Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 239 235 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Szczepan Twardoch - " Morfina "

poniedziałek, 06 lutego 2017 13:30

 

Konstanty Willemann, warszawiak, lecz syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki, niewiele robi sobie z patriotycznych haseł i tradycji uświęconej krwią bohaterskich żołnierzy. Jest cynikiem, łajdakiem i bon-vivantem. Niewiernym mężem i złym ojcem.

Konstanty niechętnie bierze udział w kampanii wrześniowej, a po jej klęsce również wbrew sobie zostaje członkiem tajnej organizacji. Nie chce być Polakiem, nie chce być Niemcem. Pragnie jedynie zdobyć kolejną buteleczkę morfiny i żyć swoim dawnym życiem bywalca i kobieciarza.

Przed historią jednak uciec się nie da.

Szczepan Twardoch w Morfinie osiągnął rzecz rzadką w polskiej prozie - wykreował antybohatera, którego nie sposób nie lubić. Młody pisarz tak jak najwięksi – Witkacy, Gombrowicz, Littell – potrafi ukazać słabego, rozdartego człowieka wplątanego w wielką historię.

Szalona, transowa i odważna powieść.

 

 

352x500.jpg

 

 

Sylwia Kluczewska

 

Nagrodzona Paszportem Polityki za 2012 rok powieść Szczepana Twardocha rozgrywa się jesienią 1939 roku w zgwałconej (jak zwykł mawiać główny bohater) Warszawie. Mimo że osadzenie historii w czasie okupacji niemieckiej przywołuje jednoznaczne skojarzenia, w „Morfinie” brak czynów chwalebnych, obrazów Polaka patrioty, gotowego za ojczyznę walczyć i oddawać życie. Zamiast tego funkcjonuje antybohater Konstanty Willemann, morfinista i kurwiarz. Ścierają się też warstwy powieściowe: historyczna, bo Twardoch pieczołowicie oddał klimat okupowanej Polski, sensacyjna, śledząca kolejne szalone zdarzenia, w które uwikłany zostaje Willemann, i najszersza, psychologiczna, będąca książki esencją.

 

Konstanty Willemann to człowiek, który nie wie kim jest i obsesyjnie szuka odpowiedzi na to podstawowe pytanie. Matka jego, szalona Katarzyna Willemann, wybrała niegdyś dla siebie narodowość. Jako młoda Ślązaczka zechciała być Polką i stała się nią. Przywłaszczyła sobie polskość, teraz zaś uosabiać może więcej: stare kości obleczone w skórę przywodzą na myśl Kostkowi pramatkę albo Polskę, bo ta jest przecież kobietą, albo i indiańskiego wodza, demona. Willemanna ojciec, którego Katarzyna uwiodła gdy miał lat szesnaście, to niemiecki arystokrata. Konstanty, wychowywany na Polaka, ale świetnie władający również językiem niemieckim, teoretycznie ma podłoże do umacniania zarówno niemieckości, jak i polskości. W chwili zajęcia Warszawy, a zatem sytuacji wyzwalającej poczucie odrębności, mógłby wybrać jedną z dwóch dróg, nie wybiera jednak żadnej – jest pusty, a pustkę wypełniają mu kobiety. Matka, żona i kochanka. Są one dookreślone, wyraziste, przerysowane wręcz, bo niemalże archetypiczne. Konstantego natomiast charakteryzuje nijakość, słabość, niemoc. Brak utożsamiania się dotyczy nie tylko przynależności narodowościowej, ale też kwestii bardziej egzystencjalnej, pokazanej tu jako kształtowanie się męskości. Willemann potrzebuje znajdywać potwierdzenia, szukać siebie w oczach kobiet. Wydaje się bowiem, że sam jest nikim albo nie jest nawet zupełnie.

Tożsamość i poszukiwanie jej stanowią centralny punkt powieści, warto więc wspomnieć, że Twardoch, mimo delikatnej materii przedmiotu, prowadzi dojrzałą narrację, nie popadając w banał. Główny bohater miota się, przyjmując narzucane mu przez kobiety role: mąż, kochanek, bonvivant, morfinista albo podporucznik. Jeśli uznać wejście w owe role za lek, to tylko doraźny. Wciąż przewijającego się pytania o to, kim jest naprawdę, nie są w stanie zagłuszyć morfiniczne sesje u kochanki, w głowie Konstantego będącej wcieleniem kobiecości demonicznej. Nie jest w stanie zagłuszyć go żona Helena, córka endeka Peszkowskiego, do której Konstanty nie może się zdecydować, jakie żywi uczucia, ani nie zagłusza go syn Jureczek, którego Kostek kocha, ale nie wie dlaczego. Tym bardziej nie pcha do stężenia płynnej tożsamości Willemanna okupacja niemiecka, bo Konstanty wojny tej nie rozumie, pluje na nią, zbywa i plugawi polskie świętości. Jureczek tatusia wyściska. Wierszyk powie. Hela go uczy „Kto ty jesteś”, nawet nie chciało mi się protestować, chociaż to głupie przecież straszliwie, a w takich czasach nieodpowiedzialne, trzylatka takich kiczów potwornych uczyć. Żaden z trzylatka Polak, trzylatek to ledwie półczłowiek, półbestyjka kochana, małpiszon, nie żaden Polak.

Polskość jawi się Willemannowi jako gra, teatr, pozory. Kiedy Peszkowski oferuje rodzinie wyjazd do Szwecji, Kostek widzi, czego żona od niego oczekuje. Aby odmówił, zaproponował ucieczkę jej i Jureczkowi, a sam został, walczył o Polskę, dla Polski. Wtedy ona mogłaby zacząć go przekonywać do wyjazdu, mówiąc, że rodzina najważniejsza, a on powołałby się na obowiązek każdego Polaka. Gra dostojna, udowadniająca miłość do kraju, zadowoliłaby Helę, zaspokoiłaby jej potrzebę gorliwości w obliczu potrzebującej ojczyzny. Ponieważ żona Konstantego, tak jak inne kobiety w powieści, stanowi zaprzeczenie Kostka, formę domkniętą. Hela jest jedną z najważniejszych konstrukcji dla Polaków: Matką Polką, cierpiącą dla narodu i w cierpieniu tym znajdującą ukojenie. Twardoch doskonale przywołał owe wzniosłe aspekty polskości, a potem kazał Willemannowi je podsumować: Czy mój Kostuś okaże się godzien wspaniałych tradycji niepodległościowych naszej rodziny? Czy okaże się człowiekiem tak odważnym, jak odważny powinien być mąż Heleny Willemann de domo Peszkowskiej herbu Jastrzębiec? Czy nie boi się śmierci? Czy mój Kostuś godzien jest nazywać się Polakiem? Pierdolenie.

W powieści pojawia się więcej podobnych groteskowych wątków. Jest między innymi kapitan Pawlikowski, który zastrzelił taksówkarza, bo ten odpowiedział mu: sam jesteś łobuz. Dla Pawlikowskiego to obraza munduru polskiego, a więc Polski, a więc śmierć dla obrazoburcy; logika kierujących się uwielbieniem dla świętych symboli. Wyraźny jest w „Morfinie” brak uwznioślania wojny czy postaw Polaków, można by nawet sądzić, że obraz kształtuje się zgoła odwrotnie, że jest to książka antybohaterska. Twardoch zaprzecza jednak jakoby jego celem było rozprawianie się z polską martyrologią. Historia zresztą opowiedziana jest na poziomie jednostkowym i dotyka przede wszystkim osobistych poszukiwań Willemanna. Poza tym, że wyróżnia się tu staranność w aspekcie historycznym i kulturowym – w tym szczególnie zauważalne są podwójne normy moralne, inne dla kobiet, a inne dla mężczyzn – to jednak Twardoch daleki jest od sięgania po perspektywę skierowaną na całości. Decyduje się też na złożoność opisu. Mało z tego, o czym się czyta, jest tutaj jednoznaczne.

Tak skonstruowana została „Morfiny” narracja, aby skupienie na wnętrzu podkreślać – jest rytmiczna, transowa, często przechodzi w strumień świadomości. Forma ta jest cechą konstytutywną książki, stanowi wyróżnik i atut pozwalający w majaki Willemanna się przedostać. Z drugiej strony strumień żłobi czasem tak szerokie koryto, że zostaje tylko literackie gadulstwo, dużo znaków, a mniej niż chciałoby się treści. Z narracją Twardocha wiąże się też inny interesujący zabieg, tym razem perspektywę poszerzający. Jest nią drugi głos narracyjny, szara przyjaciółka, zagadkowa postać kobieca podążająca za Willemannem i zwracająca się do niego pieszczotliwie, niby to matka chcąca kierować krokami syna. Bohaterka antycypująca wydarzenia, zdradzająca fakty, o których Kostek nie mógłby wiedzieć, nieodgadniona w swoim racjonalnym szaleństwie. Czy to jungowska anima, jedna z bogów, wszechkobieta czy coś jeszcze innego, pozostaje w sferze domysłów. Konstanty zaś znowu staje się bierny, bezwolny, skazany na władzę kobiety. Kolejnej kobiety o mocnym charakterze. Ciekawy to głos w temacie o płci – bo chociaż mężczyźni posiadają w „Morfinie” atrybuty władzy, to kobiety są tymi silniejszymi.

Wśród rozciągniętego narkotycznego stanu Willemanna i okoliczności pchających go z jednego miejsca w drugie, wyłania się to, o czym usiłował łopatologicznie mówić Murakami w swoim „Sputniku Sweetheart”. Konstanty żyje z żoną, bywa u kochanki, widuje się z najlepszym przyjacielem. Nie zna ich jednak, a oni nie znają jego. Każdy żyje osobno, a ludzie nigdy się nie spotykają. Fakt ten będzie miał swoje konsekwencje na końcu książki. Warto do niego dotrzeć, choć niekoniecznie jak najprędzej – to nie powieść do tego, by przez nią przebiec.

 

ChicaDeAyer

 

W tym przypadku tytuł okazuje się znamienny – bo tak jak główny bohater tkwi w pułapce nałogu, tak czytelnik zostaje zniewolony przez słowo Twardocha. 

Zupełnie powaliła mnie ta książka i nawet nie zdawałam sobie sprawy, że może mnie wprawić w tak osobliwy, wręcz hipnotyczny nastrój. Wielka zasługa w tym sposobu narracji, doskonale przystającego do fabuły. Ta także jest nietypowa, jak na mocno zakorzeniony w naszej świadomości obraz martyrologicznego Polaka - Patrioty, gotowego na najwyższe poświęcenie w imię Ojczyzny. Jednakże obraz hulaki Willemanna jako antybohatera nie jest taki oczywisty w konfrontacji z (tu na myśl od razu nasuwa się Gombrowicz) z formą, wpychającą w ramy tożsamościowe. 

Świetna powieść na wszystkich płaszczyznach: narracyjnej, językowej, dialogowej, fabularnej, metafizycznej. Twardoch to jeden z ciekawszych autorów młodego pokolenia, których twórczość miałam okazję poznać. Nie poprzestanę jedynie na lekturze ‘Morfiny’, to pewne.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Joanna Bator - " Piaskowa Góra " i " Chmurdalia "

czwartek, 12 stycznia 2017 15:34

 

Początek lat 70. poprzedniego wieku. Jadzia Maślak przyjeżdża do Wałbrzycha z wioski pod Skierniewicami i prosto z oblodzonych schodów dworca wpada w ramiona nadgórnika Stefana Chmury, syna przesiedleńców ze Wschodu. Od tej chwili jej życie toczy się na tle wałbrzyskiego krajobrazu. Dziewczyna idzie ze Stefanem do ołtarza ubrana w suknię z poniemieckiej firany. Wprowadza się do bloku na Piaskowej Górze, gdzie zawsze wieje wiatr. W końcu rodzi bliźniaczki: jedną martwą, drugą żywą, Dominikę - niepodobną do nikogo z rodziny.
Historie opowiadane przez Bator zaczynają się i kończą w różnych czasach i miejscach, lecz wszystkie zbiegają się na Babelu, jak miejscowi nazywają największy dom na Piaskowej Górze. Babcie Halina i Zofia, matka Jadzia i córka Dominika, cztery kobiety, a między nimi kolejni mężczyźni. Grzeszne romanse, nieoczywiste pokrewieństwa i pęknięte tożsamości. Historia kilkudziesięciu lat. Powieść Bator imponuje celnością obserwacji i epickim rozmachem. Widok na Polskę z Piaskowej Góry to spojrzenie w samo sedno tego, kim jesteśmy.

 

203733-352x500.jpg

 

GRZEGORZ CHOJNOWSKI

...Opowieść o pokoleniach kobiet mieszkających na wałbrzyskim Babelu nosi piętno ideologii, co może w czytaniu przeszkadzać. Mnie przeszkadza, bo znam te tezy, fakty, przekonania. Czytałem artykuły nawet samej Joanny Bator o kobiecej wersji świata. I, zdaje się, wyrosłem, bo i świat podrósł, stał się i staje się inny, a poza tym feminizm to jedna z grup (albo, jak kto woli, jeden z dyskursów) uczestniczących w tzw. społecznej debacie. Dolega zatem „Piaskowej Górze” ideologia, podana dosłownie, ale też pobrzmiewająca we fragmentach niby humorystycznych, choćby o oglądaniu serialu „Niewolnica Isaura”. Trudno nie wyczuć tonu prześmiewczej wyższości nad kobietami, które myślą tak, nie inaczej, oglądają i wcielają się w wyobraźni w role masowych heroin. Lecz z drugiej strony istnieją w tej książce pokłady współodczuwania narratorki z bohaterkami, związana z wiedzą i emocjami ludzka, nieideologiczna życzliwość. Gdyby więc Bator trafiła przed drukiem w ręce dobrego redaktora-producenta i dała się przekonać, by jej proza była mniej komentatorska, „Piaskowa Góra” byłaby po prostu literaturą jeszcze lepszą.

Zofia, Jadzia i Dominika, matka, żona i córka, to kobiety jakich w Polsce wiele. Żyją w tym przeciągu tysiąc lat, będąc typowymi wersjami „polskiej baby” z piosenki Danuty Rinn. Z innej piosenki mogłyby wyjąć frazę „Gdzie ci mężczyźni?”, patrząc na swojego Stefana, Kazia czy Janka. Ale książce Joanny Bator tak samo daleko (lub blisko) do wybitności, co średniej. Jej największe atuty to język, w którym potoczność miesza się z kreacją w sposób bardzo naturalny, oraz liczne (i zrealizowane) ambicje prozy środowiskowej, co zawsze podwyższa wartość każdej sagi. Bo „Piaskowa Góra” jest przede wszystkim historią ludzi rzuconych w przestrzeń koniecznych spotkań, związków, tajemnic, zmagań i różnie sobie z własnym losem radzących. Kobietom w takim życiu gorzej, lecz potrafią żyć lepiej, są osobowościami ciekawszymi, bardziej zasługującymi na uwagę, sugeruje autorka. Tych kilkadziesiąt polskich lat opisuje z perspektywy zapewne osobistej (Bator urodziła się w Wałbrzychu), poszerzonej, wzbogaconej, lecz i feministycznie formatującej. Niepotrzebnie. Dzisiejszy czytelnik ma już przecież narzędzia, by wyciągnąć indywidualne wnioski na podstawie literackiego materiału i swojego doświadczenia nawet jeśli tematem jest kobieta, kobiecość.

„Piaskowa Góra” to rzecz cenna jako powieść odkrywająca dla świata niepodrabialny wałbrzyski kolor polskich dziejów. Na wybudowanym przez komunistów osiedlu zetknęły się rozmaite charaktery, z różnorodnych genealogii i warunków tworząc nowe tożsamości. Z których na razie nic nie wyszło. Dzisiejsi młodzi mieszkańcy Wałbrzycha najbardziej pragną z Wałbrzycha wyjechać, a równocześnie istnieje w tym mieście kulturowy potencjał do wykorzystania. I robi to Joanna Bator, z autorskim krytycyzmem i osobistym sentymentem wracając do miejsca dzieciństwa. I zapowiada dalszy ciąg.

 

Chmurdalia, nowa powieść Joanny Bator, to kontynuacja znakomitej Piaskowej Góry, jednej z najciekawszych książek polskich ostatnich lat.
Po nieudanej ucieczce z Wałbrzycha, zakończonej wypadkiem samochodowym, dziewiętnastoletnia Dominika Chmura budzi się w monachijskim szpitalu. Miesiące rehabilitacji przywracają jej zdrowie, ale nie spokój ducha. Zamiast wrócić do bloku na Piaskowej Górze, rusza w podróż, co kilka miesięcy zmieniając pracę i miejsce zamieszkania - Niemcy, Francja, Stany Zjednoczone, Anglia. Coraz bardziej oddala się od domu i przybliża do Chmurdalii, krainy, w której spełnia się marzenie o idealnej wspólnocie.
Losy Dominiki przeplatają się w powieści z losami całej galerii postaci, głównie kobiecych, jak choćby czarnoskóra Sara Jackson, potomkini tzw. Hotentockiej Wenus, pokazywanej w gabinetach osobliwości w XIX wieku w Londynie i Paryżu. Bogactwo wątków Chmurdalii jest imponujące, jednak historie bohaterów łączą się ze sobą za sprawą przedmiotu przechodzącego z rąk do rąk - autentycznego nocnika Napoleona.

 

203737-352x500.jpg

 

 

Natalia-Lena

 

Joanna Bator uwięziła mnie na szczycie Piaskowej Góry i nie pozostało mi nic innego, jak tylko sięgnąć do chmur. Porwana przez wiatr, po raz kolejny przemierzałam miejsca i czasy, za kompanów mając niesamowite historie.

Polska, Niemcy, Francja, Ameryka, Anglia, Grecja - wszędzie czekają ludzie, którzy chcą, by ich historia została wysłuchana. Wszystko zaczyna się od Grażynki Rozpuch, która pomogła załatwić leczenie dla Dominiki. To właśnie te kobiety stają się punktem dla rozgałęziającej się historii o opowieściach – w przypadku Grażynki sięga ona do przeszłości, której bohaterowie wplątują się w opowieść Dominiki. 

,,Chmurdalia” to powieść o wielu znaczeniach podróży: czy to do wnętrza siebie i odkrywaniu zmian, czy to w przeszłość albo do kolejnego miejsca na mapie świata. Tutaj podróżujemy jednocześnie w wielu wymiarach, przekształcając się wciąż na nowo, a z każdej historii rodzi się następna. Historie, rodzinne opowieści, czy nawet mity, mają dla bohaterów ogromne znaczenie. Pozwalają im wrócić do szczególnych miejsc w przeszłości i odczuć, że posiadają oni korzenie. To przywiązanie do pamięci, do odtwarzania na nowo i wręcz ubarwiania niektórych wydarzeń, stanowi nieodłączny element budowania swojej tożsamości. Cudze opowieści również pomagają ludziom się zmieniać.

Język ,,Chmurdali” to nadal to, co znamy z ,,Piaskowej Góry” – autorka fantastycznie włada słowem, co w połączeniu z równie dobrym zmysłem obserwacji daje niezwykły efekt. O tej powieści można napisać o wiele, wiele więcej. Można przyglądać się każdemu wątkowi, każdemu bohaterowi, każdej aluzji, każdemu problemowi. Samo wymienianie tego, co można w książce znaleźć, to istna litania. Zadziwiające jest to, jak przy takiej wielości elementów, wszystkie dobrze ze sobą współgrają. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zachęcić was do sięgnięcia po opowieść o opowieściach, po podróż pomiędzy podróżami i szkatułę pełną niezwykłych splotów wydarzeń, jaką na szlaku swojej Odysei uzbierała Dominika.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Robert McLiam Wilson - " Autopsja "

środa, 26 października 2016 12:10

 

Trzecia przełożona na język polski, po "Ulicy marzycieli" i "Zaułku łgarza", powieść znakomitego pisarza irlandzkiego młodego pokolenia. Niepokojąca książka o brzydkim życiu, zmarnowanej miłości i miłosiernej śmierci.

Wilson do głębi wstrząsa czytelnikiem, obnażając z precyzją chirurga wnętrze człowieka, który dobrowolnie skazuje się na cierpienie fizyczne i psychiczne. Źródłem tego cierpienia jest miłość, zazdrość i pragnienie bezwzględnego przywłaszczenia sobie ukochanej osoby, nawet jej przeszłości.

 

autopsja-b-iext8611764.jpg

 

 

Aleksandra Winnik

Kiedy poznajemy Manfreda jest to już tylko wrak człowieka, wyniszczony przez chorobę ciała i nieprawdopodobnie chorą miłość. Robert McLiam Wilson w „Autopsji” sugestywnym językiem opisuje losy mężczyzny, któremu życie rozpadło się na drobne kawałeczki pod wpływem bezlitosnej Historii i własnych toksycznych działań.

 

Powieść ma formę dość klasyczną – przeplatanka obecnego stanu ducha i ciała z porcjami wspomnień z całego życia bohatera, opowiadanymi z nieco zaburzoną chronologią. Sięganie do dzieciństwa i kluczowych dla tego okresu wydarzeń z pewnością pomaga zrozumieć osobowość małego chłopca, a potem dojrzałego mężczyzny. Manfred jest angielskim Żydem. Niegdyś kochał życie, każdy dzień był dla niego spełnieniem, dziś z utęsknieniem i bez cienia grozy czeka na słodką wybawicielkę – śmierć. Młodzieńczą niewinność i naiwność zabiła w nim wojna, a rozstanie z żoną dopełniło czarę goryczy i pozbawiło resztek nadziei – tego możemy się dowiedzieć już z pierwszych kart książki. Dalszy ciąg opowieści to pogłębiona analiza zdarzeń i uczuć.

Manfred walczył podczas II wojny światowej w armii brytyjskiej. Doświadczenia wojenne skutecznie go znieczuliły, jednak znacznie trwalszy ślad zostawiły w psychice jego przyszłej żony Emmy, Żydówki, która jako mała dziewczynka przeżyła obóz koncentracyjny. Po wojnie Manfred rozpoczął interesy z bezlitośnie przedsiębiorczym Tapperem, kolegą z frontu. Od tego momentu jego sytuacja materialna wciąż się polepsza, zmienia się także życie osobiste. Żona okazuje się aniołem w ludzkiej skórze, jej doskonale proporcjonalne ciało jest niewyczerpanym źródłem inspiracji, jej uległość i poddanie woli męża nieustannie łechce męską dumę. Małżonkowie tworzą zgraną i czułą parę. Wszystko się zmienia gdy pojawia się owoc ich pożycia – syn Martin. Dalej będzie już tylko gorzej. Odwieczna walka pomiędzy dobrą i złą stroną ludzkiej natury jakby wydostaje się z psychiki i zostawia namacalne ślady swojej obecności.
Język powieści jest bardzo poetycki, ale zarazem żywy, energiczny i odważny. Próżno tu szukać lirycznego zadęcia, które mogłoby wprowadzić czytelnika w nastrojową zadumę, jednak nasycenie książki celnymi i zaskakującymi metaforami wciąż przywodzi na myśl powinowactwa z poezją. Dużo decydujących odczuć i zdarzeń dzieje się na płaszczyźnie słów niewypowiedzianych, ale wiszących w powietrzu, ukrytych w spojrzeniach, ruchu ramion, drgnięciu ust. McLiam Wilson po mistrzowsku wydobywa ze swoich bohaterów przepastne głębie tak rozumianej duchowości. Postacie „Autopsji” zdają się mieć swoje własne życie, które dzieje się na kartach książki wyłącznie z przypadku, równie dobrze mogłoby być częścią naszego realnego świata. Mają w sobie coś, co uważam za wielkie osiągnięcie autora – nie są ani odrobinę papierowi. Nawet całkowicie epizodyczny przechodzień wbiega na zadrukowaną stronę jakby prosto z ulicy.
Na stare lata ból niczym uzasadniona kara lub cielesny wyrzut sumienia szczelnie wypełnia zmęczonego życiem Manfreda, tak jak niegdyś Emma. Wspomnienia nie blakną, z czasem stają się coraz żywsze, coraz bardziej rumiane. Bohater pielęgnuje swój ból, niemal otacza go opieką i, jeśli można tak powiedzieć, delektuje się nim. Konsekwentnie unika lekarzy i jakiejkolwiek pomocy medycznej. Ataki przychodzą nagle i strącają bezradnego cierpiętnika w otchłań. Opisy tych przerażających stanów, wzbogacone o szczegóły fizjologiczne zajmują w książce naprawdę sporo miejsca. Destrukcyjne pragnienie zawłaszczenia życia Emmy buduje z jednej strony ogromnie silne, niezniszczalne (nawet po rozstaniu) przywiązanie do żony, z drugiej pułapkę, w którą Manfred wpada bez reszty. Życie z Emmą przyniosło ból, a życie bez niej otworzyło prawdziwą otchłań cierpienia. Z tym, że za pierwszym razem cierpi ona, za drugim on.
„Autopsja” to świetnie napisana, gorzka i cierpka historia wzajemnego niszczenia się przez dwoje najbliższych sobie ludzi. Lektura nie zawsze przyjemna, choć z pewnością warta przeczytania i zatrzymania się nad nią na kilka chwil.
 
 
 
Tomasz Kowalski

 

Autopsja świadomego, powolnego odchodzenia

 

Podobno w momencie nagłej śmierci, w oczach człowieka, w jego duszy, odbija się całe jego życie. Tak też dzieje się z Manfredem, starym Żydem. Jednak on ma czas, wystarczająco dużo czasu, by przypomnieć sobie wszystko, a może nawet zmienić niektóre elementy przeszłości? Pewnego dnia po prostu go odkrył. Głęboko w sobie poczuł to, na co czekał. Pewność. Ból. W końcu wiedział, że to on doprowadzi go do końca. To dlatego z taką pieczołowitością go pielęgnuje, przyjmuje jego uderzenia, pieści go w sobie i czuje się opuszczony, gdy ból nagle ucicha.Szczęśliwy ponad wszelką miarę, gdy wraca. Manfred po prostu umiera i ma tego świadomość. Co zrobi z tym czasem? Najpierw będzie rozpieszczał ból, nie mamił go lekami, ale upewni się, by potem ruszyć do natarcia. Ból musi istnieć, by on mógł rozedrzeć jego duszę i wydobyć na zewnątrz, skryte głęboko w podświadomości, obrazy. By przypomnieć błędy, całe życie, którego nie potrafił przeżyć tak, jak tego pragnął. A było tego wiele. Młodość pełna prześladowań i cierpienia, rodziców, którzy nie ofiarowali mu wystarczających uczuć. Młodość, która zaowocowała odkryciem miłości. Kobiety, która już dawno temu go zabiła odchodząc, ale którą dotąd kocha. Teraz nadszedł dla niego czas na autopsję duszy. Rozebranie na części wspomnień i uświadomienie sobie, że zbyt wiele pragnął od miłości. Że przywłaszczył sobie kobietę w całości, wraz z jej światem i jej pragnieniami, a nie na tym to polega. Ale jak inaczej mógł postąpić chłopiec, naznaczony przez twarz wiecznie smutnej, brzydkiej matki, niespełnionej u boku ojca.

 


Robert McLiam Wilson, znany z takich bestsellerów jak Zaułek łgarzy czy Ulica marzycieli, świetnie nakreśla obraz człowieka zakochanego w bólu. Cierpieniu, które go na powrót uczłowiecza. Fizyczne cierpienie przywołuje wspomnienia, których ból jest porównywalny. Jednak czy może jeszcze coś naprawić? Wskazać drogę synowi, który właśnie odnalazł swoją „drugą połowę”? A może lepiej, by się nie odzywał, nie zepsuł tego, co ma szansę na powodzenie? Życie Manfreda przeplatają chwile złe i dobre, ale to on sam je niszczy. On sam wciąż pragnie cierpienia, od początku, od chwili gdy pierwszy raz uświadomił sobie anatomię twarzy matki, skrytą pod welonem. Twarz szpetną, marzącą o niemożliwym, męskich hołdach i miłowaniu. To życie nie mogło mieć innego przebiegu. Musiało tak się zakończyć... Jednak czy nam nie daje nadziei na to, że jeszcze wciąż możemy postąpić inaczej? Wykorzystać uczucia, pokochać, pozwolić sobie na radość, zapomnieć o tym, co nas ukształtowało i zmienić, nawet wszystko, jeżeli jest tak potrzeba.

 



 

Po przeczytaniu Autopsji po prostu nie da się jej zwyczajnie odłożyć na półkę. Jej treść wkracza w nas głęboko. Powoduje nawał myśli i pytań, sprawia, że spoglądamy badawczo na nasze życie.Oby tylko nie było za późno... Dla Manfreda już jest. Bo przecież uzdrowienie nie może być możliwe.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Katarzyna Bonda - " Pochłaniacz "

czwartek, 14 lipca 2016 12:48

 

Zima 1993. Tego samego dnia, w niejasnych okolicznościach, ginie nastoletnie rodzeństwo. Oba zgony policja kwalifikuje jako tragiczne, niezależne od siebie wypadki.
Wielkanoc 2013. Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield na Wybrzeże powraca Sasza Załuska. Do profilerki zgłasza się Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego w Sopocie. Podejrzewa, że jego wspólnik - były piosenkarz i autor przeboju "Dziewczyna z północy" - chce go zabić. Załuska ma mu dostarczyć na to dowody. Profilerka niechętnie angażuje się w sprawę. Kiedy jednak dochodzi do strzelaniny, Załuska zmuszona jest podjąć wyzwanie. Szybko okazuje się, że zabójstwo w klubie łączy się ze zdarzeniami z 1993 roku, a zamordowany wiedział, kto jest winien śmierci rodzeństwa. Jednym z kluczy do rozwiązania zagadki może okazać się piosenka sprzed lat.

 

281100-352x500.jpg

 

 

Ewa Szczepańska

 

Nowa powieść Katarzyny Bondy: styl, klimat i klasa

 

Odkąd poznałam Lisbeth Salander z trylogii Stiega Larssona, zaczęłam bardziej cenić powieści, w których pierwszoplanowym bohaterem jest kobieta. Męskie postaci często są sztampowe, powtarzalne i z reguły autor musi porządnie wysilić się, by jego bohater nabrał wyrazu i wyróżniał się w tłumie innych. Z kobiecymi postaciami jest często nieco inaczej – wystarczy wyposażyć je w odpowiedni poziom inteligencji, niekrzykliwą, acz wpadającą w oko urodę i osolić trudną przeszłością, a reszty dopełni skomplikowana natura samej płci. To z reguły wystarczy, by bohaterka powieści zapadła w pamięć i wzbudzała w czytelniku jakiekolwiek emocje (bo i te negatywne są w tym przypadku wartościowe).

 

Dlatego też bardzo ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że główną postacią najnowszej powieści Katarzyny Bondy pt. „Pochłaniacz” jest właśnie kobieta – nietuzinkowa, inteligentna, z solidnym bagażem doświadczeń życiowych oraz niecodzienną profesją. Sasza Załuska, bo o niej mowa, jest profilerką. Jej zadaniem jest tworzenie profili czy portretów nieznanych sprawców przestępstw. Potrafi określić wiek, płeć a czasem nawet miejsce zamieszkania przestępcy. Właśnie wróciła do Polski po kilkuletniej nieobecności spowodowanej dość prężnie rozwijającą się karierą w jednym z brytyjskich instytutów. Mimo że początkowo ma zupełnie inne plany i nie zamierza zajmować się tym, co przez długi czas było dla niej chlebem powszednim, to nieoczekiwana i dobrze płatna oferta skłania ją do zmiany zdania.

 

Ze świata interesów, pieniędzy, nocnych klubów i piosenkarzy-celebrytów trafia do brudnego świata mafii, gangsterskich porachunków i ludzi z gruntu fałszywych. Stąd zaś krótka droga wiedzie do dobrze jej znanych realiów policyjnych, które były dla niej codzienną normą, kiedy jeszcze pracowała w CBŚ. Zmagania ze zleceniem nie są jedynymi obecnymi w jej życiu – demonem, który towarzyszy jej na każdym kroku jest obezwładniający nałóg, który zwalcza od lat, a który wciąż nie daje o sobie zapomnieć.

 

Choć może to wyglądać co najmniej dziwnie, to właśnie ta słaba strona Saszy – alkoholizm – sprawiła, że wyjątkowo mocno polubiłam tę bohaterkę. Fakt, znów mamy do czynienia z policjantem (w tym przypadku byłym), który tkwi w szponach uzależnienia – to już było tysiące razy – ale to, co Saszę wyróżnia – to wola walki, siła i chęć do życia w trzeźwości. Oczywiście ma chwile zwątpienia, nie jest człowiekiem ze stali, ale mimo to dalej walczy, nie poddaje się. Nie pokazuje siebie jako osoby uzależnionej, która ma wszystko i wszystkich gdzieś, dla której liczy się tylko alkohol, nie robi z siebie pośmiewiska, nie sprawia, że wszyscy wokół jej nienawidzą. Pokazuje drugą, znacznie lepszą stronę osoby uzależnionej, tę, którą chciałabym widzieć u każdego mierzącego się z tym problemem w życiu rzeczywistym.

 

Jak pewnie łatwo wywnioskować z moich powyższych peanów, mocną stroną „Pochłaniacza” są dobrze skonstruowane postacie, które przede wszystkim urzekają realizmem i naturalnością. Kolejny plus – to szczegółowość autorki. Całość fabuły utkana jest ze skrzętnie dobranych detali, które w odpowiednim momencie doskonale zgrywają się ze sobą i łączą w spójną całość. Nie da się też nic zarzucić Katarzynie Bondzie pod względem obrazu zaplecza pracy policyjnej i obowiązków profilera – widać jak na dłoni, że pisarka profesjonalnie podeszła do tematu.

 

Niektórym książka może się wydawać zbyt rozwlekła, a może nawet przegadana, jednak ja uważam to bardziej za jej zaletę niż wadę, bo dzięki temu bardzo łatwo wpaść w klimat powieści i jej specyficzne tło. Poza tym – to pierwszy tom tetralogii, więc musi dawać solidne podstawy, co Bondzie udało się osiągnąć w bardzo dobrym stylu.

 

Czekałam z niecierpliwością na nową powieść tej pisarki i moje oczekiwanie zostało sowicie wynagrodzone naprawdę udanym tytułem, który ma dobry styl, klimat i klasę – zupełnie jak sama autorka. Polecam!

 

Ewa Szczepańska

 

Tomek 

 

Jeśli czytanie przeszkadza ci w robocie to rzuć robotę!!
Taka myśl towarzyszyła mi podczas lektury najnowszej powieści Katarzyny Bondy, zatytułowanej „ Pochłaniacz”. Stwierdziłem jednak, że pracować trzeba, choćby po to, aby było za co książki kupować. Ku mojej rozpaczy nikt nie wymyślił jeszcze zawodu „czytacz”. Tak więc cierpiałem, bo w robocie czytać nie mogłem, a poza książką, przez te kilka dni, o niczym innym nie mogłem myśleć. 
Kiedy na początku 2013 roku kończyłem czytać „Florystykę”, stwierdziłem, że Katarzyna Bonda powieścią tą zawiesiła tak wysoko literacko-warsztatową poprzeczkę, że ciężko będzie jej samej i komukolwiek ją przeskoczyć. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że autorka, pisząc kolejny kryminał, przejdzie gładko ze skoku wzwyż do konkurencji zwanej skokiem o tyczce. Tworząc i dając czytelnikom „Pochłaniacz”, zostawiła innych autorów kryminałów daleko w tyle. Ja w tej chwili nie obawiam się powiedzieć, że reszta naszych rodzimych „kryminalistów”, może Pani Bondzie po ryzy papieru biegać, które posłużą jej do pisania kolejnej części tetralogii.
W swoim życiu przeczytałem już wiele kryminałów i często spotykałem się w nich z nieporadnością, z jaką autor próbował identyfikować się ze środowiskiem, które kreował w swojej książce. W przypadku „Pochłaniacza” środowisko policyjne zostało przedstawione w tak doskonały sposób, jakby Pani Bonda przepracowała w tej formacji pół swojego życia. Zachowanie policjantów, ich odzywki i cała szara rzeczywistość gliniarza są na tyle wiarygodne, że pozwalają czytelnikowi na całkowite identyfikowanie się z bohaterami powieści i sytuacjami, w których oni się znajdują. Jest to widoczne szczególnie dla czytelników, którzy byli związani z tą formacją mundurową i potrafią sami wiele na ten temat powiedzieć. To samo tyczyć się może świata przestępczego. Choć nigdy po drugiej stronie barykady nie byłem, jestem pewien, że odwzorowanie zachowania polskiej gangsterski z lat dziewięćdziesiątych oraz „biznesmenów” z czasów współczesnych wyszło autorce wyśmienicie. Jestem przekonany, że wiele osób z tak zwanego półświatka może w tej powieści rozpoznać samego siebie. Przemawia to oczywiście za tym, że autorka do zrealizowania tej książki przygotowała się solennie i wykonała ogrom wspaniałej roboty. Gdyby nie było szkoda mi poświęcić książek, które Pani Katarzyna Bonda obiecała jeszcze podarować swym czytelnikom, zaproponowałbym jej zmianę zawodu i podjęcie pracy w Policji. Wielu pozazdrościłoby jej analitycznego i logicznego myślenia, które z powodzeniem można by wykorzystać przy prowadzeniu trudnych spraw. Dzięki niej zrozumiałem, że kobiety jednak w policji są potrzebne. Nie muszą oczywiście zastępować mężczyzn, jest bowiem wiele zadań, przy których kobiece umiejętności sprawdzą się dużo lepiej. 
Stworzenie powieści wielowątkowej, jawiącej się nie tylko jako kryminał, przyszło autorce dość gładko i udało się rewelacyjnie. Jeśli liczyć, że od wydania „Florystyki” do ukazania się „Pochłaniacza” minęło zaledwie około piętnastu miesięcy, to wyczyn ten należy nazwać jedynie mistrzostwem świata. Można by obawiać się, że w powieści tak dużej objętościowo, czytelnik spotka się z dłużyznami, momentami które nazywamy przegadanymi, lub co gorsza, jakimiś dziwnymi wynurzeniami autora. Niczego takiego w tej książce nie znalazłem. Dla mnie ta powieść stała się ważna i gdyby stało się tak, że czytałbym ją w wersji papierowej, to pewnie po zakończeniu lektury przytuliłbym ją do siebie. Przycisnąłbym do piersi książkę, bo nie mógłbym uczynić tego z osobą samej profilerki Saszy, która stała się dla mnie bardzo bliska i mocno się z nią zidentyfikowałem. Myślę, że każdy czytelnik znajdzie w tej książce, pośród tylu wspaniałych bohaterów, tego, którego pokocha i będzie o nim rozmyślał. Takiego, który będzie skłaniał do refleksji także nad samą fabułą i wnioskami, które czytelnik z niej wyciągnie. Zapewniam, że takowych nie zabraknie.
Nie pozostaje zatem nic innego jak przeczytać, a potem stać i długo tę powieść oklaskiwać i podpisać się nawet dwoma rękami pod tym, co powiedział Zygmunt Miłoszewski - Katarzyna Bonda została Królową Polskiego Kryminału.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Marcin Szczygielski - PL-BOY 2

poniedziałek, 06 czerwca 2016 13:49

 

PL-BOY, czyli dziewięć i pół tygodnia z życia pewnej redakcji" to debiut i równocześnie ogromny sukces autora.

Sensacyjno-satyryczna książka opisuje kulisy działania ludzi mediów widzianych z perspektywy dwudziestoparolatka zatrudnionego w luksusowym miesięczniku dla mężczyzn. Książka bawi, wywołując u czytelnika paroksyzmy śmiechu, ale i przeraża w chwilach, gdy uświadamiamy sobie, że to nie groteska, lecz świetnie podpatrzona i brawurowo opisana rzeczywistość. Marcin Szczygielski przez kilka lat był dyrektorem artystycznym polskiej edycji "Playboya", dzięki czemu swoim obserwacjom nadał piekący walor śmiechu, uderzającego niczym gogolowskie: "Z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!". Zygmunt Kałużyński po lekturze "PL-BOYA" napisał: "Powieść Szczygielskiego jest triumfem humoru, obserwacji i złośliwości. Ale nie tylko: przynosi sensacyjny demaskatorski obraz kulisów redakcji współczesnego miesięcznika dla panów. Moja najbardziej pikantna lektura od lat!". Sukces książki zachęcił Szczygielskiego do napisania kontynuacji - w ten sposób powstała "Wiosna PL-BOYA, czyli Życie seksualne oswojonych". Śledzimy w niej losy znanych już bohaterów: idącej po trupach, niedouczonej PR-ówki Zeni, bezdusznej i kabotyńskiej pani prezes Bety oraz buntujących się - wewnętrznie - pracowników redakcji, którzy na co dzień wybierają konformizm. Pojawiają się nowe postacie: Alicja, prawa ręka nowego, zagranicznego prezesa firmy, specjalistka od human resources oraz wiecznie głodny nowych seksualnych podbojów ojciec narratora. I znowu jest śmiesznie i strasznie zarazem. "PL-BOY" i "Wiosna PL-BOYA" błyskawicznie wzbudziły zainteresowanie filmowców. Wielbicieli Szczygielskiego z pewnością ucieszy informacja, że wiosną 2010 r. rozpoczną się zdjęcia do filmu na podstawie obu powieści. Czy będzie kolejny sukces? Z pewnością, wszak książki te to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Nie tylko porażają siłą komizmu, ale także bulwersują bezkompromisowym opisem stosunków panujących wśród młodych Polaków pracujących w mediach.

 

69e2e570de9772ebe98e68357badfdee.jpg

 

jaga

 

Bardzo dobra! 

Nie wiem ile osób tak robi, ale ja jestem zdolna kupić książkę dla okładki. A okładka tej książki jest wyjątkowa, stylizowana na pierwszą stronę pisma dla panów i tym samym nieco kontrowersyjna. Wiele osób znajdując ją na moim biurku zastanawiało się na co mi kaseta z pornografią :D …i jak tu nie pokochać książki, która samą okładką już tyle wrażeń dostarcza czytelnikowi! 

Historia młodego dyrektora artystycznego pisma dla panów PL-BOY jest wesoła i przede wszystkim prawdziwa. Jest wspaniałą mieszanką humoru, realizmu, obserwacji i złośliwości. Oglądamy życie redakcji oczami głównego bohatera, poznajemy wszystkich jego współpracowników, zwariowanych przyjaciół i najbardziej zagorzałych wrogów, którzy, jak to bywa, są najbardziej interesującymi postaciami. W szczególności mowa tu o Zeni – tajemniczej, bezdusznej i niedokształconej kierowniczce public relations o wybujałym ego, która podburzając relacje między kolegami dąży do osiągnięcia własnych celów. Wiele wątków jest autobiograficznych i kojarząc fikcyjne elementy powieści z rzeczywistością ciekawie jest poczytać o pracy w redakcji pisma powszechnie znanego. I co najważniejsze! Ehhh...jak ta książka podnosi na duchu, jak poprawia samoocenę każdej dziewczyny opisując jak to naprawdę jest, że fotomodelki są tak idealne, tak filigranowe, tak piękne...i wszystkie z jednym tym samym kompletem biustu :D

Moje wydanie składa się z dwóch opowiadań „PL-BOY” oraz „Wiosna PL-BOYa”. I tak jak pierwsza część porywa i zachwyca, tak druga według mnie jest troszkę naciągnięta i można by powiedzieć nudna. W pierwszym opowiadaniu czytelnik śmieje się do rozpuku śledząc zagadkowy przebieg „śledztwa” głównych bohaterów, którzy pragną udowodnić zakazaną działalność Zeni, która na pewno przemyca naiwne dziewczyny za granicę i zmusza je do prostytucji. Codzienny język sprawia, że historia staje się nie dość że przezabawna to na dodatek bardziej realistyczna, gdyż uczucia bohaterów wypływają z każdym następnym słowem na kartki powieści. Natomiast drugie opowiadanie to kontynuacja losów Marcina i jego współpracowników, jednak według mnie już nie tak zabawne i nie tak wciągające. Uważam, że książka jest genialna, jednak lepsze wrażenie zrobi na osobach, które nie czytały jeszcze żadnej powieści Szczygielskiego. Ja niestety, albo nawet i stety, zakochana jestem w „Berku” i znajomość tamtego bestselleru sprawia, że każdej innej książce jest o wiele trudniej nadgonić wspaniałości przygód geja i jego moherowej sąsiadki. 

Mimo wszystko jednak gorąco polecam każdemu, kto potrzebuje odetchnąć od książek z przemyśleniami i ma ochotę po prostu na śmiech i na lekką książkę, którą szybko się pochłania.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Licznik odwiedzin:  70 465  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 70465

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl