Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 205 767 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Katarzyna Bonda - " Pochłaniacz "

czwartek, 14 lipca 2016 12:48

 

Zima 1993. Tego samego dnia, w niejasnych okolicznościach, ginie nastoletnie rodzeństwo. Oba zgony policja kwalifikuje jako tragiczne, niezależne od siebie wypadki.
Wielkanoc 2013. Po siedmiu latach pracy w Instytucie Psychologii Śledczej w Huddersfield na Wybrzeże powraca Sasza Załuska. Do profilerki zgłasza się Paweł „Buli” Bławicki, właściciel klubu muzycznego w Sopocie. Podejrzewa, że jego wspólnik - były piosenkarz i autor przeboju "Dziewczyna z północy" - chce go zabić. Załuska ma mu dostarczyć na to dowody. Profilerka niechętnie angażuje się w sprawę. Kiedy jednak dochodzi do strzelaniny, Załuska zmuszona jest podjąć wyzwanie. Szybko okazuje się, że zabójstwo w klubie łączy się ze zdarzeniami z 1993 roku, a zamordowany wiedział, kto jest winien śmierci rodzeństwa. Jednym z kluczy do rozwiązania zagadki może okazać się piosenka sprzed lat.

 

281100-352x500.jpg

 

 

Ewa Szczepańska

 

Nowa powieść Katarzyny Bondy: styl, klimat i klasa

 

Odkąd poznałam Lisbeth Salander z trylogii Stiega Larssona, zaczęłam bardziej cenić powieści, w których pierwszoplanowym bohaterem jest kobieta. Męskie postaci często są sztampowe, powtarzalne i z reguły autor musi porządnie wysilić się, by jego bohater nabrał wyrazu i wyróżniał się w tłumie innych. Z kobiecymi postaciami jest często nieco inaczej – wystarczy wyposażyć je w odpowiedni poziom inteligencji, niekrzykliwą, acz wpadającą w oko urodę i osolić trudną przeszłością, a reszty dopełni skomplikowana natura samej płci. To z reguły wystarczy, by bohaterka powieści zapadła w pamięć i wzbudzała w czytelniku jakiekolwiek emocje (bo i te negatywne są w tym przypadku wartościowe).

 

Dlatego też bardzo ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że główną postacią najnowszej powieści Katarzyny Bondy pt. „Pochłaniacz” jest właśnie kobieta – nietuzinkowa, inteligentna, z solidnym bagażem doświadczeń życiowych oraz niecodzienną profesją. Sasza Załuska, bo o niej mowa, jest profilerką. Jej zadaniem jest tworzenie profili czy portretów nieznanych sprawców przestępstw. Potrafi określić wiek, płeć a czasem nawet miejsce zamieszkania przestępcy. Właśnie wróciła do Polski po kilkuletniej nieobecności spowodowanej dość prężnie rozwijającą się karierą w jednym z brytyjskich instytutów. Mimo że początkowo ma zupełnie inne plany i nie zamierza zajmować się tym, co przez długi czas było dla niej chlebem powszednim, to nieoczekiwana i dobrze płatna oferta skłania ją do zmiany zdania.

 

Ze świata interesów, pieniędzy, nocnych klubów i piosenkarzy-celebrytów trafia do brudnego świata mafii, gangsterskich porachunków i ludzi z gruntu fałszywych. Stąd zaś krótka droga wiedzie do dobrze jej znanych realiów policyjnych, które były dla niej codzienną normą, kiedy jeszcze pracowała w CBŚ. Zmagania ze zleceniem nie są jedynymi obecnymi w jej życiu – demonem, który towarzyszy jej na każdym kroku jest obezwładniający nałóg, który zwalcza od lat, a który wciąż nie daje o sobie zapomnieć.

 

Choć może to wyglądać co najmniej dziwnie, to właśnie ta słaba strona Saszy – alkoholizm – sprawiła, że wyjątkowo mocno polubiłam tę bohaterkę. Fakt, znów mamy do czynienia z policjantem (w tym przypadku byłym), który tkwi w szponach uzależnienia – to już było tysiące razy – ale to, co Saszę wyróżnia – to wola walki, siła i chęć do życia w trzeźwości. Oczywiście ma chwile zwątpienia, nie jest człowiekiem ze stali, ale mimo to dalej walczy, nie poddaje się. Nie pokazuje siebie jako osoby uzależnionej, która ma wszystko i wszystkich gdzieś, dla której liczy się tylko alkohol, nie robi z siebie pośmiewiska, nie sprawia, że wszyscy wokół jej nienawidzą. Pokazuje drugą, znacznie lepszą stronę osoby uzależnionej, tę, którą chciałabym widzieć u każdego mierzącego się z tym problemem w życiu rzeczywistym.

 

Jak pewnie łatwo wywnioskować z moich powyższych peanów, mocną stroną „Pochłaniacza” są dobrze skonstruowane postacie, które przede wszystkim urzekają realizmem i naturalnością. Kolejny plus – to szczegółowość autorki. Całość fabuły utkana jest ze skrzętnie dobranych detali, które w odpowiednim momencie doskonale zgrywają się ze sobą i łączą w spójną całość. Nie da się też nic zarzucić Katarzynie Bondzie pod względem obrazu zaplecza pracy policyjnej i obowiązków profilera – widać jak na dłoni, że pisarka profesjonalnie podeszła do tematu.

 

Niektórym książka może się wydawać zbyt rozwlekła, a może nawet przegadana, jednak ja uważam to bardziej za jej zaletę niż wadę, bo dzięki temu bardzo łatwo wpaść w klimat powieści i jej specyficzne tło. Poza tym – to pierwszy tom tetralogii, więc musi dawać solidne podstawy, co Bondzie udało się osiągnąć w bardzo dobrym stylu.

 

Czekałam z niecierpliwością na nową powieść tej pisarki i moje oczekiwanie zostało sowicie wynagrodzone naprawdę udanym tytułem, który ma dobry styl, klimat i klasę – zupełnie jak sama autorka. Polecam!

 

Ewa Szczepańska

 

Tomek 

 

Jeśli czytanie przeszkadza ci w robocie to rzuć robotę!!
Taka myśl towarzyszyła mi podczas lektury najnowszej powieści Katarzyny Bondy, zatytułowanej „ Pochłaniacz”. Stwierdziłem jednak, że pracować trzeba, choćby po to, aby było za co książki kupować. Ku mojej rozpaczy nikt nie wymyślił jeszcze zawodu „czytacz”. Tak więc cierpiałem, bo w robocie czytać nie mogłem, a poza książką, przez te kilka dni, o niczym innym nie mogłem myśleć. 
Kiedy na początku 2013 roku kończyłem czytać „Florystykę”, stwierdziłem, że Katarzyna Bonda powieścią tą zawiesiła tak wysoko literacko-warsztatową poprzeczkę, że ciężko będzie jej samej i komukolwiek ją przeskoczyć. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że autorka, pisząc kolejny kryminał, przejdzie gładko ze skoku wzwyż do konkurencji zwanej skokiem o tyczce. Tworząc i dając czytelnikom „Pochłaniacz”, zostawiła innych autorów kryminałów daleko w tyle. Ja w tej chwili nie obawiam się powiedzieć, że reszta naszych rodzimych „kryminalistów”, może Pani Bondzie po ryzy papieru biegać, które posłużą jej do pisania kolejnej części tetralogii.
W swoim życiu przeczytałem już wiele kryminałów i często spotykałem się w nich z nieporadnością, z jaką autor próbował identyfikować się ze środowiskiem, które kreował w swojej książce. W przypadku „Pochłaniacza” środowisko policyjne zostało przedstawione w tak doskonały sposób, jakby Pani Bonda przepracowała w tej formacji pół swojego życia. Zachowanie policjantów, ich odzywki i cała szara rzeczywistość gliniarza są na tyle wiarygodne, że pozwalają czytelnikowi na całkowite identyfikowanie się z bohaterami powieści i sytuacjami, w których oni się znajdują. Jest to widoczne szczególnie dla czytelników, którzy byli związani z tą formacją mundurową i potrafią sami wiele na ten temat powiedzieć. To samo tyczyć się może świata przestępczego. Choć nigdy po drugiej stronie barykady nie byłem, jestem pewien, że odwzorowanie zachowania polskiej gangsterski z lat dziewięćdziesiątych oraz „biznesmenów” z czasów współczesnych wyszło autorce wyśmienicie. Jestem przekonany, że wiele osób z tak zwanego półświatka może w tej powieści rozpoznać samego siebie. Przemawia to oczywiście za tym, że autorka do zrealizowania tej książki przygotowała się solennie i wykonała ogrom wspaniałej roboty. Gdyby nie było szkoda mi poświęcić książek, które Pani Katarzyna Bonda obiecała jeszcze podarować swym czytelnikom, zaproponowałbym jej zmianę zawodu i podjęcie pracy w Policji. Wielu pozazdrościłoby jej analitycznego i logicznego myślenia, które z powodzeniem można by wykorzystać przy prowadzeniu trudnych spraw. Dzięki niej zrozumiałem, że kobiety jednak w policji są potrzebne. Nie muszą oczywiście zastępować mężczyzn, jest bowiem wiele zadań, przy których kobiece umiejętności sprawdzą się dużo lepiej. 
Stworzenie powieści wielowątkowej, jawiącej się nie tylko jako kryminał, przyszło autorce dość gładko i udało się rewelacyjnie. Jeśli liczyć, że od wydania „Florystyki” do ukazania się „Pochłaniacza” minęło zaledwie około piętnastu miesięcy, to wyczyn ten należy nazwać jedynie mistrzostwem świata. Można by obawiać się, że w powieści tak dużej objętościowo, czytelnik spotka się z dłużyznami, momentami które nazywamy przegadanymi, lub co gorsza, jakimiś dziwnymi wynurzeniami autora. Niczego takiego w tej książce nie znalazłem. Dla mnie ta powieść stała się ważna i gdyby stało się tak, że czytałbym ją w wersji papierowej, to pewnie po zakończeniu lektury przytuliłbym ją do siebie. Przycisnąłbym do piersi książkę, bo nie mógłbym uczynić tego z osobą samej profilerki Saszy, która stała się dla mnie bardzo bliska i mocno się z nią zidentyfikowałem. Myślę, że każdy czytelnik znajdzie w tej książce, pośród tylu wspaniałych bohaterów, tego, którego pokocha i będzie o nim rozmyślał. Takiego, który będzie skłaniał do refleksji także nad samą fabułą i wnioskami, które czytelnik z niej wyciągnie. Zapewniam, że takowych nie zabraknie.
Nie pozostaje zatem nic innego jak przeczytać, a potem stać i długo tę powieść oklaskiwać i podpisać się nawet dwoma rękami pod tym, co powiedział Zygmunt Miłoszewski - Katarzyna Bonda została Królową Polskiego Kryminału.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Marcin Szczygielski - PL-BOY 2

