze udział w kampanii wrześniowej, a po jej klęsce również wbrew sobie zostaje członkiem tajnej organizacji. Nie chce być Polakiem, nie chce być Niemcem. Pragnie jedynie zdobyć kolejną buteleczkę morfiny i żyć swoim dawnym życiem bywalca i kobieciarza.

Przed historią jednak uciec się nie da.

Szczepan Twardoch w Morfinie osiągnął rzecz rzadką w polskiej prozie - wykreował antybohatera, którego nie sposób nie lubić. Młody pisarz tak jak najwięksi – Witkacy, Gombrowicz, Littell – potrafi ukazać słabego, rozdartego człowieka wplątanego w wielką historię.

Szalona, transowa i odważna powieść.

 

 

352x500.jpg

 

 

Sylwia Kluczewska

 

Nagrodzona Paszportem Polityki za 2012 rok powieść Szczepana Twardocha rozgrywa się jesienią 1939 roku w zgwałconej (jak zwykł mawiać główny bohater) Warszawie. Mimo że osadzenie historii w czasie okupacji niemieckiej przywołuje jednoznaczne skojarzenia, w „Morfinie” brak czynów chwalebnych, obrazów Polaka patrioty, gotowego za ojczyznę walczyć i oddawać życie. Zamiast tego funkcjonuje antybohater Konstanty Willemann, morfinista i kurwiarz. Ścierają się też warstwy powieściowe: historyczna, bo Twardoch pieczołowicie oddał klimat okupowanej Polski, sensacyjna, śledząca kolejne szalone zdarzenia, w które uwikłany zostaje Willemann, i najszersza, psychologiczna, będąca książki esencją.

 

Konstanty Willemann to człowiek, który nie wie kim jest i obsesyjnie szuka odpowiedzi na to podstawowe pytanie. Matka jego, szalona Katarzyna Willemann, wybrała niegdyś dla siebie narodowość. Jako młoda Ślązaczka zechciała być Polką i stała się nią. Przywłaszczyła sobie polskość, teraz zaś uosabiać może więcej: stare kości obleczone w skórę przywodzą na myśl Kostkowi pramatkę albo Polskę, bo ta jest przecież kobietą, albo i indiańskiego wodza, demona. Willemanna ojciec, którego Katarzyna uwiodła gdy miał lat szesnaście, to niemiecki arystokrata. Konstanty, wychowywany na Polaka, ale świetnie władający również językiem niemieckim, teoretycznie ma podłoże do umacniania zarówno niemieckości, jak i polskości. W chwili zajęcia Warszawy, a zatem sytuacji wyzwalającej poczucie odrębności, mógłby wybrać jedną z dwóch dróg, nie wybiera jednak żadnej – jest pusty, a pustkę wypełniają mu kobiety. Matka, żona i kochanka. Są one dookreślone, wyraziste, przerysowane wręcz, bo niemalże archetypiczne. Konstantego natomiast charakteryzuje nijakość, słabość, niemoc. Brak utożsamiania się dotyczy nie tylko przynależności narodowościowej, ale też kwestii bardziej egzystencjalnej, pokazanej tu jako kształtowanie się męskości. Willemann potrzebuje znajdywać potwierdzenia, szukać siebie w oczach kobiet. Wydaje się bowiem, że sam jest nikim albo nie jest nawet zupełnie.

Tożsamość i poszukiwanie jej stanowią centralny punkt powieści, warto więc wspomnieć, że Twardoch, mimo delikatnej materii przedmiotu, prowadzi dojrzałą narrację, nie popadając w banał. Główny bohater miota się, przyjmując narzucane mu przez kobiety role: mąż, kochanek, bonvivant, morfinista albo podporucznik. Jeśli uznać wejście w owe role za lek, to tylko doraźny. Wciąż przewijającego się pytania o to, kim jest naprawdę, nie są w stanie zagłuszyć morfiniczne sesje u kochanki, w głowie Konstantego będącej wcieleniem kobiecości demonicznej. Nie jest w stanie zagłuszyć go żona Helena, córka endeka Peszkowskiego, do której Konstanty nie może się zdecydować, jakie żywi uczucia, ani nie zagłusza go syn Jureczek, którego Kostek kocha, ale nie wie dlaczego. Tym bardziej nie pcha do stężenia płynnej tożsamości Willemanna okupacja niemiecka, bo Konstanty wojny tej nie rozumie, pluje na nią, zbywa i plugawi polskie świętości. Jureczek tatusia wyściska. Wierszyk powie. Hela go uczy „Kto ty jesteś”, nawet nie chciało mi się protestować, chociaż to głupie przecież straszliwie, a w takich czasach nieodpowiedzialne, trzylatka takich kiczów potwornych uczyć. Żaden z trzylatka Polak, trzylatek to ledwie półczłowiek, półbestyjka kochana, małpiszon, nie żaden Polak.

Polskość jawi się Willemannowi jako gra, teatr, pozory. Kiedy Peszkowski oferuje rodzinie wyjazd do Szwecji, Kostek widzi, czego żona od niego oczekuje. Aby odmówił, zaproponował ucieczkę jej i Jureczkowi, a sam został, walczył o Polskę, dla Polski. Wtedy ona mogłaby zacząć go przekonywać do wyjazdu, mówiąc, że rodzina najważniejsza, a on powołałby się na obowiązek każdego Polaka. Gra dostojna, udowadniająca miłość do kraju, zadowoliłaby Helę, zaspokoiłaby jej potrzebę gorliwości w obliczu potrzebującej ojczyzny. Ponieważ żona Konstantego, tak jak inne kobiety w powieści, stanowi zaprzeczenie Kostka, formę domkniętą. Hela jest jedną z najważniejszych konstrukcji dla Polaków: Matką Polką, cierpiącą dla narodu i w cierpieniu tym znajdującą ukojenie. Twardoch doskonale przywołał owe wzniosłe aspekty polskości, a potem kazał Willemannowi je podsumować: Czy mój Kostuś okaże się godzien wspaniałych tradycji niepodległościowych naszej rodziny? Czy okaże się człowiekiem tak odważnym, jak odważny powinien być mąż Heleny Willemann de domo Peszkowskiej herbu Jastrzębiec? Czy nie boi się śmierci? Czy mój Kostuś godzien jest nazywać się Polakiem? Pierdolenie.

W powieści pojawia się więcej podobnych groteskowych wątków. Jest między innymi kapitan Pawlikowski, który zastrzelił taksówkarza, bo ten odpowiedział mu: sam jesteś łobuz. Dla Pawlikowskiego to obraza munduru polskiego, a więc Polski, a więc śmierć dla obrazoburcy; logika kierujących się uwielbieniem dla świętych symboli. Wyraźny jest w „Morfinie” brak uwznioślania wojny czy postaw Polaków, można by nawet sądzić, że obraz kształtuje się zgoła odwrotnie, że jest to książka antybohaterska. Twardoch zaprzecza jednak jakoby jego celem było rozprawianie się z polską martyrologią. Historia zresztą opowiedziana jest na poziomie jednostkowym i dotyka przede wszystkim osobistych poszukiwań Willemanna. Poza tym, że wyróżnia się tu staranność w aspekcie historycznym i kulturowym – w tym szczególnie zauważalne są podwójne normy moralne, inne dla kobiet, a inne dla mężczyzn – to jednak Twardoch daleki jest od sięgania po perspektywę skierowaną na całości. Decyduje się też na złożoność opisu. Mało z tego, o czym się czyta, jest tutaj jednoznaczne.

Tak skonstruowana została „Morfiny” narracja, aby skupienie na wnętrzu podkreślać – jest rytmiczna, transowa, często przechodzi w strumień świadomości. Forma ta jest cechą konstytutywną książki, stanowi wyróżnik i atut pozwalający w majaki Willemanna się przedostać. Z drugiej strony strumień żłobi czasem tak szerokie koryto, że zostaje tylko literackie gadulstwo, dużo znaków, a mniej niż chciałoby się treści. Z narracją Twardocha wiąże się też inny interesujący zabieg, tym razem perspektywę poszerzający. Jest nią drugi głos narracyjny, szara przyjaciółka, zagadkowa postać kobieca podążająca za Willemannem i zwracająca się do niego pieszczotliwie, niby to matka chcąca kierować krokami syna. Bohaterka antycypująca wydarzenia, zdradzająca fakty, o których Kostek nie mógłby wiedzieć, nieodgadniona w swoim racjonalnym szaleństwie. Czy to jungowska anima, jedna z bogów, wszechkobieta czy coś jeszcze innego, pozostaje w sferze domysłów. Konstanty zaś znowu staje się bierny, bezwolny, skazany na władzę kobiety. Kolejnej kobiety o mocnym charakterze. Ciekawy to głos w temacie o płci – bo chociaż mężczyźni posiadają w „Morfinie” atrybuty władzy, to kobiety są tymi silniejszymi.

Wśród rozciągniętego narkotycznego stanu Willemanna i okoliczności pchających go z jednego miejsca w drugie, wyłania się to, o czym usiłował łopatologicznie mówić Murakami w swoim „Sputniku Sweetheart”. Konstanty żyje z żoną, bywa u kochanki, widuje się z najlepszym przyjacielem. Nie zna ich jednak, a oni nie znają jego. Każdy żyje osobno, a ludzie nigdy się nie spotykają. Fakt ten będzie miał swoje konsekwencje na końcu książki. Warto do niego dotrzeć, choć niekoniecznie jak najprędzej – to nie powieść do tego, by przez nią przebiec.

 

ChicaDeAyer

 

W tym przypadku tytuł okazuje się znamienny – bo tak jak główny bohater tkwi w pułapce nałogu, tak czytelnik zostaje zniewolony przez słowo Twardocha. 

Zupełnie powaliła mnie ta książka i nawet nie zdawałam sobie sprawy, że może mnie wprawić w tak osobliwy, wręcz hipnotyczny nastrój. Wielka zasługa w tym sposobu narracji, doskonale przystającego do fabuły. Ta także jest nietypowa, jak na mocno zakorzeniony w naszej świadomości obraz martyrologicznego Polaka - Patrioty, gotowego na najwyższe poświęcenie w imię Ojczyzny. Jednakże obraz hulaki Willemanna jako antybohatera nie jest taki oczywisty w konfrontacji z (tu na myśl od razu nasuwa się Gombrowicz) z formą, wpychającą w ramy tożsamościowe. 

Świetna powieść na wszystkich płaszczyznach: narracyjnej, językowej, dialogowej, fabularnej, metafizycznej. Twardoch to jeden z ciekawszych autorów młodego pokolenia, których twórczość miałam okazję poznać. Nie poprzestanę jedynie na lekturze ‘Morfiny’, to pewne.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Joanna Bator - " Piaskowa Góra " i " Chmurdalia "

czwartek, 12 stycznia 2017 15:34

 

Początek lat 70. poprzedniego wieku. Jadzia Maślak przyjeżdża do Wałbrzycha z wioski pod Skierniewicami i prosto z oblodzonych schodów dworca wpada w ramiona nadgórnika Stefana Chmury, syna przesiedleńców ze Wschodu. Od tej chwili jej życie toczy się na tle wałbrzyskiego krajobrazu. Dziewczyna idzie ze Stefanem do ołtarza ubrana w suknię z poniemieckiej firany. Wprowadza się do bloku na Piaskowej Górze, gdzie zawsze wieje wiatr. W końcu rodzi bliźniaczki: jedną martwą, drugą żywą, Dominikę - niepodobną do nikogo z rodziny.
Historie opowiadane przez Bator zaczynają się i kończą w różnych czasach i miejscach, lecz wszystkie zbiegają się na Babelu, jak miejscowi nazywają największy dom na Piaskowej Górze. Babcie Halina i Zofia, matka Jadzia i córka Dominika, cztery kobiety, a między nimi kolejni mężczyźni. Grzeszne romanse, nieoczywiste pokrewieństwa i pęknięte tożsamości. Historia kilkudziesięciu lat. Powieść Bator imponuje celnością obserwacji i epickim rozmachem. Widok na Polskę z Piaskowej Góry to spojrzenie w samo sedno tego, kim jesteśmy.

 

203733-352x500.jpg

 

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

...Opowieść o pokoleniach kobiet mieszkających na wałbrzyskim Babelu nosi piętno ideologii, co może w czytaniu przeszkadzać. Mnie przeszkadza, bo znam te tezy, fakty, przekonania. Czytałem artykuły nawet samej Joanny Bator o kobiecej wersji świata. I, zdaje się, wyrosłem, bo i świat podrósł, stał się i staje się inny, a poza tym feminizm to jedna z grup (albo, jak kto woli, jeden z dyskursów) uczestniczących w tzw. społecznej debacie. Dolega zatem „Piaskowej Górze” ideologia, podana dosłownie, ale też pobrzmiewająca we fragmentach niby humorystycznych, choćby o oglądaniu serialu „Niewolnica Isaura”. Trudno nie wyczuć tonu prześmiewczej wyższości nad kobietami, które myślą tak, nie inaczej, oglądają i wcielają się w wyobraźni w role masowych heroin. Lecz z drugiej strony istnieją w tej książce pokłady współodczuwania narratorki z bohaterkami, związana z wiedzą i emocjami ludzka, nieideologiczna życzliwość. Gdyby więc Bator trafiła przed drukiem w ręce dobrego redaktora-producenta i dała się przekonać, by jej proza była mniej komentatorska, „Piaskowa Góra” byłaby po prostu literaturą jeszcze lepszą.

Zofia, Jadzia i Dominika, matka, żona i córka, to kobiety jakich w Polsce wiele. Żyją w tym przeciągu tysiąc lat, będąc typowymi wersjami „polskiej baby” z piosenki Danuty Rinn. Z innej piosenki mogłyby wyjąć frazę „Gdzie ci mężczyźni?”, patrząc na swojego Stefana, Kazia czy Janka. Ale książce Joanny Bator tak samo daleko (lub blisko) do wybitności, co średniej. Jej największe atuty to język, w którym potoczność miesza się z kreacją w sposób bardzo naturalny, oraz liczne (i zrealizowane) ambicje prozy środowiskowej, co zawsze podwyższa wartość każdej sagi. Bo „Piaskowa Góra” jest przede wszystkim historią ludzi rzuconych w przestrzeń koniecznych spotkań, związków, tajemnic, zmagań i różnie sobie z własnym losem radzących. Kobietom w takim życiu gorzej, lecz potrafią żyć lepiej, są osobowościami ciekawszymi, bardziej zasługującymi na uwagę, sugeruje autorka. Tych kilkadziesiąt polskich lat opisuje z perspektywy zapewne osobistej (Bator urodziła się w Wałbrzychu), poszerzonej, wzbogaconej, lecz i feministycznie formatującej. Niepotrzebnie. Dzisiejszy czytelnik ma już przecież narzędzia, by wyciągnąć indywidualne wnioski na podstawie literackiego materiału i swojego doświadczenia nawet jeśli tematem jest kobieta, kobiecość.

„Piaskowa Góra” to rzecz cenna jako powieść odkrywająca dla świata niepodrabialny wałbrzyski kolor polskich dziejów. Na wybudowanym przez komunistów osiedlu zetknęły się rozmaite charaktery, z różnorodnych genealogii i warunków tworząc nowe tożsamości. Z których na razie nic nie wyszło. Dzisiejsi młodzi mieszkańcy Wałbrzycha najbardziej pragną z Wałbrzycha wyjechać, a równocześnie istnieje w tym mieście kulturowy potencjał do wykorzystania. I robi to Joanna Bator, z autorskim krytycyzmem i osobistym sentymentem wracając do miejsca dzieciństwa. I zapowiada dalszy ciąg.

 

Chmurdalia, nowa powieść Joanny Bator, to kontynuacja znakomitej Piaskowej Góry, jednej z najciekawszych książek polskich ostatnich lat.
Po nieudanej ucieczce z Wałbrzycha, zakończonej wypadkiem samochodowym, dziewiętnastoletnia Dominika Chmura budzi się w monachijskim szpitalu. Miesiące rehabilitacji przywracają jej zdrowie, ale nie spokój ducha. Zamiast wrócić do bloku na Piaskowej Górze, rusza w podróż, co kilka miesięcy zmieniając pracę i miejsce zamieszkania - Niemcy, Francja, Stany Zjednoczone, Anglia. Coraz bardziej oddala się od domu i przybliża do Chmurdalii, krainy, w której spełnia się marzenie o idealnej wspólnocie.
Losy Dominiki przeplatają się w powieści z losami całej galerii postaci, głównie kobiecych, jak choćby czarnoskóra Sara Jackson, potomkini tzw. Hotentockiej Wenus, pokazywanej w gabinetach osobliwości w XIX wieku w Londynie i Paryżu. Bogactwo wątków Chmurdalii jest imponujące, jednak historie bohaterów łączą się ze sobą za sprawą przedmiotu przechodzącego z rąk do rąk - autentycznego nocnika Napoleona.

 

203737-352x500.jpg

 

 

Natalia-Lena

 

Joanna Bator uwięziła mnie na szczycie Piaskowej Góry i nie pozostało mi nic innego, jak tylko sięgnąć do chmur. Porwana przez wiatr, po raz kolejny przemierzałam miejsca i czasy, za kompanów mając niesamowite historie.

Polska, Niemcy, Francja, Ameryka, Anglia, Grecja - wszędzie czekają ludzie, którzy chcą, by ich historia została wysłuchana. Wszystko zaczyna się od Grażynki Rozpuch, która pomogła załatwić leczenie dla Dominiki. To właśnie te kobiety stają się punktem dla rozgałęziającej się historii o opowieściach – w przypadku Grażynki sięga ona do przeszłości, której bohaterowie wplątują się w opowieść Dominiki. 

,,Chmurdalia” to powieść o wielu znaczeniach podróży: czy to do wnętrza siebie i odkrywaniu zmian, czy to w przeszłość albo do kolejnego miejsca na mapie świata. Tutaj podróżujemy jednocześnie w wielu wymiarach, przekształcając się wciąż na nowo, a z każdej historii rodzi się następna. Historie, rodzinne opowieści, czy nawet mity, mają dla bohaterów ogromne znaczenie. Pozwalają im wrócić do szczególnych miejsc w przeszłości i odczuć, że posiadają oni korzenie. To przywiązanie do pamięci, do odtwarzania na nowo i wręcz ubarwiania niektórych wydarzeń, stanowi nieodłączny element budowania swojej tożsamości. Cudze opowieści również pomagają ludziom się zmieniać.

Język ,,Chmurdali” to nadal to, co znamy z ,,Piaskowej Góry” – autorka fantastycznie włada słowem, co w połączeniu z równie dobrym zmysłem obserwacji daje niezwykły efekt. O tej powieści można napisać o wiele, wiele więcej. Można przyglądać się każdemu wątkowi, każdemu bohaterowi, każdej aluzji, każdemu problemowi. Samo wymienianie tego, co można w książce znaleźć, to istna litania. Zadziwiające jest to, jak przy takiej wielości elementów, wszystkie dobrze ze sobą współgrają. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić was do sięgnięcia po opowieść o opowieściach, po podróż pomiędzy podróżami i szkatułę pełną niezwykłych splotów wydarzeń, jaką na szlaku swojej Odysei uzbierała Dominika.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Robert McLiam Wilson - " Autopsja "

środa, 26 października 2016 12:10

 

Trzecia przełożona na język polski, po "Ulicy marzycieli" i "Zaułku łgarza", powieść znakomitego pisarza irlandzkiego młodego pokolenia. Niepokojąca książka o brzydkim życiu, zmarnowanej miłości i miłosiernej śmierci.

Wilson do głębi wstrząsa czytelnikiem, obnażając z precyzją chirurga wnętrze człowieka, który dobrowolnie skazuje się na cierpienie fizyczne i psychiczne. Źródłem tego cierpienia jest miłość, zazdrość i pragnienie bezwzględnego przywłaszczenia sobie ukochanej osoby, nawet jej przeszłości.

 

autopsja-b-iext8611764.jpg

 

 

Aleksandra Winnik

Kiedy poznajemy Manfreda jest to już tylko wrak człowieka, wyniszczony przez chorobę ciała i nieprawdopodobnie chorą miłość. Robert McLiam Wilson w „Autopsji” sugestywnym językiem opisuje losy mężczyzny, któremu życie rozpadło się na drobne kawałeczki pod wpływem bezlitosnej Historii i własnych toksycznych działań.

 

Powieść ma formę dość klasyczną – przeplatanka obecnego stanu ducha i ciała z porcjami wspomnień z całego życia bohatera, opowiadanymi z nieco zaburzoną chronologią. Sięganie do dzieciństwa i kluczowych dla tego okresu wydarzeń z pewnością pomaga zrozumieć osobowość małego chłopca, a potem dojrzałego mężczyzny. Manfred jest angielskim Żydem. Niegdyś kochał życie, każdy dzień był dla niego spełnieniem, dziś z utęsknieniem i bez cienia grozy czeka na słodką wybawicielkę – śmierć. Młodzieńczą niewinność i naiwność zabiła w nim wojna, a rozstanie z żoną dopełniło czarę goryczy i pozbawiło resztek nadziei – tego możemy się dowiedzieć już z pierwszych kart książki. Dalszy ciąg opowieści to pogłębiona analiza zdarzeń i uczuć.

Manfred walczył podczas II wojny światowej w armii brytyjskiej. Doświadczenia wojenne skutecznie go znieczuliły, jednak znacznie trwalszy ślad zostawiły w psychice jego przyszłej żony Emmy, Żydówki, która jako mała dziewczynka przeżyła obóz koncentracyjny. Po wojnie Manfred rozpoczął interesy z bezlitośnie przedsiębiorczym Tapperem, kolegą z frontu. Od tego momentu jego sytuacja materialna wciąż się polepsza, zmienia się także życie osobiste. Żona okazuje się aniołem w ludzkiej skórze, jej doskonale proporcjonalne ciało jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, jej uległość i poddanie woli męża nieustannie łechce męską dumę. Małżonkowie tworzą zgraną i czułą parę. Wszystko się zmienia gdy pojawia się owoc ich pożycia – syn Martin. Dalej będzie już tylko gorzej. Odwieczna walka pomiędzy dobrą i złą stroną ludzkiej natury jakby wydostaje się z psychiki i zostawia namacalne ślady swojej obecności.
Język powieści jest bardzo poetycki, ale zarazem żywy, energiczny i odważny. Próżno tu szukać lirycznego zadęcia, które mogłoby wprowadzić czytelnika w nastrojową zadumę, jednak nasycenie książki celnymi i zaskakującymi metaforami wciąż przywodzi na myśl powinowactwa z poezją. Dużo decydujących odczuć i zdarzeń dzieje się na płaszczyźnie słów niewypowiedzianych, ale wiszących w powietrzu, ukrytych w spojrzeniach, ruchu ramion, drgnięciu ust. McLiam Wilson po mistrzowsku wydobywa ze swoich bohaterów przepastne głębie tak rozumianej duchowości. Postacie „Autopsji” zdają się mieć swoje własne życie, które dzieje się na kartach książki wyłącznie z przypadku, równie dobrze mogłoby być częścią naszego realnego świata. Mają w sobie coś, co uważam za wielkie osiągnięcie autora – nie są ani odrobinę papierowi. Nawet całkowicie epizodyczny przechodzień wbiega na zadrukowaną stronę jakby prosto z ulicy.
Na stare lata ból niczym uzasadniona kara lub cielesny wyrzut sumienia szczelnie wypełnia zmęczonego życiem Manfreda, tak jak niegdyś Emma. Wspomnienia nie blakną, z czasem stają się coraz żywsze, coraz bardziej rumiane. Bohater pielęgnuje swój ból, niemal otacza go opieką i, jeśli można tak powiedzieć, delektuje się nim. Konsekwentnie unika lekarzy i jakiejkolwiek pomocy medycznej. Ataki przychodzą nagle i strącają bezradnego cierpiętnika w otchłań. Opisy tych przerażających stanów, wzbogacone o szczegóły fizjologiczne zajmują w książce naprawdę sporo miejsca. Destrukcyjne pragnienie zawłaszczenia życia Emmy buduje z jednej strony ogromnie silne, niezniszczalne (nawet po rozstaniu) przywiązanie do żony, z drugiej pułapkę, w którą Manfred wpada bez reszty. Życie z Emmą przyniosło ból, a życie bez niej otworzyło prawdziwą otchłań cierpienia. Z tym, że za pierwszym razem cierpi ona, za drugim on.
„Autopsja” to świetnie napisana, gorzka i cierpka historia wzajemnego niszczenia się przez dwoje najbliższych sobie ludzi. Lektura nie zawsze przyjemna, choć z pewnością warta przeczytania i zatrzymania się nad nią na kilka chwil.
 
 
 
Tomasz Kowalski

 

Autopsja świadomego, powolnego odchodzenia

 

Podobno w momencie nagłej śmierci, w oczach człowieka, w jego duszy, odbija się całe jego życie. Tak też dzieje się z Manfredem, starym Żydem. Jednak on ma czas, wystarczająco dużo czasu, by przypomnieć sobie wszystko, a może nawet zmienić niektóre elementy przeszłości? Pewnego dnia po prostu go odkrył. Głęboko w sobie poczuł to, na co czekał. Pewność. Ból. W końcu wiedział, że to on doprowadzi go do końca. To dlatego z taką pieczołowitością go pielęgnuje, przyjmuje jego uderzenia, pieści go w sobie i czuje się opuszczony, gdy ból nagle ucicha.Szczęśliwy ponad wszelką miarę, gdy wraca. Manfred po prostu umiera i ma tego świadomość. Co zrobi z tym czasem? Najpierw będzie rozpieszczał ból, nie mamił go lekami, ale upewni się, by potem ruszyć do natarcia. Ból musi istnieć, by on mógł rozedrzeć jego duszę i wydobyć na zewnątrz, skryte głęboko w podświadomości, obrazy. By przypomnieć błędy, całe życie, którego nie potrafił przeżyć tak, jak tego pragnął. A było tego wiele. Młodość pełna prześladowań i cierpienia, rodziców, którzy nie ofiarowali mu wystarczających uczuć. Młodość, która zaowocowała odkryciem miłości. Kobiety, która już dawno temu go zabiła odchodząc, ale którą dotąd kocha. Teraz nadszedł dla niego czas na autopsję duszy. Rozebranie na części wspomnień i uświadomienie sobie, że zbyt wiele pragnął od miłości. Że przywłaszczył sobie kobietę w całości, wraz z jej światem i jej pragnieniami, a nie na tym to polega. Ale jak inaczej mógł postąpić chłopiec, naznaczony przez twarz wiecznie smutnej, brzydkiej matki, niespełnionej u boku ojca.

 


Robert McLiam Wilson, znany z takich bestsellerów jak Zaułek łgarzy czy Ulica marzycieli, świetnie nakreśla obraz człowieka zakochanego w bólu. Cierpieniu, które go na powrót uczłowiecza. Fizyczne cierpienie przywołuje wspomnienia, których ból jest porównywalny. Jednak czy może jeszcze coś naprawić? Wskazać drogę synowi, który właśnie odnalazł swoją „drugą połowę”? A może lepiej, by się nie odzywał, nie zepsuł tego, co ma szansę na powodzenie? Życie Manfreda przeplatają chwile złe i dobre, ale to on sam je niszczy. On sam wciąż pragnie cierpienia, od początku, od chwili gdy pierwszy raz uświadomił sobie anatomię twarzy matki, skrytą pod welonem. Twarz szpetną, marzącą o niemożliwym, męskich hołdach i miłowaniu. To życie nie mogło mieć innego przebiegu. Musiało tak się zakończyć... Jednak czy nam nie daje nadziei na to, że jeszcze wciąż możemy postąpić inaczej? Wykorzystać uczucia, pokochać, pozwolić sobie na radość, zapomnieć o tym, co nas ukształtowało i zmienić, nawet wszystko, jeżeli jest tak potrzeba.

 



 

Po przeczytaniu Autopsji po prostu nie da się jej zwyczajnie odłożyć na półkę. Jej treść wkracza w nas głęboko. Powoduje nawał myśli i pytań, sprawia, że spoglądamy badawczo na nasze życie.Oby tylko nie było za późno... Dla Manfreda już jest. Bo przecież uzdrowienie nie może być możliwe.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Katarzyna Bonda - " Pochłaniacz "

czwartek, 14 lipca 2016 12:48

 

Zima 1993. Tego samego dnia, w niejasnych okolicznościach, ginie nastoletnie rodzeństwo. Oba zgony policja kwalifikuje jako tragiczne, niezależne od siebie wypadki.
Wielkanoc 2013. Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield na Wybrzeże powraca Sasza Załuska. Do profilerki zgłasza się Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego w Sopocie. Podejrzewa, że jego wspólnik - były piosenkarz i autor przeboju "Dziewczyna z północy" - chce go zabić. Załuska ma mu dostarczyć na to dowody. Profilerka niechętnie angażuje się w sprawę. Kiedy jednak dochodzi do strzelaniny, Załuska zmuszona jest podjąć wyzwanie. Szybko okazuje się, że zabójstwo w klubie łączy się ze zdarzeniami z 1993 roku, a zamordowany wiedział, kto jest winien śmierci rodzeństwa. Jednym z kluczy do rozwiązania zagadki może okazać się piosenka sprzed lat.

 

281100-352x500.jpg

 

 

Ewa Szczepańska

 

Nowa powieść Katarzyny Bondy: styl, klimat i klasa

 

Odkąd poznałam Lisbeth Salander z trylogii Stiega Larssona, zaczęłam bardziej cenić powieści, w których pierwszoplanowym bohaterem jest kobieta. Męskie postaci często są sztampowe, powtarzalne i z reguły autor musi porządnie wysilić się, by jego bohater nabrał wyrazu i wyróżniał się w tłumie innych. Z kobiecymi postaciami jest często nieco inaczej – wystarczy wyposażyć je w odpowiedni poziom inteligencji, niekrzykliwą, acz wpadającą w oko urodę i osolić trudną przeszłością, a reszty dopełni skomplikowana natura samej płci. To z reguły wystarczy, by bohaterka powieści zapadła w pamięć i wzbudzała w czytelniku jakiekolwiek emocje (bo i te negatywne są w tym przypadku wartościowe).

 

Dlatego też bardzo ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że główną postacią najnowszej powieści Katarzyny Bondy pt. „Pochłaniacz” jest właśnie kobieta – nietuzinkowa, inteligentna, z solidnym bagażem doświadczeń życiowych oraz niecodzienną profesją. Sasza Załuska, bo o niej mowa, jest profilerką. Jej zadaniem jest tworzenie profili czy portretów nieznanych sprawców przestępstw. Potrafi określić wiek, płeć a czasem nawet miejsce zamieszkania przestępcy. Właśnie wróciła do Polski po kilkuletniej nieobecności spowodowanej dość prężnie rozwijającą się karierą w jednym z brytyjskich instytutów. Mimo że początkowo ma zupełnie inne plany i nie zamierza zajmować się tym, co przez długi czas było dla niej chlebem powszednim, to nieoczekiwana i dobrze płatna oferta skłania ją do zmiany zdania.

 

Ze świata interesów, pieniędzy, nocnych klubów i piosenkarzy-celebrytów trafia do brudnego świata mafii, gangsterskich porachunków i ludzi z gruntu fałszywych. Stąd zaś krótka droga wiedzie do dobrze jej znanych realiów policyjnych, które były dla niej codzienną normą, kiedy jeszcze pracowała w CBŚ. Zmagania ze zleceniem nie są jedynymi obecnymi w jej życiu – demonem, który towarzyszy jej na każdym kroku jest obezwładniający nałóg, który zwalcza od lat, a który wciąż nie daje o sobie zapomnieć.

 

Choć może to wyglądać co najmniej dziwnie, to właśnie ta słaba strona Saszy – alkoholizm – sprawiła, że wyjątkowo mocno polubiłam tę bohaterkę. Fakt, znów mamy do czynienia z policjantem (w tym przypadku byłym), który tkwi w szponach uzależnienia – to już było tysiące razy – ale to, co Saszę wyróżnia – to wola walki, siła i chęć do życia w trzeźwości. Oczywiście ma chwile zwątpienia, nie jest człowiekiem ze stali, ale mimo to dalej walczy, nie poddaje się. Nie pokazuje siebie jako osoby uzależnionej, która ma wszystko i wszystkich gdzieś, dla której liczy się tylko alkohol, nie robi z siebie pośmiewiska, nie sprawia, że wszyscy wokół jej nienawidzą. Pokazuje drugą, znacznie lepszą stronę osoby uzależnionej, tę, którą chciałabym widzieć u każdego mierzącego się z tym problemem w życiu rzeczywistym.

 

Jak pewnie łatwo wywnioskować z moich powyższych peanów, mocną stroną „Pochłaniacza” są dobrze skonstruowane postacie, które przede wszystkim urzekają realizmem i naturalnością. Kolejny plus – to szczegółowość autorki. Całość fabuły utkana jest ze skrzętnie dobranych detali, które w odpowiednim momencie doskonale zgrywają się ze sobą i łączą w spójną całość. Nie da się też nic zarzucić Katarzynie Bondzie pod względem obrazu zaplecza pracy policyjnej i obowiązków profilera – widać jak na dłoni, że pisarka profesjonalnie podeszła do tematu.

 

Niektórym książka może się wydawać zbyt rozwlekła, a może nawet przegadana, jednak ja uważam to bardziej za jej zaletę niż wadę, bo dzięki temu bardzo łatwo wpaść w klimat powieści i jej specyficzne tło. Poza tym – to pierwszy tom tetralogii, więc musi dawać solidne podstawy, co Bondzie udało się osiągnąć w bardzo dobrym stylu.

 

Czekałam z niecierpliwością na nową powieść tej pisarki i moje oczekiwanie zostało sowicie wynagrodzone naprawdę udanym tytułem, który ma dobry styl, klimat i klasę – zupełnie jak sama autorka. Polecam!

 

Ewa Szczepańska

 

Tomek 

 

Jeśli czytanie przeszkadza ci w robocie to rzuć robotę!!
Taka myśl towarzyszyła mi podczas lektury najnowszej powieści Katarzyny Bondy, zatytułowanej „ Pochłaniacz”. Stwierdziłem jednak, że pracować trzeba, choćby po to, aby było za co książki kupować. Ku mojej rozpaczy nikt nie wymyślił jeszcze zawodu „czytacz”. Tak więc cierpiałem, bo w robocie czytać nie mogłem, a poza książką, przez te kilka dni, o niczym innym nie mogłem myśleć. 
Kiedy na początku 2013 roku kończyłem czytać „Florystykę”, stwierdziłem, że Katarzyna Bonda powieścią tą zawiesiła tak wysoko literacko-warsztatową poprzeczkę, że ciężko będzie jej samej i komukolwiek ją przeskoczyć. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że autorka, pisząc kolejny kryminał, przejdzie gładko ze skoku wzwyż do konkurencji zwanej skokiem o tyczce. Tworząc i dając czytelnikom „Pochłaniacz”, zostawiła innych autorów kryminałów daleko w tyle. Ja w tej chwili nie obawiam się powiedzieć, że reszta naszych rodzimych „kryminalistów”, może Pani Bondzie po ryzy papieru biegać, które posłużą jej do pisania kolejnej części tetralogii.
W swoim życiu przeczytałem już wiele kryminałów i często spotykałem się w nich z nieporadnością, z jaką autor próbował identyfikować się ze środowiskiem, które kreował w swojej książce. W przypadku „Pochłaniacza” środowisko policyjne zostało przedstawione w tak doskonały sposób, jakby Pani Bonda przepracowała w tej formacji pół swojego życia. Zachowanie policjantów, ich odzywki i cała szara rzeczywistość gliniarza są na tyle wiarygodne, że pozwalają czytelnikowi na całkowite identyfikowanie się z bohaterami powieści i sytuacjami, w których oni się znajdują. Jest to widoczne szczególnie dla czytelników, którzy byli związani z tą formacją mundurową i potrafią sami wiele na ten temat powiedzieć. To samo tyczyć się może świata przestępczego. Choć nigdy po drugiej stronie barykady nie byłem, jestem pewien, że odwzorowanie zachowania polskiej gangsterski z lat dziewięćdziesiątych oraz „biznesmenów” z czasów współczesnych wyszło autorce wyśmienicie. Jestem przekonany, że wiele osób z tak zwanego półświatka może w tej powieści rozpoznać samego siebie. Przemawia to oczywiście za tym, że autorka do zrealizowania tej książki przygotowała się solennie i wykonała ogrom wspaniałej roboty. Gdyby nie było szkoda mi poświęcić książek, które Pani Katarzyna Bonda obiecała jeszcze podarować swym czytelnikom, zaproponowałbym jej zmianę zawodu i podjęcie pracy w Policji. Wielu pozazdrościłoby jej analitycznego i logicznego myślenia, które z powodzeniem można by wykorzystać przy prowadzeniu trudnych spraw. Dzięki niej zrozumiałem, że kobiety jednak w policji są potrzebne. Nie muszą oczywiście zastępować mężczyzn, jest bowiem wiele zadań, przy których kobiece umiejętności sprawdzą się dużo lepiej. 
Stworzenie powieści wielowątkowej, jawiącej się nie tylko jako kryminał, przyszło autorce dość gładko i udało się rewelacyjnie. Jeśli liczyć, że od wydania „Florystyki” do ukazania się „Pochłaniacza” minęło zaledwie około piętnastu miesięcy, to wyczyn ten należy nazwać jedynie mistrzostwem świata. Można by obawiać się, że w powieści tak dużej objętościowo, czytelnik spotka się z dłużyznami, momentami które nazywamy przegadanymi, lub co gorsza, jakimiś dziwnymi wynurzeniami autora. Niczego takiego w tej książce nie znalazłem. Dla mnie ta powieść stała się ważna i gdyby stało się tak, że czytałbym ją w wersji papierowej, to pewnie po zakończeniu lektury przytuliłbym ją do siebie. Przycisnąłbym do piersi książkę, bo nie mógłbym uczynić tego z osobą samej profilerki Saszy, która stała się dla mnie bardzo bliska i mocno się z nią zidentyfikowałem. Myślę, że każdy czytelnik znajdzie w tej książce, pośród tylu wspaniałych bohaterów, tego, którego pokocha i będzie o nim rozmyślał. Takiego, który będzie skłaniał do refleksji także nad samą fabułą i wnioskami, które czytelnik z niej wyciągnie. Zapewniam, że takowych nie zabraknie.
Nie pozostaje zatem nic innego jak przeczytać, a potem stać i długo tę powieść oklaskiwać i podpisać się nawet dwoma rękami pod tym, co powiedział Zygmunt Miłoszewski - Katarzyna Bonda została Królową Polskiego Kryminału.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  72 455  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 72455

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Money.pl

Pytamy.pl