poniedziałek, 06 czerwca 2016 13:49

 

PL-BOY, czyli dziewięć i pół tygodnia z życia pewnej redakcji" to debiut i równocześnie ogromny sukces autora.

Sensacyjno-satyryczna książka opisuje kulisy działania ludzi mediów widzianych z perspektywy dwudziestoparolatka zatrudnionego w luksusowym miesięczniku dla mężczyzn. Książka bawi, wywołując u czytelnika paroksyzmy śmiechu, ale i przeraża w chwilach, gdy uświadamiamy sobie, że to nie groteska, lecz świetnie podpatrzona i brawurowo opisana rzeczywistość. Marcin Szczygielski przez kilka lat był dyrektorem artystycznym polskiej edycji "Playboya", dzięki czemu swoim obserwacjom nadał piekący walor śmiechu, uderzającego niczym gogolowskie: "Z czego się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie!". Zygmunt Kałużyński po lekturze "PL-BOYA" napisał: "Powieść Szczygielskiego jest triumfem humoru, obserwacji i złośliwości. Ale nie tylko: przynosi sensacyjny demaskatorski obraz kulisów redakcji współczesnego miesięcznika dla panów. Moja najbardziej pikantna lektura od lat!". Sukces książki zachęcił Szczygielskiego do napisania kontynuacji - w ten sposób powstała "Wiosna PL-BOYA, czyli Życie seksualne oswojonych". Śledzimy w niej losy znanych już bohaterów: idącej po trupach, niedouczonej PR-ówki Zeni, bezdusznej i kabotyńskiej pani prezes Bety oraz buntujących się - wewnętrznie - pracowników redakcji, którzy na co dzień wybierają konformizm. Pojawiają się nowe postacie: Alicja, prawa ręka nowego, zagranicznego prezesa firmy, specjalistka od human resources oraz wiecznie głodny nowych seksualnych podbojów ojciec narratora. I znowu jest śmiesznie i strasznie zarazem. "PL-BOY" i "Wiosna PL-BOYA" błyskawicznie wzbudziły zainteresowanie filmowców. Wielbicieli Szczygielskiego z pewnością ucieszy informacja, że wiosną 2010 r. rozpoczną się zdjęcia do filmu na podstawie obu powieści. Czy będzie kolejny sukces? Z pewnością, wszak książki te to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Nie tylko porażają siłą komizmu, ale także bulwersują bezkompromisowym opisem stosunków panujących wśród młodych Polaków pracujących w mediach.

 

69e2e570de9772ebe98e68357badfdee.jpg

 

jaga

 

Bardzo dobra! 

Nie wiem ile osób tak robi, ale ja jestem zdolna kupić książkę dla okładki. A okładka tej książki jest wyjątkowa, stylizowana na pierwszą stronę pisma dla panów i tym samym nieco kontrowersyjna. Wiele osób znajdując ją na moim biurku zastanawiało się na co mi kaseta z pornografią :D …i jak tu nie pokochać książki, która samą okładką już tyle wrażeń dostarcza czytelnikowi! 

Historia młodego dyrektora artystycznego pisma dla panów PL-BOY jest wesoła i przede wszystkim prawdziwa. Jest wspaniałą mieszanką humoru, realizmu, obserwacji i złośliwości. Oglądamy życie redakcji oczami głównego bohatera, poznajemy wszystkich jego współpracowników, zwariowanych przyjaciół i najbardziej zagorzałych wrogów, którzy, jak to bywa, są najbardziej interesującymi postaciami. W szczególności mowa tu o Zeni – tajemniczej, bezdusznej i niedokształconej kierowniczce public relations o wybujałym ego, która podburzając relacje między kolegami dąży do osiągnięcia własnych celów. Wiele wątków jest autobiograficznych i kojarząc fikcyjne elementy powieści z rzeczywistością ciekawie jest poczytać o pracy w redakcji pisma powszechnie znanego. I co najważniejsze! Ehhh...jak ta książka podnosi na duchu, jak poprawia samoocenę każdej dziewczyny opisując jak to naprawdę jest, że fotomodelki są tak idealne, tak filigranowe, tak piękne...i wszystkie z jednym tym samym kompletem biustu :D

Moje wydanie składa się z dwóch opowiadań „PL-BOY” oraz „Wiosna PL-BOYa”. I tak jak pierwsza część porywa i zachwyca, tak druga według mnie jest troszkę naciągnięta i można by powiedzieć nudna. W pierwszym opowiadaniu czytelnik śmieje się do rozpuku śledząc zagadkowy przebieg „śledztwa” głównych bohaterów, którzy pragną udowodnić zakazaną działalność Zeni, która na pewno przemyca naiwne dziewczyny za granicę i zmusza je do prostytucji. Codzienny język sprawia, że historia staje się nie dość że przezabawna to na dodatek bardziej realistyczna, gdyż uczucia bohaterów wypływają z każdym następnym słowem na kartki powieści. Natomiast drugie opowiadanie to kontynuacja losów Marcina i jego współpracowników, jednak według mnie już nie tak zabawne i nie tak wciągające. Uważam, że książka jest genialna, jednak lepsze wrażenie zrobi na osobach, które nie czytały jeszcze żadnej powieści Szczygielskiego. Ja niestety, albo nawet i stety, zakochana jestem w „Berku” i znajomość tamtego bestselleru sprawia, że każdej innej książce jest o wiele trudniej nadgonić wspaniałości przygód geja i jego moherowej sąsiadki. 

Mimo wszystko jednak gorąco polecam każdemu, kto potrzebuje odetchnąć od książek z przemyśleniami i ma ochotę po prostu na śmiech i na lekką książkę, którą szybko się pochłania.

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Mario Vargas Llosa- " Miasto i psy "

wtorek, 24 maja 2016 22:28

Wielu krytyków uważa, że światowy „boom literatury iberoamerykańskiej” zaczął się od premiery „Miasta i psów”. Wydany w 1963 r. powieściowy debiut Maria Vargasa Llosy przyniósł pisarzowi międzynarodowy rozgłos i przetarł szlak innym pisarzom Ameryki Łacińskiej. Zachęceni popularnością książki przystojnego Peruwiańczyka wydawcy odkryli Borgesa, Carpentiera, Sábato i innych. Llosa stał się ulubieńcem czytelników, ale ściągnął na siebie gniew armii. Oficerowie oskarżyli pisarza o fałszowanie stosunków panujących w wojsku i brak patriotyzmu. Rozwścieczeni żołnierze spalili tysiące egzemplarzy książki, co – jak wspomina pisarz – zapewniło powieści darmową reklamę.

„Miasto i psy” można czytać na kilka sposobów. Jako niemal dokumentalną relację z tragicznych wypadków, które wstrząsnęły autorytarnie rządzoną szkołą kadetów na peryferiach Limy, lub historię konfliktu jednostki z totalitarnym reżimem wojskowym – zadomowionym w południowoamerykańskiej rzeczywistości politycznej. Jest to również, a może przede wszystkim, wiwisekcja zakorzenionego w latynoskiej mentalności „machismo”, z jego kultem siły i seksu, jak choroba toczącego życie prywatne i publiczne. Szkoła wojskowa, oparta na usankcjonowanej tradycją i prawem przemocy oraz dyscyplinie, urasta tu do symbolu całego kontynentu. Rządzi tu prawo dżungli i pieniądza. Dla jednostek wrażliwych, nieprzystosowanych i niemajętnych, jak kadet o pseudonimie „Niewolnik”, nie ma tam miejsca.

 

104497_1248459874_ad6b_p.jpeg

 

 

Krzysiek

 

Spalić czy nie spalić? ... oto jest pytanie!!!

Co musi tlić się w umysłach? Co musi siedzieć w duszy, gdzieś w środku człowieka, by ten zdecydował się na coś takiego?
Czy, wierni czytelnicy moglibyście to uczynić...? Spalić książki...?
Spopielić słowa o wielkie wartości, wielkiej prawdzie, wielkim przesłaniu..., naprawdę można coś takiego zrobić?
Co ta książka musi w sobie mieć, by wywołać tak skrajnie negatywne emocje. 
Nikt z pewności nie spaliłby jej, dlatego chociażby że jest słaba, nijaka i nic sobą nie niesie. To na pewno nie mogłoby być powodem. Książka, która posuwa człowieka do czegoś takiego musi go w jakiś sposób oburzać lub zaczepiać niezwykle delikatne i niewygodne tematy. Wchodzić z butami, zdejmować cenzurę z faktów, które dotąd trwały w ukryciu, w tajemnicy, w nieświadomości społecznej.

Dlaczego o tym mówię?
Bowiem ta książka naznaczona jest niezwykłą historią, niezwykłym szumem jaki panował swojego czas wokół niej. Vargas wstrząsną opinią publiczną i środowiskiem, którego bezpośrednio dotyczyła. Rozgniewał tą książką całą armię, szkoły wojskowe. Oficerowie sypali na tą książkę lawinę oskarżeń, zarzucając mu naginanie faktów i niewłaściwe przedstawienie stosunków jakie obowiązują w armii. Wytykali mu przede wszystkim to, że tą książką uczynił hańbę dla własnego patriotyzmu. W tym całym natężeniu i burzy naprawdę skrajnie złych emocji, wściekli żołnierze, prawie jak amoku masowo palili egzemplarze tej książki. Dla ich przekory książka zyskała jeszcze większe zainteresowanie, bowiem powieść, która robi takie zamieszanie musi budzić świadomość społeczeństwa i wymiatać spod dywanu pewne skrycie chowane tajemnice, sekreciki...
Ta książka niczym Feniks z popiołów powstała na nowa i zaczęła palić grunt pod nogami osób ściśle związanych ze środowiskiem wojska, armii.
Ta jej niezwykła historia zwróciła i moją uwagę. Z wielkim nastawieniem i oczekiwaniami zabierałem się do czytania tej książki. 
Powiem szczerze, nie owijając w bawełnę. Potrafię docenić jej wartość, choć w treści bywały momenty, że narracja bywała ciężka i męczyła trochę koncentrację. Jednak przeplatało to się z tymi okresami, gdzie biła z treści ta ogromna prawda i siła, która jest jej głównym fundamentem. 
Ta książka wytknęła mnóstwo złych rzeczy, które panują w szkołach wojskowych. Nie każda osoba nadaje się do tego, by przejść przez tak ostrą dyscyplinę, która narzucona odgórnie niszczyła szczególnie te słabsze jednostki, bardziej wrażliwe, kruche. 
Lecz nie tylko ogólnie panująca tam dyscyplina potrafiła zniszczyć niektórych. Fala, której może dzisiaj już nie ma w tak dużym stopniu, kiedyś była naprawdę straszna. Poniżała człowieka do granic możliwości. Ja rozumiem wszystko, lecz we wszystkim powinien być jakiś umiar, wypośrodkowania. Można trzymać dyscyplinę, można jakimiś rytuałami fali utemperować nowo przybyłych kadetów, uczniów pierwszej klasy. W tym wszystkim trzeba znaleźć miejsce na szacunek, by mieć na uwadze poczucie godności człowieka.
Jeśli taka granica zostanie tak brutalnie przekroczona, to popieram działania, by coś takiego ujrzało światło dnia. Mnóstwo osób się nie zgodzi, ale moim zdaniem ujawnianie faktów, które mogą uratować komuś życie lub przyszłość nie jest w żadnym stopniu donoszeniem. 
Nikt nie lubi „podsrywania” czy „konfidentów”, ale różnica pomiędzy podsrywaniem, a ukazywaniem prawdy, by komuś pomóc, by skończyło się czyjeś cierpienie jest ogromna. To nie podlega żadnej dyskusji. 

Po „Dyskretnym bohaterze”, pierwszej książce Vargasa, którą miałem okazję przeczytać, ten niezwykle barwny pisarz ponownie mi zaimponował. Bowiem musi być człowiekiem odważnym, bo przede wszystkim odwaga może uczynić z człowieka postać wielką, która w umysłach wielu cieszy się ogromny uznaniem...!!!

Myślę, że każdy z tą książką powinien się zmierzyć, bez względu na wrażenia i emocje jakie w nim wywoła...!!!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Charlotte Link - " Obserwator "

wtorek, 01 grudnia 2015 19:26

 

Samson obserwuje życie zupełnie sobie obcych kobiet. Identyfikuje się z nimi i chce wiedzieć o nich wszystko. Może dlatego, że jego własne życie składało się dotychczas tylko z niepowodzeń i odrzucenia? Wie też doskonale, co dzieje się u jego sąsiadów, w dodatku sporządza dokładne notatki na ten temat. Samson to singiel, samotnik i dziwak – bezrobotny i nieszczęśliwy. Szary, zwykły człowiek, który nie rzuca się w oczy. Nawet po rozmowie z nim trudno go zapamiętać. Z dala, ale pełen oddania, kocha piękną Gillian Ward. Potajemnie bierze udział w jej perfekcyjnym życiu. A jej życie to przystojny mąż, urocza córeczka, dobrze prosperująca firma. Przynajmniej pozornie, bo Samson nagle odkrywa, że to tylko fasada. Że w życiu tej kobiety nic nie jest takie, jak mu się wydawało. W tym samym czasie seria okrutnych morderstw wstrząsa Londynem. Ofiary to samotne, starsze kobiety. Zamordowane w okrutny, wyjątkowo brutalny sposób. Policja szuka psychopaty. Mężczyzny, który nienawidzi kobiet.

 

Obserwator_Link-Charlotte,images_big,23,978-83-7508-544-0.jpg

 

 

denudatio_pulpae

 

Bardzo miła odmiana od czytanych przeze mnie ostatnio kryminałów i thrillerów, w których na pierwszy plan najczęściej wysuwają się detektywi i prowadzone przez nich śledztwo. Tutaj autorka najwięcej uwagi poświęca przedstawieniu postaci, ich życiu prywatnemu, stosunkom międzyludzkim i problemom z jakimi muszą się borykać. Porusza wiele bardzo trudnych tematów takich jak życie w samotności, izolacja od społeczeństwa, molestowanie seksualne oraz obojętność innych ludzi na krzywdę innych. 

Portrety psychologiczne bohaterów są bardzo dobrze nakreślone, dzięki temu szybko wciągnęłam się w akcję i nie mogłam się oderwać od czytania (do tego stopnia, że pierwszą część książki przeczytałam na raz :)). Rozwiązania nie domyśliłam się zanim nie było już dosadnie zasugerowane kto jest winien morderstw, a nawet po tym akcja dalej trzymała w napięciu. 
Wielkim plusem dla mnie jest oczywiście osadzenie całej historii w okresie śnieżnej, mroźniej zimy. Uwielbiam po prostu takie tło dla akcji, a dodatkowo opisy autorki bardzo działały na moją wyobraźnię. 

Długo zwlekałam z przeczytaniem tej książki (czekając chyba właśnie na nadejście zimy, wydawała mi się idealną porą na jej lekturę), ale za to trafiła ona idealnie w moje upodobania i dodaję ją do ulubionych :)

 

Perzka

Sięgając po książkę Charlotte Link wiedziałam,że nie będę zawiedziona.Jak zwykle powieść napisana przejrzyście,z dużą dozą napięcia,które stopniowo wzrasta i powoduje,że nie można przestać jej czytać.

Główny bohater Samson,singiel,dziwak,samotnik,bezrobotny,
nieszczęśliwy,w życiu codziennym zajmuje się obserwowaniem kobiet z sąsiedztwa.Sporządza na ten temat notatki,które zapisuje w komputerze.Jako zwykły,niczym nie wyróżniający się mężczyzna "obserwator"platonicznie zakochuje się w sąsiadce Gillian Ward.Zaczyna ja częściej śledzić,podglądać i odkrywa,że jej pozornie piękne,poukładane życie (mąż,córeczka,firma)to tylko zewnętrzny obrazek.W rzeczywistości ta rodzina ma ogromne problemy.

W tym czasie w Londynie dochodzi do okrutnych morderstw.Ofiary to samotne,starsze kobiety.Kto je zamordował?Czy Samson jest zaplątany w te morderstwa?

Gorąco zachęcam do przeczytania tej pozycji,ale także innych powieści Charlotte Link.Naprawdę czyta się je jednym tchem.Są znakomite!!!

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wiesław Myśliwski - " Traktat o łuskaniu fasoli "

czwartek, 05 listopada 2015 16:35

 

 

Narrator w monologu skierowanym do tajemniczego przybysza dokonuje bilansu całego życia. W jakim stopniu sam wpłynął na swój los, a jak bardzo ukształtowały go traumatyczne doznania z dzieciństwa i zakręty polskiej historii? Powieść Myśliwskiego to swoista medytacja nad rolą przeznaczenia i przypadku w ludzkim życiu. Piękna, mądra książka, do której chce się powracać. "Traktat o łuskaniu fasoli" wzbudził szerokie zainteresowanie jeszcze przez premierą. 

 

traktat o łuskaniu fasoli 239243-352x500.jpg

 

 

Marta

 

„Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego, za który pisarz zdobył wiele prestiżowych nagród, w tym Nagrodę Nike, leżał na mojej półce jakieś dwa lata. Co jakiś czas zerkałam na książkę, chciałam zabrać się za czytanie, ale w ostateczności odkładałam tom. W końcu postanowiłam, że muszę poznać tę powieść, otworzyłam tom na pierwszej stronie i przepadłam… Na takie opowieści czekam latami, co ciekawe, zawsze przychodzą do mnie dokładnie wtedy, kiedy ich potrzebuję. 
Bohater powieści opowiada historię swojego życia tajemniczemu przybyszowi, który chce kupić od niego fasolę. Wspomina wiejskie i sielskie dzieciństwo, okrutne czasy wojny, okres młodości i wielkich marzeń o własnym saksofonie, lata emigracji, a w końcu moment powrotu do ojczyzny. W swoim monologu narrator nie trzyma się sztywno chronologii, często zdarzają mu się dygresje, urwane wątki, niedopowiedziane historie. 

„Świat jest tym, co opowiedziane. Dlatego coraz ciężej żyć. I może tylko sny stanowią o nas. Może jeszcze tylko sny są nasze?”

Kim jest mężczyzna odwiedzający bohatera? Można tylko przypuszczać, że bezimiennym gościem jest śmierć we własnej osobie. Mówi się, że w krańcowych momentach człowiekowi całe życie przelatuje przed oczami. Tak jest właśnie u Myśliwskiego. Bohater wspomina swoje dzieje, a wszystko zaczyna się i kończy tytułowym łuskaniem fasoli. Czemu łuskanie fasoli? Nie wiem, ale wydaje mi się, że ta prosta czynność jest dla narratora symbolem dzieciństwa. To zwykłe zajęcie integrowało całą rodzinę, gromadziło w kręgu, na długie godziny zajmowało ich wspólny czas, dawało pretekst do bliskości i niekończących się rozmów. Wszystko było łatwe, beztroskie i stryj Jan jeszcze wtedy żył. Może już nigdy później nie jesteśmy tak szczęśliwi jak w dzieciństwie, a dorosłe łuskanie fasoli jest tylko zaklinaniem przeszłości? Próbą ocalenia tamtego świata, który przeminął i nigdy nie wróci? 
Bohater wspomina, że będąc dzieckiem nie lubił łuskania fasoli. Ja uwielbiałam! Mogłabym tak łuskać godzinami. A może tylko pamięć mnie oszukuje? Tak jak w przypadku łuskania kukurydzy. Wiem, że tego nie znosiłam. A jednak dzisiaj wydaje mi się, że nie było fajniejszego zajęcia. Oddałabym wszystko za jedno zimowe popołudnie, kiedy wszyscy razem siedzieliśmy wokół wielkiej miski, uzbrojeni w te same łyżki, którymi kilka godzin wcześniej jedliśmy ulubiony przez dziadka rosół z ziemniakami. Bo kukurydzę łuskało się łyżkami. Było to nudne, żmudne i męczące zajęcie. A jednak łzy stają w oczach na samo wspomnienie…

Cała powieść składa się z genialnych mini obrazków, które nie mieszczą się w żadnej skali ocen, które nawet wyrwane z kontekstu zachwycają.
„- No, majster. Jak majster myśli, jest, czy go nie ma?
- Kto? – odezwał się wreszcie.
- Bóg.
Nie od razu odpowiedział, dopiero gdy zgasił papierosa:
- Po co mnie pytasz? Po co ich pytasz? Nie przegłosujesz. Siebie spytaj. Ja mogę ci tyle powiedzieć, że tam gdzie byłem, go nie było.”
Nadal nie nie daje mi spokoju myśl, gdzie mógł byś majster, że Boga tam nie było.

Wiesław Myśliwski unika górnolotnych słów, nadmuchanych określeń, wzniosłych zdań i wydumanych opowieści. Jest tylko prostota i prawda, mądre i życiowe historie, napisane w sposób zwyczajnie piękny i wzruszający. Opowieść o śwince Zuzi doprowadziła mnie do łez. Najpierw rozbawienie, a później smutku. Bo „Traktat o łuskaniu fasoli” jest powieścią dotykającą wszystkich emocji czytelnika. Wydaje mi się, że jest to jedna z niewielu powieści, którą każdy odczyta inaczej, bo przez pryzmat własnych doświadczeń. Nie da się jej zinterpretować i zamknąć w jednej, słusznej wersji, tak jak nie da się jednoznacznie określać poezji. 
„Traktat o łuskaniu fasoli” to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza, opowieść o dorastaniu i kształtowaniu własnej osobowości, jaką kiedykolwiek czytałam. Nie będzie ani krzty przesady jeśli stwierdzę, że powieść Myśliwskiego stała się jedną z kilku książek mojego życia. Czy ktoś dzisiaj potrafi jeszcze tak pisać? Może Stasiuk, choć jego książki są zupełnie inne, ale w nich również można odnaleźć ten dystans do siebie i czułość do świata. Polecam z całego serca!

„Może zdziwię pana, ale czasem, choć na chwilę, chciałbym być psem. Nie na zawsze, na chwilę. Może bym się wtedy dowiedział czy, dajmy na to, śnię się im. Każdy chciałby wiedzieć, jak się komuś śni. Pan nie? Chciałby pan, chciałby. A skąd pan wie, że nikomu się nie śni? Może tylko nikt dotąd panu tego nie powiedział. Ja chciałbym jeszcze tylko wiedzieć, jak się śnię tym moim psom.”

 

czytający

 

Sam nie wiem czy to nie był przypadkiem jedynie sen. Może w tym śnie mogłem przysłuchiwać się rozmowie podczas łuskania fasoli. I nie tylko rozmowie. Wydaje mi się, że usłyszałem też dźwięk saksofonu. Grał pieśń o przemijaniu, pomagał mi w tej wędrówce po ludzkich charakterach. 

Mógłbym z zachwytem opisywać tę powieść Wiesława Myśliwskiego do końca swojego życia. O ile tylko moja pamięć będzie trzymała w sobie to wspaniałe uczucie, kiedy się przeczyta dobrą książkę. Bo według pisarza nasza pamięć jest za krótka w stosunku do całego istnienia. Jego zdaniem z pewnością zanim mój czas przeminie to i zdążą wyblaknąć wspomnienia o przeczytanej kiedyś lekturze. Ale nie trzeba się tym martwić. I tak życiem rządzą przeznaczenie oraz przypadek, które potrafią się dobrze uzupełniać. 

Akcja powieści meandruje jak dzika rzeka. Często wpada w jakieś zakole, za chwilę wyskakuje z niego i płynie innym rytmem. Z bohaterem "Traktatu o łuskaniu fasoli" możemy przeżyć jego przedwojenne dzieciństwo, okres młodzieńczego buntu podczas pracy przy tworzeniu nowego socjalistycznego świata, ale również zastanowić się nad miarą miłości. Bo czyż miłością nie nazwiemy stanu duszy, kiedy chcemy za kogoś umrzeć, aby ten nie musiał przez to nigdy sam przechodzić? Zgadzam się z Wiesławem Myśliwskim, że książki są jedynym ratunkiem, żeby człowiek nie zapomniał, że jest człowiekiem. Czytając je, sami wybieramy sobie świat który chcemy poznać. Wtedy to nie świat wybiera nas. 

Kiedy zagłębiałem się w kolejne akapity, przypomniały mi się najlepsze lata życia spędzonego na wsi podczas wakacji. Niestety wiejskie życie naszego bohatera, zostało brutalnie przerwane przez wojnę. Mimo że wyszedł z niej poobijany emocjonalnie, to jednak jak mi się wydaje nie żałował że przeżył taki szmat czasu. Można by powiedzieć, że zaznał wielu stanów życia a każdy z tych stanów dał mu wiele doświadczeń. A każdy czytelnik jak już raz zagłębi się w "Traktat o łuskaniu fasoli" może samodzielnie jak po nitce zaglądać do każdego z doświadczeń osoby, która twierdzi że Bóg jest muzyką. Zresztą według autora ten Bóg zbyt łatwo potrafi wybaczać, w przeciwieństwie do ludzi którzy długo noszą swoje urazy.

W trakcie czytania naszła mnie refleksja, że może nie powinniśmy nad sobą za wiele rozmyślać. Może dopiero po śmierci, najlepiej będzie wyobrazić sobie całe swoje przeszłe życie i poczuć ostateczną ciszę. Nasz byt równie dobrze może być tylko snem a to nasza pamięć sobie nas wyobraża. W powieści Wiesława Myśliwskiego jest wiele takich przykładów, o których warto powiedzieć że czynią ten traktat filozoficznym. Ale to wspaniała filozofia, taka z życia wzięta. To magia snów o życiu. 

Zdecydowanie polecam tę książkę wszystkim tym, którzy nie boją się czytać nieco trudniejszą literaturę. Tym wszystkim, którzy podczas czytania chcą zadać samemu sobie pytanie o sens własnego istnienia. I nie boją się po takim pytaniu odpowiedzi na nie, nawet gdyby była najgorszą prawdą.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

sobota, 1 października 2016

Licznik odwiedzin:  67 627  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Polska Biblioteka w Dublinie "Biblary" działa od 2007 roku. Z książnicy korzysta 700 czytelników. W zasobach posiadamy 3,300 woluminów.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 67627

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl